Niewidzialna ręka steruje rynkiem

Adrian Boczkowski Andrzej Stec
opublikowano: 2008-12-19 00:00

Złoty dalej traci. Euro nawet po 4,18 zł. Giełda najsłabsza w regionie. Analitycy: to zagranica grozi nam palcem.

W listopadzie pisaliśmy, że na rynku kroi się coś większego. Niestety, mieliśmy rację

Złoty dalej traci. Euro nawet po 4,18 zł. Giełda najsłabsza w regionie. Analitycy: to zagranica grozi nam palcem.

"Uważajcie! Wbijacie kij w mrowisko" — ostrzegał nas dyrektor dużego domu maklerskiego. Inny, wystraszony komentator "PB", obawia się, że kilka instytucji, którym nadepnęliśmy na odcisk, chce się zemścić i go "zniszczyć".

A wszystko przez nasze artykuły, którymi pod koniec listopada zaszokowaliśmy krajowy rynek finansowy. Pisaliśmy, że "ktoś" trzyma w szachu złotego i giełdę. Wtedy niektórzy analitycy nie wierzyli, że to możliwe. Twierdzili, że to tylko teoria spiskowa. Mimo to Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zdecydowała się sprawdzić, co się dzieje (na razie bez sukcesu). Dzisiaj analitykom i inwestorom nie jest do śmiechu. "Ktoś" ostro pogrywa z regulatorami rynku finansowego. Bez pardonu osłabia złotego i steruje giełdowymi indeksami.

Miało rosnąć

Złoty bije właśnie kolejne, wieloletnie rekordy słabości. W czwartek za euro płacono nawet 4,18 zł. To o 10 groszy więcej niż w środę. Ostatnio euro było tak drogie nad Wisłą w 2005 r. Od sierpnia tego roku europejska waluta zdrożała aż o jedną trzecią.

— Patrząc na dotychczasowe mechanizmy rynkowe złoty powinien właśnie zyskiwać na wartości, a nie tracić — mówi Łukasz Tarnawa, główny ekonomista PKO BP.

Takie były też prognozy. Jeszcze na początku grudnia 12 analityków prognozowało w naszej comiesięcznej ankiecie, że za euro zapłacimy w sylwestra 3,77 zł.

Skąd więc ta słabość?

W grę nie wchodzi odwrót zagranicy od rynków wschodzących. O ile na wartości tracą ukraińska hrywna czy rosyjski rubel, to już forint na tle złotego jest oazą spokoju (od sierpnia stracił "tylko" 15 proc. mimo poważnych problemów gospodarczych Węgier).

— Wszystko to wygląda dziwnie. Ceny obligacji są stabilne, więc nie ma strukturalnych przesunięć kapitału na rynku. Mamy więc do czynienia ze spekulacją. Aktywne są zwłaszcza zagraniczne instytucje — komentuje Marek Wołos, dyrektor departamentu doradztwa i analiz DM TMS Brokers.

Podobnego zdania jest Marek Rogalski, główny analityk FIT DM. Zwraca on uwagę na problemy krajowych eksporterów. W wakacje, wierząc w siłę złotego, masowo wystawiali oni opcje, zobowiązując się do dostawy w przyszłości zbyt dużej ilości euro.

— Teraz wiele firm musi kupować obce waluty, by wywiązać się z zobowiązań. To wykorzystują spekulanci, którzy sztucznie podbijają kurs złotego. Widać, że ktoś świadomie chce wywołać lawinę. Na rynku pogrywa kilka dużych podmiotów — mówi Marek Rogalski, główny analityk FIT DM.

Według naszych rozmówców w ostatnich dniach kulminacja dużych zleceń sprzedaży złotego przypada na okolice popołudniowego fixingu NBP, według którego rozliczane są feralne opcje walutowe.

Gra na spadki

Do normalności daleko również na warszawskiej giełdzie. W czwartek indeksy próbowały odrabiać straty. Szło im ciężko. W środę bowiem jakaś niewidzialna ręka rynku tuż przed końcem sesji zalała parkiet akcjami dużych spółek. Skokowo obniżyła w ten sposób główny indeks WIG20 o 1,5 pkt proc. Komisja Nadzoru Finansowego już dziesięć minut po zajściu poinformowała nas, że bada sprawę. Nie wykluczyła manipulacji — kolejnej już w ostatnich tygodniach.

— Obawiam się, że ktoś próbuje sztucznie zaniżyć wartość indeksu, aby zniwelować straty z rynku terminowego — komentuje Wiesław Rozłucki, były prezes GPW.

Zaledwie dzień wcześniej regulator w bezprecedensowym komunikacie ujawnił, że jedna, zagraniczna instytucja ma aż 40 proc. wszystkich kontraktów terminowych na WIG20, które pozwalają zarabiać na spadkach. Nie ujawniono, o kogo chodzi. Ostrzeżono też, że ktoś może pomóc szczęściu i sztucznie osłabić rynek akcji.

