Nigdy nie zrozumiem Polaków!

Mikołaj Gomółka, Ryszard Gromadzki
opublikowano: 2003-12-19 00:00

Rok 1958. Warszawa. Grupka amerykańskich studentów spędza egzotyczne wakacje za „żelazną kurtyną”. Wśród nich Robert Gamble, uduchowiony dwudziestolatek z Bostonu.

Bob — potomek współzałożyciela światowego koncernu Procter & Gamble — nawet nie przypuszcza, że jego znajomość z Polską nie skończy się na turystycznym epizodzie.

Rok 2003. Od kilkunastu lat Robert Gamble dzieli czas między Poznań, gdzie ma siedzibę należąca do niego firma Harbor Point, i Boston, gdzie ma dom, wiernych Amerykańskiego Kościoła Episkopalnego oraz ukochane księgarnie.

— Moją ojczyzną są Stany. Tylko tam czuję się u siebie. Nigdy nie zrozumiem Polaków! — słychać w odpowiedzi na banały o „drugiej ojczyźnie”.

Robert Gamble dobitnie rozgranicza swoje role za oceanem i w Polsce.

— W Stanach jestem pastorem Amerykańskiego Kościoła Episkopalnego, w Polsce — wydawcą i biznesmenem. Dlatego, proszę, nie zwracajcie się do mnie „pastorze” — apeluje do nas z szerokim uśmiechem.

Pastor wydawcą?

— Jako młodzieniec marzyłem, by zostać duchownym albo nauczycielem. Nigdy za to nie myślałem o karierze w biznesie — Robert Gamble też trochę się dziwi.

Nie zapomniał o powołaniu. W 1960 r., jako oficer ds. komunikacji na niszczycielu USS Brownsen, odpowiadał za organizację nabożeństw.

— Czytałem marynarzom Pismo Święte... — wspomina.

Po kilku latach Robert Gamble, już pastor Kościoła episkopalnego, dzieli się „dobrą nowiną” z chorymi w bostońskich szpitalach.

— Tam — jako duszpasterz ekumeniczny — pełniłem kapłańską posługę wśród chorych różnych wyznań — mówi.

Rodzinny początek

Co skłoniło dziedzica twórcy wielkiej światowej korporacji do związania się z dalekim krajem we wschodniej Europie?

— Kiedy przyjechałem po raz pierwszy, Polska cieszyła się gomułkowską odwilżą. Pamiętam, że dyskutowaliśmy z polskimi przyjaciółmi o definicji biedy. W Stanach za „biednego” uchodził ktoś, kto nie miał auta. Zrozumiałem, że nie ma prostych porównań między Polską a Stanami — opowiada Robert Gamble.

7 lat później, w 1965 roku, bostończyk zawitał ponownie nad Wisłę. Tym razem w roli opiekuna grupy amerykańskich studentów w Krakowie.

— Atmosfera tego pobytu była zupełnie inna. Byliśmy inwigilowani... — wspomina Gamble.

Czujne, urzędowe oczy nie przeszkodziły mu jednak w poznaniu przyszłej żony... Ale to koniec szczegółów z życia prywatnego, Robert Gamble zamyka się.

— Z zasady nie mówię niczego, co mogłoby naruszyć prywatność innych — deklaruje pryncypialnie.

Wiadomo jednak, że związek rozpadł się po latach. Z tego małżeństwa Robert Gamble ma jedynego syna, Dominika, który mieszka w Edynburgu i jest komputerowcem. Dominik używa na co dzień nazwiska ojca.

Rodzinne więzy sprawiły, że Robert Gamble przyjeżdżał do Polski coraz częściej.

Przełom

Nadszedł rok 1980 i fala robotniczych strajków.

— Byłem zafascynowany tamtą Solidarnością — ocenia po latach nasz rozmówca.

Po ogłoszeniu stanu wojennego Robert Gamble zaangażował się w pomoc dla opozycji.

