Obrzucani pytaniami

Marcin Zawiśliński
opublikowano: 2008-10-31 00:00

Bezpośrednia w kontakcie, dociekliwa w rozmowie. Nie lubi porównań do Oprah Winfrey. Jej antidotum na zawodowy stres? Mąż i dwójka dzieci.

"Puls Biznesu": Właśnie skończyła pani zdjęcia do kolejnego programu. O czym był?

Ewa Drzyzga, dziennikarka TVN: O ludziach, którzy — powiedzmy — modyfikują swoje ciało.

Aha, modyfikują… Czyli?

Jedni przekłuwają i rozciągają uszy, inni podwieszają się na hakach, a jeszcze inni — tatuują prawie całą skórę. Starałam się dowiedzieć, po co to robią i dlaczego sprawiają sobie ból.

No, dlaczego?

Alpiniści chodzą w coraz wyższe góry i starają się zdobywać coraz wyższe szczyty. Tak samo oni chcą poznać granice bólu. Sprawdzić się, otworzyć na nowe doznania. Dla niektórych to oczyszczenie, dla innych — chęć przyozdobienia się. Zdaję sobie sprawę, że to duże uproszczenie — dlatego odsyłam do tego programu, gdzie dochodzimy do wniosków, że to oznaczanie ciała jest sposobem komunikacji — czasem wołaniem o to, by być zauważonym, tak jak to było w programie o matkach, które wstydzą się dzieci zdobiących się w ten sposób.

Jak się pani czuje po takich programach?

Zależy od tematu, przebiegu rozmowy… Czasami trudno nie przeżywać tego, co przeżywają goście.

Korzysta pani wtedy z pomocy psychologa?

Zabrzmi może dziwnie, ale — niech pan uwierzy — najlepiej relaksują mnie chwile, kiedy daję wycisk wszystkim swoim mięśniom — w trosce o kręgosłup. Niezawodny jest też kontakt z rodziną. To mi wystarcza. W zupełności.

A może korci panią, by czasami wcielić się w rolę psychologa?

Zostawiam sobie rolę dociekliwego dziennikarza. Nikt nie zastąpi doświadczonego zawodowego psychologa czy psychoterapeuty.

W internecie przeczytałem, że do następnego programu poszukujecie nastolatki w ciąży, do jeszcze innego — prostytutek, które są babciami. No, fantastycznie…

Rozmawiam niemal o wszystkim. Nie tylko o skrajnościach czy sprawach kontrowersyjnych, ale także o miłości i ludzkich sukcesach. Staram się zachować równowagę.

Sama wymyśla pani tematy?

Nie, nad tym pracuje cały sztab. Dostajemy też listy i e-maile od ludzi, którzy chcieliby się z nami podzielić swoimi problemami.

A temat, którego nigdy by pani nie poruszyła?

Co prawda byli u mnie wyznawcy szatana, ale o samym satanizmie nie chcę rozmawiać… Nie chcę stać po stronie tych, co zło nazywają dobrem. Poza tym talk-show nie może się przerodzić w program publicystyczny. Nie zamierzam też poruszać tematów ustawowo u nas zakazanych: szerzyć faszyzmu czy komunizmu.

Są jeszcze inne ograniczające regulacje prawne?

Sytuacja prawna gości. Chciałam kiedyś na przykład zaprosić małżonków, którzy — jak się okazało — mieli zakaz zbliżania się do siebie na mniej niż 50 metrów.

I jak pani wybrnęła?

Z żoną rozmawiałam przez telefon.

Moim zdaniem, niektórzy pani goście to raczej ekshibicjoniści: przed kamerami chcą się obnażyć ze swoimi problemami, katastrofami, odchyłami...

Właśnie że nie! Jak sądzę, większości moich gości chodzi o rozmowę, o rozwikłanie ich kłopotów. Przecież są prostytutki, które mają dzieci, a one kiedyś zakładają własne rodziny! Takie jest życie... Nie chcę nikogo szokować. Staram się zrozumieć ludzi, a kiedy trzeba — pomóc.

Niby jak?

Rozmawiając z nimi wespół z psychologiem (jest niemal przy każdym programie). Próbujemy wskazywać właściwą drogę. Mówiłam już: ludzie sami się do nas zgłaszają z bolączkami. Kobiety potrzebujące pomocy, bo są bite przez męża albo nierozumiane przez rodziców. Córka, którą ojciec wyrzuca z domu i każe iść pod most zarabiać pieniądze. Mówię jej wtedy, że jest na Śląsku siostra zakonna, której misja to pomaganie prostytutkom chcącym się wyrwać z tego zaklętego kręgu. Dzwonię, umawiam spotkanie, wysyłam do terapeuty. To nie tylko te kilka minut w studiu i na ekranie.

I co? Czy po tylu latach nie nabrała pani przyzwyczajenia, by ludzi oglądać jak pod mikroskopem? Nie ma pani dość cudzych dziwactw, dramatów, splątanych losów?

Trudno mi się zgodzić z tym, że sprawy dotyczące moich gości nazywa się odchyłem czy dziwactwem. Ja zupełnie inaczej do tego podchodzę. Staram się zrozumieć. Proszę uwierzyć, że nie da się przyzwyczaić do ludzkich emocji, doświadczanych na wyciągnięcie ręki.

Mówią o pani — polska Oprah Winfrey. Banalnie, ale i zaszczytnie.

To Tomasz Raczek nazwał mnie tak po raz pierwszy… Miło słyszeć, ale trudno uznać, że jesteśmy takie same. Wiele nas różni. Ja mam rodzinę z dwójką dzieci, dla której chcę mieć swój czas. Oprah Winfrey to kobieta-instytucja. Jej domem pozostaje praca. Ja prowadzę mój program od kilku lat, ona ma swój od prawie ćwierć wieku. Nie naśladuję jej.

Od radia do telekamery

Zawodowa przygoda Ewy Drzyzgi z mediami zaczęła się na początku lat 90. w krakowskim radiu RMF FM (wtedy jeszcze Radio Małopolska Fun), gdzie prowadziła poranne serwisy informacyjne i "Obraz Dnia" (wraz z Tomaszem Staniszewskim). Jej pierwszą samodzielną audycją był program o ludziach skaczących ze spadochronami. Co zrobiła, by oddać to, co oni czują? Skoczyła razem z nimi!

Była jedną z pierwszych nowych prezenterek TVP po historycznym przełomie 1989 r., a potem dziennikarką Polsatu. Od sierpnia 2000 roku prowadzi talk-show "Rozmowy w toku" w TVN. Trzykrotna laureatka Telekamer, w konsekwencji zdobywczyni Złotej Telekamery (2007).