Nowy zawód: polisowi rewizorzy

Mariusz GawrychowskiMariusz Gawrychowski
opublikowano: 2013-10-14 00:00

Inżynier oceny ryzyka – takich specjalistów szuka branża ubezpieczeniowa

Jeszcze kilka lat temu ubezpieczyciel wystawiał polisę, nie wiedząc, w jakim stanie jest hala produkcyjna czy budynek, w którym przechowuje się łatwopalne komponenty, albo czy pracownicy nie palą w firmowym biurowcu na klatkach schodowych. Ceny ubezpieczeń były oderwane od rzeczywistego ryzyka, a o stawkach decydowała matematyka: zarówno ta wyższa, aktuarialna, jak i ta, w której liczą się przychody i zysk ubezpieczyciela. Cezurę wyznacza powódź w 2010 r. Tak przetrzebiła kieszenie ubezpieczycieli, że zaczęli liczyć, jak wydobyć się z dołka. Nie skończyło się na podniesieniu cen. Zwrócili uwagę na leżącą odłogiem dziedzinę oceny ryzyka.

POTRZEBY ROSNĄ: W naszym zespole pracuje dwóch inżynierów oceny ryzyka, ale planujemy zatrudnić trzeciego — zapowiada Adam Dwulecki, wiceprezes Gothaer, firmy, która dopiero zaczyna pracę dla rynku korporacyjnego.
 [FOT. ARC]
POTRZEBY ROSNĄ: W naszym zespole pracuje dwóch inżynierów oceny ryzyka, ale planujemy zatrudnić trzeciego — zapowiada Adam Dwulecki, wiceprezes Gothaer, firmy, która dopiero zaczyna pracę dla rynku korporacyjnego. [FOT. ARC]
None
None

— Dwa, trzy lata temu wizyty specjalistów od oceny ryzyka, by zobaczyć, w jakim stanie jest majątek, który przedsiębiorca chce ubezpieczyć, były sporadyczne. Teraz do jednego kontraktu przyjeżdżają czasem inżynierowie z kilku zakładów ubezpieczeniowych i brokerskich — mówi Aleksander Ulatowski, wiceprezes firmy brokerskiej Alfa Brokers.

Detektyw i opiekun

Specjalista od oceny ryzyka to krzyżówka detektywa z opiekunem klienta. Jego pierwszym zdaniem jest sprawdzenie, w jakim stanie jest zakład produkcyjny czy magazyn. Chodzi o przestrzeganie przepisów przeciwpożarowych i procedur bezpieczeństwa.

— Dzięki lepszej wiedzy o ubezpieczanym majątku zakłady ubezpieczeniowe mogą lepiej dopasować cenę ubezpieczenia do ryzyka. To jeden z powodów spadku w ostatnich kwartałach stawek w segmencie korporacyjnym — podkreśla Aleksander Ulatowski.

Od specjalistów od oceny ryzyka ubezpieczyciele wymagają także, by umieli doradzić klientowi, co może zmienić, by obniżyć składkę i podnieść bezpieczeństwo mienia. Pozornie to niezgodne z interesem ubezpieczyciela. Niższa o kilka, kilkanaście tysięcy złotych składka jest jednak niczym wobec konieczności wypłaty kilku milionów odszkodowania za małą fabrykę, która się spaliła.

— Wskazując klientom słabe punkty, sugerując możliwości poprawy bezpieczeństwa, pokazujemy, że jesteśmy nie tylko ubezpieczycielem, ale też konsultantem, który podpowiada klientowi, co ma zrobić, żeby jego biznes był bardziej bezpieczny — przekonuje Rafał Tokarz, dyrektor departamentu zarządzania produktami ubezpieczeń korporacyjnych w Warcie. Nic dziwnego, że wymagania, jakie branża ubezpieczeniowa stawia specjalistom, są wysokie. Jeszcze kilka lat temu nielicznymi inżynierami od ryzyka w Polsce byli emerytowani strażacy. Teraz szuka się fachowców z kierunkowym doświadczeniem inżynierskim.

— Nasz specjalista od oceny ryzyka na Śląsku jest po studiach górniczych i na uprawienia do przebywania w każdym miejscu kopalni, łącznie z przodkiem. Bez tego miałby trudności z wykonywaniem obowiązków zawodowych — informuje Rafał Kiliński, dyrektor generalny ds. klientów korporacyjnych w PZU.

Podkreśla, że odpowiednie inżynierskie wykształcenie i doświadczenie są bezcenne i przydają się w różnych okolicznościach. Jako przykład podaje, jak można sprawdzić, czy pracownicy dużej elektrowni nie palą w miejscu pracy. Wystarczy zejść pod korytarze pod kotłami, gdzie nie ma kamer, i poszukać niedopałków.

Zaczęło się w Sopocie

PZU ma najwięcej specjalistów od ryzyka — 16. Taką sieć zbudowało przez trzy ostatnie lata. — Chcieliśmy poszukać pracowników na rynku, ale okazało się jest ich w Polsce bardzomało. Dlatego daliśmy szansę osobom tuż po studiach. Naszym celem było stworzenie zespołu, który mógłby w okresie trwania kontraktów chociaż raz odwiedzić każde miejsce związane z dużym ryzykiem — mówi Rafał Kiliński.

Prekursorem oceny ryzyka w Polsce nie jest jednak PZU, lecz sopocka Ergo Hestia. Ponad 10 lat temu w jej strukturach powstała mała specjalistyczna spółka Hestia Loss Control, która jako pierwsza w Polsce zajęła się audytami ryzyka. Teraz takie zespoły mają wszystkie towarzystwa, które ubezpieczają majątek dużych firm. Warta ma 15 inżynierów ryzyka. Inni po kilku — np. Gothaer, który zaczyna pracę dla rynku korporacyjnego, zatrudnia ich dwóch.

— Chcemy zatrudnić jeszcze jedną osobę — zapowiada Adam Dwulecki, wiceprezes towarzystwa. Inaczej jest w międzynarodowych firmach, jak Allianz czy Axa. Takie zespoły działają od dawna w ramach międzynarodowych struktur korporacyjnych i jeśli trzeba, przyjeżdżają do Polski.

— Od kiedy jesteśmy w grupie Talanx, możemy korzystać z globalnego know- -how. Część Talanx zajmująca się ubezpieczeniami przemysłowymi — HGI — działa w ponad 130 krajach. Nie ma linii biznesu, w której firma nie miałaby doświadczenia. Dzięki temu nie musimy wyważać otwartych drzwi — podkreśla Rafał Tokarz.

U dużych i małych

Po usługi specjalistów od oceny ryzyka zaczynają także sięgać brokerzy ubezpieczeniowi. W Polsce stawiają w tym pierwsze kroki. Pracy dla takich specjalistów szybko więc nie zabraknie. Można też liczyć na godne zarobki: 3-4 tys. zł dla początkującego i kilkanaście tysięcy dla doświadczonego inżyniera oceny ryzyka. A nie trzeba pracować tylko dla ubezpieczyciela czy brokera. Ostatnio powstało kilka małych firm, które zajmują się oceną ryzyka. A że to segment, który dopiero powstaje, w kilka lat mogą się stać liderami nowej branży.