— Wysyłałem paczki żywnościowe. Przywoziłem do Polski papier dla podziemnych drukarni i kasety dla drugiego obiegu, na których nagrywano m.in. komentarze Stefana Bratkowskiego, diagnozujące ówczesną rzeczywistość. Nie było tego dużo, ale ludzie byli mi wdzięczni. Czułem się zażenowany, nie robiłem przecież niczego wielkiego... — sumituje się Gamble.

W połowie lat 80. usłyszał o apelu Solidarności: bojkotujmy alkohol, na którym komunistyczny rząd zarabia krocie.

— Wpadłem na pomysł, że propagowanie ruchu Anonimowych Alkoholików może być skuteczną bronią w walce z komunizmem — ujawnia Robert Gamble.

Ze względu na działalność duszpasterską miał świetne kontakty w środowisku ruchu AA w Stanach. Dzięki temu ułatwił raczkującemu wtedy w Polsce ruchowi współpracę z jego amerykańskim odpowiednikiem oraz dostęp do fachowej literatury.

— Tak się złożyło, że ruch AA najprężniej rozwijał się w Poznaniu. To dlatego trafiłem do tego miasta — mówi Gamble.

W eter

Solidarnościowy rodowód ma także inne przedsięwzięcie Roberta Gamble’a w Polsce.

— Decyzja o uruchomieniu Radia Obywatelskiego spowodowała, że postanowiłem zamieszkać w Polsce — twierdzi pastor Gamble.

Radio Obywatelskie zaczęło nadawać z Poznania 19 października 1992 roku.

— Do stworzenia radiostacji zainspirowała mnie książka prof. Lawrence’a Goodwyna „Jak to zrobiliście”. Goodwyn dowodzi, że ruchy czy akcje społeczne w rodzaju Solidarności nie tworzą się wyłącznie z powszechnej frustracji i niezadowolenia. Według Goodwyna, wszystkie pojawiają się, bo ktoś je zainicjował: z inspiracji konkretnych ludzi, wyróżniających się niezależnością sądów i poczuciem godności, które pobudzają ich do czynu — tłumaczy Robert Gamble.

Nowa radiostacja miała być — w założeniu — radiem wolnego słowa.

— Chodziło o to, by zamiast dyskutować przy kuchennym stole, robić to na antenie — i w ten sposób zachęcać ludzi do działania — przekonuje Gamble.

Pastor finansował radio 5 lat (miało siedzibę w budynkach zakładów Cegielskiego) poprzez, utworzoną przez siebie, Fundację Obywatelską.

— Byłem jej prezesem. Bob wykładał pieniądze, a ja — dzięki znajomości lokalnych realiów — organizowałem pracę radia — mówi Lech Dymarski, dziś radny koalicji PO-PiS w sejmiku samorządowym woj. wielkopolskiego.

Nie chce wchodzić w szczegóły działalności Radia Obywatelskiego, gdyż do rozstania z Gamblem nie doszło w najlepszej atmosferze.

— Mogę tylko powiedzieć, że niedawno, z okazji rocznicy Radia Obywatelskiego, Bob przysłał do mnie pojednawczy list. Napisał, że jedyną przyczyną naszego konfliktu była „Gazeta Wyborcza”. W przeciwieństwie do niego wyznaję pogląd, że „Gazeta Wyborcza” nie ponosi wyłącznej winy za całe zło w tym kraju — mówi Lech Dymarski.

Pytania o tło konfliktu z Gamblem Dymarski zbywa:

— Na pewno nie uda się panu namówić mnie na psychoanalizę Boba Gamble’a — zarzeka się.

Boska reżyseria

Idea Radia Obywatelskiego spaliła zatem na panewce. Łaskawszy los czekał zawiązane w tym samym, 1992 roku wydawnictwo Media Rodzina of Poznań.

