Nowy rynek kredytów, te same stare pułapki

Paweł Zielewski
opublikowano: 1998-11-19 00:00

Nowy rynek kredytów, te same stare pułapki

Doskonale pamiętam czasy, kiedy w Polsce otworzyły się — jak to szumnie dzisiaj brzmi — możliwości kupienia sobie samochodu na raty. A właściwie otworzyła się możliwość — bo jedna tylko, pionierska instytucja taką opcję oferowała.

POSZEDŁEM do banku, którego nazwę wolałbym pominąć, i poprosiłem o niezbędne dokumenty. Jedno zaświadczenie, drugie zaświadczenie, trzecie. Jeszcze jedno — dla żyranta. I dodatkowe — dla dealera. Nie wspomnę o dwóch dokumentach tożsamości ze wszystkimi koniecznymi stemplami itd. Dla indywidualnego klienta dzisiaj to koszmar, który skutecznie odepchnie od chęci pożyczenia pieniędzy w banku. Ale nie sześć czy siedem lat temu — kiedy pragnienie posiadania nowego, lśniącego, warczącego malucha było silniejsze niż cokolwiek inne.

NAWET dzisiaj, kiedy maluch już dawno zmienił właściciela (ciemną nocą i bez mojej zgody, rzecz jasna), nie wspominam ani jego, ani tego kredytu z rozrzewnieniem. Nie dziś, kiedy widzę, że załatwienie nowej pożyczki nie wiąże się z jakimkolwiek stresem, wystawaniem w kolejkach i użeraniem się z panienkami w okienkach, które trzy dni wcześniej zapomniały, że ja, czyli klient, powinienem donieść jeszcze jakieś papiery. I koniecznie przyprowadzić żyranta. Sugestię, że byłoby dobrze, gdybym postarał się o jakieś dodatkowe zabezpieczenie, ale niekoniecznie — pominąłem.

KILKA LAT zmieniło sytuację nie do poznania. Nikt nie przypuszczał, że kiedykolwiek w Polsce zaciągnięcie kredytu samochodowego może zająć 30 minut. Nikt chyba kilka lat temu nie marzył nawet o tym, że banki same przychodziły będą do klienta z błagalnymi propozycjami — zdecyduj się tylko na wzięcie pożyczki, a my wszystko załatwimy za Ciebie. Nawet pomożemy przejść przez skomplikowane procedury ustanowienia zastawu rejestrowego. I na dodatek przeprosimy, że to tak długo trwa.

Bajka, która stała się rzeczywistością.

JEST jednak druga, ciemniejsza strona medalu. Klient, ogarnięty euforią posiadania własnego samochodu, zapomina, że kredyt jest kredytem. Nie tylko trzeba go spłacić, ale także mądrze postępować przy braniu go. Warto zastanowić się, czy obietnica oprocentowania 9 czy 10 proc. to obietnica realna. Warto popytać, jak bardzo może się oprocentowanie kredytu zmienić i od czego to zależy. Warto również dowiedzieć się, czy bezpłatny (teoretycznie) pakiet ubezpieczeń dołączany często do oferty kredytowej nie zwiąże automatycznie (bo tak została skonstruowana umowa tzw. kredytu w promocji) klienta z firmą ubezpieczeniową oferującą droższe niż konkurenci pakiety ubezpieczeń. Niebezpieczeństw jest wiele.

NIE DOSZUKUJMY SIĘ na siłę ciemnych stron kredytowania kupna upragnionego auta. Przecież nikt nie jest skazany na jeden bank. Konkurencja na tym rynku jest na tyle silna, że klient może sobie przebierać do woli. Jeżeli nie ufa bankom, a są jeszcze tacy ludzie — zawsze może skorzystać z oferty pośredników kredytowych. Część z nich zapewnia, że klient — jeżeli tylko nie chce — nie musi wcale wychodzić z domu, żeby sobie samochód kupić. Agent pośrednika sam do niego przyjdzie, przyniesie zdjęcia aut i wypełni za klienta wniosek kredytowy.

POZOSTAJE jeszcze jedno — żaden z banków działających obecnie na polskim rynku nie skredytuje 100 proc. wartości samochodu. Przyszły posiadacz wozu za pożyczone pieniądze musi mieć przynajmniej 10 proc. środków własnych. A tu już bank nie pomoże. No, chyba że inny. Wybór jest. Oby tylko nie zapłątać się tak, by trzeba było później... pożyczać na benzynę.