Od kilku lat wiadomo, że dywidenda pokoju się kończy. Polegała ona na tym, że kraje redukujące wydatki na obronę mogły zwiększać nakłady na cele społeczne. Teraz jednak historia bardzo przyspiesza i wygląda na to, że zanikanie dywidendy pokoju będzie turboszybkie — dużo szybsze, niż się liderom politycznym w Europie wydawało. Co z tym zrobią? Moim zdaniem niestety duża część Europy Zachodniej, w tym Niemcy, nie zrobi nic i nie dostosuje się do nowych warunków. Ale my w Polsce i cały region Europy Środkowej i Północnej zapewne będziemy musieli.
Dywidendę pokoju dobrze widać, gdy porówna się wydatki państw OECD. Uwzględniliśmy dane pochodzące z 2022 r., bo są ostatnimi, które pozwalają na takie zestawienie. Te kraje, które relatywnie najmniej wydawały na obronę narodową, najwięcej przeznaczały na zabezpieczenie społeczne. I tak na przykład w Niemczech obrona pochłaniała wówczas tylko 2 proc. budżetu, a zabezpieczenie społeczne aż 42 proc. W Izraelu natomiast wydatki obronne stanowiły 13 proc. budżetu (było to jeszcze przed eskalacją wojny z Hamasem), a zabezpieczenie społeczne - 28 proc. Polska do tej pory była znacznie bliżej modelu niemieckiego niż izraelskiego, choć stopniowo zaczyna się to zmieniać.
Dobrym przykładem wymienności między wydatkami militarnymi i społecznymi są państwa skandynawskie, słynące z wysokiej stopy wydatków publicznych. Najwięcej w 2022 r. obrona ważyła w budżecie Szwecji, odpowiadając za 3,4 proc. jego ogólnej wielkości, a jednocześnie w tym kraju najmniej szło na zabezpieczenie społeczne. Odwrotnie do 2022 r. było w Finlandii, zanim przystąpiła do NATO: wydatki na obronę odpowiadały za 2,5 proc. budżetu, a zabezpieczenie społeczne aż 44 proc.
Co ciekawe, wydatki obronne, statystycznie rzecz biorąc, nie ograniczają wydatków na usługi publiczne, czyli zdrowie i edukację. Kraje wydające więcej na cele militarne nie wydają średnio mniej na budowanie kapitału ludzkiego. W Izraelu wydatki na te cele ważą więcej w budżecie niż w Niemczech. W Szwecji więcej niż w Finlandii. Wniosek - silną armię buduje się na silnej gospodarce, która wymaga inwestycji w kapitał ludzki.
Absolutnie nie jestem negatywnie nastawiony do europejskiego modelu państwa dobrobytu. Europie udało się zbudować coś, co ekonomista Indermitt Gill nazwał kiedyś superpotęgą stylu życia (lifestyle superpower). Jest to połączenie wysokich dochodów ze stabilnością zatrudnienia, wysokim dostępem usług publicznych i szerokim zabezpieczeniem społecznym.
Kłopot polega na tym, że utrzymanie wszystkich elementów tego modelu i jednocześnie znaczne zwiększenie wydatków na obronność będzie niemożliwe. Nie ma na to miejsca. W dużych krajach Unii Europejskiej, w tym w Polsce, ogólne wydatki publiczne sięgają 50 proc. w relacji do PKB, czyli już są bardzo wysokie, a jednocześnie większość tych krajów notuje relatywnie wysoki deficyt budżetowy. Nałożenie dodatkowych wydatków na obronność wymagałoby dużych podwyżek podatków, które dla każdego rządu są zabójcze politycznie, a dla gospodarki mogłyby okazać się też trudne do uniesienia. Dlatego zwiększenie wydatków na armię musi się odbyć w jakiejś mierze przez stopniowe restrukturyzowanie innych wydatków, w tym głównie społecznych.
W dużych krajach Europy Zachodniej taki manewr prawdopodobnie się nie uda w czasach pokoju lub przynajmniej dopóki rosyjskie wojsko nie stanie na Bugu, natomiast w Europie Środkowej i Północnej, w tym w Polsce, to musi się wydarzyć, za bardzo nie ma wyboru.
Ale to nie oznacza, że model państwa dobrobytu ma zostać skasowany. Powinniśmy spojrzeć na niego inaczej niż tylko przez pryzmat wydatków publicznych. Ma on również w sobie inne elementy, w tym m.in. negocjacje społeczne między pracodawcami a związkami zawodowymi czy prawo pracy. W Polsce możemy wzmocnić te elementy, a szczególnie rolę dialogu między pracodawcami a związkami zawodowymi. W sytuacji egzystencjalnego zagrożenia dla pokoju potrzebny jest nam nowy kontrakt społeczny, odciążenie budżetu i zadbanie o spójność społeczną w nieco inny sposób niż dotychczas.
W krajach skandynawskich, takich jak Szwecja czy Dania, dialog społeczny jest fundamentem modelu dobrobytu. Tam związki zawodowe nie tylko negocjują płace, ale także współuczestniczą w kształtowaniu polityki zatrudnienia, szkolenia zawodowego i ochrony socjalnej, co pozwala elastycznie reagować na zmiany gospodarcze bez konieczności zwiększania wydatków publicznych. Podobne rozwiązania istnieją również poza Skandynawią. W Holandii funkcjonuje tzw. "Polder Model", oparty na trójstronnych porozumieniach między rządem, pracodawcami i pracownikami. Umożliwia on kompromisy dotyczące płac, czasu pracy i inwestycji w kapitał ludzki, bez nadmiernego obciążania budżetu państwa. Niemcy z kolei rozwinęły system "Mitbestimmung" (współzarządzania), w którym przedstawiciele pracowników zasiadają w radach nadzorczych dużych firm, co nie tylko poprawia relacje społeczne, ale także sprzyja długoterminowej stabilności gospodarczej.
Nie będziemy niczego przeklejać jeden do jednego, ale jeżeli chcemy być uzbrojeni po zęby, a jednocześnie być społeczeństwem solidarnym i równym, myślimy myśleć poza dotychczasowymi schematami.