— Kiedyś zaobserwowałem na placu zabaw wśród blokowisk znamienną scenę. Malec spadł z huśtawki i zaczął płakać. Kiedy zalewał się łzami, jego babcia krzyczała: „Nie płacz, nic się nie stało!”. A przecież się stało... Dziecko ma prawo płakać, czuć ból. Dzieci mają własną tożsamość, którą powinniśmy szanować — mówi Gamble.

Pastor z Bostonu twierdzi, że nie wierzy w przypadek.

— To Bóg reżyseruje nasze życie — wyznaje.

To Bóg zatem sprawił, że w ręce pastora wpadła książka „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” autorstwa Adele Faber i Elaine Mazlish. Specjalnie, by ją wydać Gamble ściągnął redaktora Bronisława Kledzika z podupadającego Wydawnictwa Poznańskiego — i założył własną oficynę.

Bronisław Kledzik śmieje się, że w efekcie tego skaptowania jest dziś pewnie najlepiej zarabiającym redaktorem wydawnictwa w Polsce. Książka Faber i Mazlish była wielkim bestsellerem (dotychczas ludzie kupili 260 tys. egz.).

Poradniki i książki psychologiczne stały się odtąd specjalnością spółki Media Rodzina. Oficyna, która pierwotnie miała uzupełniać działalność spółki wchodzącej w skład Harbor Point — Studia Kokon TV, całkowicie ją zdominowała.

Wielki triumf wydawnictwa miał jednak dopiero nadejść.

Opatrznościowy Harry

4 tomy przygód Harry’ego Pottera, małego czarodzieja, spółka Media Rodzina wydała dotychczas w nakładzie 2,4 mln egzemplarzy (łączny obrót sięgnął 48 mln zł!).

— Bardzo chciałem wydać tę książkę. W zdobyciu praw do niej pomógł mi syn, który poznał ludzi z otoczenia pani Rowling i dotarł do jej agenta Christophera Little’a. Byłem pełen wiary i entuzjazmu... To pomogło mi chyba przebić ofertę innych wydawców i zdobyć przychylność agenta pisarki — przypuszcza Bob Gamble.

Plotka głosi, że za prawo do wydawania w Polsce kolejnych tytułów „Harry’ego Pottera” Gamble zapłacił po 25 tys. USD.

— Astronomiczna stawka! Przyznam, że trochę zazdroszczę panu Gamble. Przede wszystkim jednak podziwiam go za intuicję i zdolności dyplomatyczne, które wykazał, zabiegając o prawa do „Harry’ego Pottera”. My dowiedzieliśmy się o sprawie zbyt późno, by skutecznie włączyć się do licytacji — mówi Tomasz Szponder, szef poznańskiego wydawnictwa Rebis.

Według niego sukces „Harry’ego Pottera” na polskim rynku wcale nie był przesądzony.

— Pomógł umiejętny marketing. Po edycji I tomu przygód, kiedy wyniki sprzedaży nie były wcale zachwycające, ktoś wymyślił akcję z Tytusem Hołdysem; ktoś inny zaczął aranżować wszystkie te przebieranki podczas sprzedaży książki, a później w kinach; ktoś skierował tę książkę do szkół. Te pomysły kapitalnie chwyciły! — ocenia Tomasz Szponder.

V tom przygód Harry’ego Pottera ukaże się w Polsce 31 stycznia — o świcie.

— Planujemy pół miliona egzemplarzy — mówi Bronisław Kledzik, dyrektor wydawnictwa Media Rodzina.

A dlaczego tak wcześnie?

— Dla odmiany! Sprzedaż poprzedniego tomu ruszyła o północy. Poza tym wschód słońca ma w sobie coś na wskroś optymistycznego — odpowiada Robert Gamble.

Czy wydawnictwo spotkało się w Polsce z zarzutem promowania czarnej magii?

