Obcokrajowcom dziękujemy

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2013-11-05 00:00

Gdzie się podziała słynna polska gościnność? Większość obywateli jest przeciwna wpuszczaniu do kraju imigrantów zarobkowych — wynika z badania PBS dla „PB”

Demograficzna bomba tyka coraz głośniej. Do 2035 r. liczba osób w wieku produkcyjnym w Polsce skurczy się prawie o 4 mln, co oznacza, że średnio z rynku pracy ubywać będzie po około 180 tys. pracowników rocznie. W Europie niewiele jest krajów, które mają tak niepokojące perspektywy dla zasobów pracy jak Polska. Starzenie się społeczeństwa częściowo ograniczy prawdopodobnie skalę bezrobocia, ale rodzi też wiele rodzajów ryzyka dla gospodarki — np. konsumpcji czy finansów publicznych. Jednym z rozwiązań, które ekonomiści biorą pod uwagę, jest zaproszenie do Polski imigrantów spoza Unii Europejskiej, np. z Ukrainy czy Chin. Badanie PBS dla „PB” pokazuje jednak, że Polacy — przynajmniej na razie — są temu pomysłowi przeciwni.

None
None

Imigranci na Madagaskar

Większość ankietowanych osób (56 proc.) uważa, że Polska nie powinna zapraszać do siebie cudzoziemców. Pomysł szerszego otwarcia rynku pracy dla imigrantów popiera tylko 12 proc. Polaków, a 17 proc. zgodziłoby się na to, ale tylko dla wybranych zawodów — tych, w których najbardziej brakować będzie osób do pracy.

— Te wyniki są rozczarowujące. Pokazują, że polskie społeczeństwo jest wyraźnie niechętne goszczeniu obcokrajowców. To przykre, bo jednocześnie Polacy wyjątkowo chętnie korzystają z zagranicznych rynków pracy, np. z powodzeniem zasiedlili Wielką Brytanię — mówi Anna Kwiatkiewicz, ekspert PKPP Lewiatan.

Odsetek osób niechętnych zapraszaniu do Polski cudzoziemców spada wraz z wykształceniem, ale nawet wśród osób najlepiej wyedukowanych jest to dominująca grupa. Wśród osób z wykształceniem podstawowym przeciwko otwarciu rynku pracy jest 62 proc., a wśród badanych po studiach — 42 proc. Najczęstszym powodem, dla którego nie chcemy widzieć u siebie obcokrajowców, jest obawa, że imigranci będą odbierać nam pracę. Argument ten podaje 61 proc. ankietowanych spośród tych, którzy są przeciwko otwarciu rynku pracy. Rzadziej obawiamy się, że napływ cudzoziemców będzie rodził konflikty społeczne (19 proc.) oraz że imigranci będą obciążeniem dla polskiego podatnika, bo np. będą pobierać zasiłki (16 proc.).

Jeśli natomiast mamy wpuszczać cudzoziemców, Polacy najchętniej widzieliby u nas Ukraińców (wskazuje tak 29 proc. osób, które są gotowe otworzyć nasz rynek pracy), a w dalszej kolejności Białorusinów i Rosjan (po 10 proc.). Nieco mniej chętnie widzielibyśmy u siebie Wietnamczyków (8 proc.) i Chińczyków (6 proc.).

Zdaniem Stanisława Kluzy, demografa i ekonomisty Szkoły Głównej Handlowej, niechęć Polaków do otwierania rynku pracy wynika głównie z niewiedzy. Nie uświadamiamy sobie jeszcze, jak silne są czekające nas zmiany demograficzne.

Idzie nowe

— Osoby ankietowane w badaniu patrzą na kwestię zapraszania cudzoziemców głównie przez pryzmat obecnej sytuacji w kraju. Mamy dość wysokie bezrobocie, przedsiębiorcy niechętnie tworzą miejsca pracy, a więc nawet bez napływu imigrantów nie starcza pracy dla wszystkich. Problem w tym, że ta sytuacja w najbliższych dekadach będzie szybko się zmieniać. Rąk do pracy będzie ubywać, polska gospodarka będzie cierpieć na coraz silniejszy niedobór kapitału ludzkiego — przekonuje Stanisław Kluza.

Już teraz, mimo wysokiego bezrobocia, polskim przedsiębiorcom brakuje wykwalifikowanych pracowników. We wszelkich badaniach wśród pracodawców jest to jedna z najczęściej wymienianych barier w rozwoju biznesu. — Z tym problemem trzeba będzie prędzej czy później się zmierzyć. Ściąganie do Polski pracowników z innych krajów może ten problem złagodzić i należy brać to pod uwagę — mówi Anna Kwiatkiewicz.

Pracownicy w uśpieniu

Polska ma obecnie najbardziej jednolite narodowościowo społeczeństwo w całej Unii Europejskiej. Obce obywatelstwo ma u nas jedynie 0,1 proc. mieszkańców, tymczasem średnio w UE jest to 4,1 proc. W Niemczech obcokrajowcy to 9,1 proc. społeczeństwa, a w Wielkiej Brytanii 7,8 proc.

Rekordzistą jest Luksemburg, gdzie obcy paszport ma 43,8 proc. ludności. Nawet gdybyśmy zwiększyli liczbę imigrantów dziesięciokrotnie, na tle UE nadal będziemy bardzo mało otwartym rynkiem pracy.

— Dobrze przemyślana strategia ściągania do Polski pracowników z zagranicy wcale nie musi wywołać konfliktów społecznych. Trzeba tylko tę reformę odpowiednio przygotować, tzn. sprawdzić, jakich pracowników potrzebujemy, jak ich zachęcić do przyjazdu do Polski i zasymilować z polskim społeczeństwem oraz co zrobić, żeby pracownicy znad Wisły nie uciekli do pracy w bogatszych krajach zachodnich.

To są spore wyzwania, ale mamy czas, by zrobić to z głową — mówi Anna Kwiatkiewicz. Warto jednak pamiętać, że zanim zaczniemy sięgać po pracowników z zagranicy, powinniśmy w jak największym stopniu zacząć wykorzystywać krajowy kapitał ludzki. A z tym nie jest najlepiej. W Polsce aktywnych zawodowo jest tylko 58 proc. obywateli w wieku produkcyjnym. Reszta to np. 2,1 mln bezrobotnych czy setki tysięcy osób na wcześniejszych emeryturach. Duże, uśpione rezerwy pracy tkwią też np. w rolnictwie czy wśród kobiet, które są zdolne do pracy, ale wychowują dzieci lub opiekują się wnukami.

— W pierwszej kolejności powinniśmy korzystać z pracowników, których mamy w Polsce, a dopiero później sięgać po cudzoziemców. Podniesienie aktywności zawodowej ludności to bardzo ważne zadanie dla polskiego rządu. Niestety, realizacja tego celu pozostawia wiele do życzenia — mówi Stanisław Kluza.