Przypomnijmy, że to już kolejna dziwna końcówka sesji. W połowie listopada zagraniczna instytucja złożyła duże zlecenie kupna akcji. Na tzw. fixingu cudów zawyżyła sztucznie WIG20 aż o 4,2 proc. KNF ustaliła, że zleceniodawcą jest londyński oddział amerykańskiego kolosa — bank JP Morgan. Podejrzewa go o manipulację.

Dzisiaj, jak co kwartał, dojdzie do ostatecznego rozliczenia tego typu zakładów. Krajowi, drobni inwestorzy boją się kolejnego ataku spekulacyjnego.

— Inwestorzy mają prawo czuć się zaniepokojeni. Problem nie leży w fixingu, ale w niskiej płynności naszego rynku — stwierdził prezes GPW Ludwik Sobolewski.

Nie ma rady

W przyszłym tygodniu analitycy przewidują spadek aktywności inwestorów i względny spokój. Święta. Pytanie, co dalej? Czy można ukrócić harce spekulantów? Marek Rogalski uważa, że jest sposób, by zakończyć "zabawę" złotym.

— NBP powinien interweniować na rynku od 29 do 31 grudnia. W okresie poświątecznym nie powinno to dużo kosztować, bo rynek jest płytki. Zbicie kursu obcych walut ustabilizowałoby sytuację. Polskie firmy mogłyby rozliczyć opcje po atrakcyjniejszym kursie — mówi analityk FIT DM.

Niektórzy eksperci są sceptyczni wobec interwencji. Sugerują za to, aby złotego jak najszybciej zastąpić euro.

— Ostatnie miesiące pokazały, jak dotkliwe dla przedsiębiorstw są nieprzewidywalne zmiany kursów walut. Wprowadzenie euro wyeliminuje jedno z największych ryzyk prowadzenia działalności gospodarczej. Im szybciej, tym lepiej dla gospodarki — apelują do rządu pracodawcy z Business Centre Club.

A co z giełdą? Likwidacja fixingu (czyli dogrywki na koniec sesji) nie wchodzi w grę. Według GPW to tylko zwiększyłoby ryzyko manipulacji. Możli-we jednak, że wkrótce WIG20 rozrośnie się do WIG30 lub WIG40. To powinno zmniejszyć jego wahania.

Niektórzy inwestorzy zastanawiają się też, czy nie lepiej zawiesić chwilowo handel na giełdzie, zwłaszcza w obliczu ryzyka manipulacji.

— Niech nas ręka boska przed tym broni. Dla inwestorów nic nie ma większej wartości, jak pewność, że jutro będzie można handlować papierami wartościowymi — ostrzega Wiesław Rozłucki.

Możliwa interwencja

Piotr Kuczyński

główny analityk Xelion Doradcy Finansowi

Skąd taka słabość złotego? Są dwie możliwości. Albo rynek ocenia bardzo źle naszą gospodarkę, albo powody osłabienia są natury czysto spekulacyjnej (albo jedno i drugie). To drugie wynikać może po pierwsze z tego, że aby się rozliczyć, firmy zaangażowane w opcje kupują waluty. Po drugie (chyba bardziej istotne), gracze uważają, że złoty osłabnie, bo czekają na zakupy firm "umoczonych" w opcje. Jest to bardziej czynnik psychologiczny, niż fundamentalny.

Być może osłabienie złotego jest jednak wyrazem złej oceny polityki gospodarczej naszego rządu. Może jest to również wyraz niewiary w projekt budżetu i reakcja na (błędną według mnie) decyzję o wejściu do ERM-2 w 2009 roku. To bardzo zaszkodzi gospodarce, która i tak już będzie zwalniała.

Osłabienie złotego jest bardzo korzystne dla gospodarki, bo zwiększa konkurencyjność eksportu. Inflacją nie ma sensu się martwić, bo i tak jej dynamika będzie spadała. Jednak szybkość deprecjacji nie daje gospodarce szansy na dostosowanie się. Poza tym zwiększa zadłużenie zagraniczne państwa i firm. Dlatego też trzeba trzymać rękę na pulsie i w razie paniki trzeba interweniować. Co dalej ze złotym? Uważam, że z fundamentalnego punktu widzenia złoty powinien być dużo silniejszy. Oczekuję, że w styczniu złoty wróci do korelacji z kursem EUR/USD. Jeśli jednak okaże się, że plan antykryzysowy rządu jest plastrem na ranę (tak uważam), to ucieczka zagranicy z obligacji może złotemu bardzo zaszkodzić. Za wcześnie jednak na ostateczną prognozę.

Adrian Boczkowski

Andrzej Stec