— Odpowiem anegdotą. Po wydaniu u nas I tomu przygód Pottera — kilka dni po publicznym spaleniu przez pewnego pastora w Stanach powieści Rowling — Bob założył się ze mną o 100 zł, że i w Polsce książka wzbudzi protesty. Ustaliliśmy czas zakładu na 9 miesięcy. Kiedy dłuższy czas nic się nie działo, pewien zwycięstwa zaproponowałem Bobowi podniesienie stawki do 100 dolarów. Zaraz potem jakiś wrocławski ksiądz skrytykował książkę z ambony... — uśmiecha się Bronisław Kledzik. Ale dopowiada:

— A poważnie: nie było żadnej kampanii protestów. Książka w Polsce świetnie się przyjęła.

Taniec i dobroczynność

W październiku w gdyńskim Teatrze Muzycznym miał premierę musical „Opentaniec”. Gamble, którego kilka lat temu zauroczył w Edynburgu „celtycki” musical „River Dance”, od dawna nosił się z zamiarem stworzenia podobnego „lechickiego” musicalu w Polsce. Pastor bez wahania pokrył połowę 2,5-milionowego budżetu. O resztę wystarał się producent — Performance Marketing Group (głównym sponsorem zostało PZU Życie).

— W Stanach opowiedziałem memu agentowi o tym pomyśle. Pokręcił głową z powątpiewaniem — mówi Robert Gamble.

Pastor, który specjalnie dla tego przedsięwzięcia powołał firmę Blue Hill, jest jednak pewien sukcesu „Opentańca” i zwrotu zainwestowanych pieniędzy. Bob Gamble nie jest typem dobrotliwego wujka, który hojną ręką wspiera nawet najbardziej dziwaczne pomysły.

— Nigdy nie daję pieniędzy ludziom, których nie znam. Nie wspieram też żebraków — mówi pastor.

Robert Gamble dotuje za to różne charytatywne projekty — m.in. Hospicjum Palium prof. Jacka Łuczaka i fundację aktorki Ewy Błaszczyk.

— Pan Gamble i Media Rodzina są od lat wypróbowanymi przyjaciółmi naszej placówki. Na przełomie 2000 i 2001 roku, kiedy przeżywaliśmy trudne chwile, Robert Gamble wsparł nas kwotą 100 tys. zł. Ta darowizna umożliwiła nam otwarcie hospicjum — przypomina prof. Jacek Łuczak, pionier opieki paliatywnej w Polsce.

Zdaniem profesora, trudno przecenić zasługi Roberta Gamble’a i jego wydawnictwa w przełamywaniu psychologicznego tabu, które w Polsce łączy się ze śmiercią i umieraniem.

— Dzięki wydawnictwu pana Roberta ukazała się w Polsce książka Joanny Drużby, zmarłej kilka lat temu młodej pacjentki naszego hospicjum „Za parawanem powiek”. To swoisty pomnik hospicjum Palium... Później Media Rodzina wznowiła zapomnianą książkę Elisabeth Fiedler „Rozmowy o śmierci i umieraniu”. Te i inne tytuły wiele zrobiły dla budzenia się w świadomości społecznej potrzeby stworzenia systemu opieki paliatywnej w Polsce — przekonuje Jacek Łuczak.

Najbardziej spektakularnym przedsięwzięciem dobroczynnym Roberta Gamble’a pozostaje Wigilia pod Kaponierą (największe podziemne przejście w Poznaniu). Od 11 lat w przedświąteczny wieczór gromadzą się tam setki bezdomnych i ubogich z całego miasta. Pastor jest pomysłodawcą i sponsorem tych spotkań.

— Od 1994 albo 1995 roku współorganizowaliśmy kilka razy Wigilię pod Kaponierą. Ale zrezygnowaliśmy... Pod Kaponierą zawsze było zimno, brudno — i wiało. Nie było atmosfery polskiej wieczerzy wigilijnej. Absolutnie nie przekreśla to jednak idei Boba, dla którego Wigilia to przede wszystkim czas niezwykłego, absolutnie wyjątkowego spotkania ludzi zupełnie sobie obcych — mówi Tomasz Sadowski, założyciel i szef największej poznańskiej organizacji charytatywnej Barka.

