Mija 77 lat od pierwszego wydania „Roku 1984”. Lubimy myśleć, że jesteśmy mądrzejsi od ludzi z tamtych czasów. Oni dopuścili do narodzin dwóch potworów: stalinizmu i hitleryzmu. My żyjemy w wolności. Głosujemy. Mamy internet. Możemy mówić, co chcemy. Wielki Brat wydaje się słabszy niż w wizji George'a Orwella. Tylko że to może być złudzenie.
Wielki Brat nie umarł. Zmienił właściciela. Został sprywatyzowany. Kiedyś kontrolowało cię państwo. Dziś często robią to firmy technologiczne. Media społecznościowe. Wyszukiwarki. Sklepy internetowe. Aplikacje. Smartfony. Wiedzą, co kupujesz. Czego się boisz. Co cię złości. Na co patrzysz zbyt długo. Z kim rozmawiasz. Gdzie jesteś. Co czytasz nocą. Dane stały się towarem. Człowiek też.
W internecie coraz częściej nie jesteś klientem. Jesteś surowcem. E-commerce nie tylko tobie próbuje coś sprzedać. Jego klientami są także reklamodawcy, którzy kupują twój czas, uwagę, emocje i przewidywalne reakcje. Im dłużej patrzysz w ekran, tym szybciej kręcą się koła komercji. Nawet twoje oburzenie staje się paliwem biznesowym.
Nie trzeba już pałki. Nie trzeba celi. Wystarczy algorytm. Powiadomienie o polubieniach. Ranking popularności. Zasięg. Kara za milczenie. Nagroda za odsłonięcie się. Dawne reżimy wyrywały obywatelom prywatność siłą. My oddajemy ją dobrowolnie. Krok po kroku. Zdjęcie po zdjęciu. Sekret po sekrecie. Donosimy na samych siebie. Pokazujemy emocje, poglądy, dzieci, adresy, trasy, słabości. Wszystko trafia do chmury, a potem zostaje tam na zawsze.
Dawniej człowiek miał prawo do niewidzialności. Mógł zniknąć w tłumie. Wstrzymać się od komentarza. Odmówić opowiadania o sobie. Teraz niewidzialność wygląda podejrzanie. Trzeba być obecnym. Reagować. Publikować. Budować markę osobistą. Kogo nie widać, ten wypada z obiegu.
Platformy wmówiły nam, że widzialność jest wolnością. Tymczasem to nowa forma przymusu. W każdym z nas jest odrobina narcyzmu, która każe nam zamieniać życie w permanentną transmisję na żywo.
Na domiar złego zasady ciągle się zmieniają. Tempo tych zmian jest szybsze niż zdolność jednostki do orientowania się w nich. Jeszcze kilkanaście lat temu normy społeczne były względnie stabilne. Można było je krytykować lub łamać, ale przynajmniej było wiadomo, gdzie przebiega granica. W sieci granica przesuwa się codziennie.
Wczorajszy żart dziś może być dowodem moralnej kompromitacji. Słowo, które miesiąc temu uchodziło za neutralne, jutro zostanie uznane za przemocowe. Samozwańczy stróże obyczajowej ortodoksji nie dają ci prawa do niewiedzy ani czasu na korektę poglądów.
Wszyscy żyjemy pod ciągłą obserwacją. Każde zdanie można wyciągnąć z przeszłości, wyrwać z kontekstu i postawić pod reflektorem. Dzisiaj chwalą cię za posty. Pojutrze te same słowa mogą stać się dowodem przeciwko tobie. Wystarczy czyjś kaprys, by bohater dnia został uznany za wichrzyciela winnego myślozbrodni.
Choć nikt wprost nie narzuca ci, co i jak masz mówić, zaczynasz ważyć każde zdanie. Zanim coś napiszesz, zastanawiasz się, czy ktoś nie wytnie tego z kontekstu. Czy nie wróci to za pięć lat. Czy tłum hejterów nie zażąda publicznych przeprosin. Strach przed oceną zastępuje formalny zakaz. Tak stajesz się własnym cenzorem.
Nie lepiej jest w pracy. Tam sprywatyzowany Wielki Brat czuje się świetnie. Nie pilnuje cię już kierownik z notesem. Nadzór przejmuje system. Sprawdza obecność online. Śledzi tempo pracy. Widzi, kiedy jesteś aktywny, a kiedy sobie odpuszczasz. Liczy kliknięcia. Mierzy czas reakcji. Kurier dostaje ocenę od algorytmu. Kierowca tira jest monitorowany przez GPS i czujniki. Magazynier pracuje pod dyktando skanera. Pracownik biurowy powinien być ciągle dostępny, widoczny i szybki. Człowiek ma działać jak maszyna. Bez zmęczenia. Bez przerwy. Bez gorszego dnia. A najlepiej także taniej niż maszyna.
To właśnie tutaj „Rok 1984” spotyka się z „Nowym wspaniałym światem”. George Orwell bał się scenariusza, w którym wolność zostanie zmiażdżona przez brutalną siłę państwa. Aldous Huxley przeczuwał coś bardziej przewrotnego — społeczeństwo, które samo pokocha własne zniewolenie. I być może to jest najbardziej niepokojące. Współczesny Wielki Brat nie musi krzyczeć. Nie musi bić. Nie musi nawet zmuszać. Woli uwodzić. Daje wygodę, rozrywkę, dopaminę i iluzję znaczenia. Człowiek nie czuje się więźniem. Czuje się użytkownikiem. Klientem. Kimś wyjątkowym. VIP-em.
Pal licho, że technologia nas obserwuje. Najgorsze jest to, że zaczynamy patrzeć na siebie oczami algorytmu. Liczymy zasięgi, reakcje, produktywność i widzialność. Uczymy się mówić tak, by dobrze pasowało do obowiązującej narracji. Już nie pytamy, czy coś jest prawdą, ale czy się poniesie.
Naprawdę nie jesteśmy mądrzejsi od ludzi z czasów Orwella. Po prostu nowa tyrania jest trudniejsza do zauważenia. Nie przychodzi w mundurze. Nie maszeruje ulicami. Nie pali książek na placach. Wślizguje się do życia po cichu. Pod postacią wygody, rozrywki i technologicznego postępu. A ty oddajesz wolność sam. Z własnej woli. Kliknięcie po kliknięciu.