Od kilku lat „Barka” organizuje wieczerzę wigilijną dla 300 ubogich i samotnych mieszkańców miasta w galerii miejskiej Arsenał.

— Bob nam w tym pomaga. Zaczynamy zawsze o godzinie 17. Po dwudziestej udajemy się pod Kaponierę na Wigilię, urządzaną przez Boba. Przewija się tam mnóstwo ludzi, biednych i bogatych, żebraków i włodarzy miasta, świętujących rodzin i chorych z samotności. Niezwykłe wydarzenie! Poznań może być z niego dumny. Fenomenalny facet. Przywiózł z Ameryki ten specyficzny obywatelski entuzjazm. Widać go we wszystkim, czego się podejmuje — opowiada Tomasz Sadowski.

Udziałowiec

Przodkowie Roberta Gamble’a należą do amerykańskich pionierów. Na początku XIX wieku pradziadowie pastora wyemigrowali z Irlandii Północnej do Ameryki. Ich syn, James Gamble w 1837 roku założył — wspólnie z Williamem Procterem — firmę. To był początek jednej z 30 największych obecnie korporacji przemysłowych świata, która w fabrykach w 80 krajach zatrudnia 98 tys. ludzi. Być może Gamble i Procter nigdy nie podjęliby wspólnego biznesu, gdyby nie to, że ich żony były siostrami. Za namową teścia, Alexandra Norrisa, James i William (pierwszy produkował mydło, a drugi — świece), którzy potrzebowali tego samego surowca — tłuszczu, postanowili połączyć siły.

Ile warta jest pańska fortuna, panie Gamble?

— Nie jest tak wielka, jak mogłoby się wydawać. Mam pewien pakiet akcji firmy, który daje mi stałą dywidendę (w 2003 roku P&G płacił dywidendę wysokości 1,64 USD od akcji — przy red.)... Ale to nie są zawrotne sumy — za dużo członków rodziny do podziału! — śmieje się pastor. I dorzuca po chwili:

— Mogę żyć komfortowo, ale to wszystko.

Pastor Gamble nie utrzymuje bliższych kontaktów z koncernem. Co pewien czas otrzymuje grzecznościowe listy od zarządu korporacji.

— Ale czuję się emocjonalnie związany z P&G, dlatego z przyjemnością kupuję ich szampony, mydła czy pastę do zębów. W czasach korupcji i afer księgowych — takich jak Enron — P&G cieszy się nadal nieskazitelną reputacją. Jestem z tego dumny! — akcentuje.

Duchowny i obywatel

Działalność kapłańska u nas? Nie wchodzi w rachubę.

— Nie chciałbym być posądzony o „kradzież” owieczek do swojego Kościoła. Misję w Polsce staram się wypełniać przez wydawanie książek, propagujących wartości chrześcijańskie — odpowiada właściciel Harbor Point.

Czy uznaje się w swoim Kościele za liberała? Niedawno w USA, w Kościele episkopalnym właśnie, konsekrowano na biskupa Gene’a Robinsona, przyznającego się do homoseksualizmu.

— Biskup musi być wzorem. Gdyby ten wybór zależał ode mnie, na pewno bym się nie zgodził. Ale w naszym Kościele decyduje większość. Pozostanę lojalny. Uważam, że — mimo kłótni — powinniśmy być razem. Nie wierzę też, że sprawa Robinsona spowoduje rozłam w naszej wspólnocie — mówi Robert Gamble, popijając kawę z kubka opatrzonego wspólną fotografią z Georgem Bushem seniorem i podpisem: „Jesteśmy episkopalni”.

— Popieram George’a Busha seniora, bo jest członkiem tego samego Kościoła co ja. George Bush jr jest metodystą. Nie jestem zwolennikiem jego polityki — ucina Robert Gamble.

Ma 66 lat. Stare lata? W Bostonie.

— Życie dało mi więcej, niż mogłem oczekiwać — sumuje Bob Gamble.

Fakt. Inni też tak twierdzą. Czasem z zazdrością.