1 maja w epoce samowyzysku

Mirosław KonkelMirosław Konkel
opublikowano: 2026-04-29 18:12

Dzień 1 maja powinien być alarmem — największym zagrożeniem jest kultura osiągnięć, w której zmęczenie uchodzi za cnotę, a coraz wyższe wymagania za miarę sukcesu.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

1 maja wraca co roku jak stary rekwizyt z innej epoki — pochody, sztandary, przemówienia o wyzysku. Wielu menedżerów patrzy na to z rezerwą. Relikt czasów fabryk, kominów i starcia klas. To błąd. Święto pracy nie straciło sensu. Zmienił się tylko przeciwnik. I to ty nim jesteś.

W 1886 r. w Chicago ludzie wyszli na ulice, bo pracowali za długo, za ciężko i za głodową pensję. Wiedzieli jednak, skąd pochodzi opresja. Był właściciel, nadzorca i gwizdek wyznaczający rytm dnia. Przymus miał konkretny adres i nazwisko. Miał twarz. Można było spojrzeć mu w oczy i wskazać palcem.

Dziś jest trudniej — współczesny pracownik z aspiracjami często sam dokłada sobie pracy. Sam wydłuża dzień. Sam zgłasza się do trudnych projektów. Sam zapisuje się na kolejne szkolenie, projekt, networking, konferencję. Sam powtarza: jeszcze obudzę w sobie olbrzyma, stanę się najlepszą wersją siebie, dowiozę wynik. A kiedy pada ze zmęczenia, nie słyszy alarmu. Widzi cenę rozwoju.

To największa zmiana ostatnich dekad — dawniej człowieka eksploatowano wbrew jego woli, dziś coraz częściej eksploatuje się sam. I robi to z dumą.

Filozof Byung-Chul Han nazwał obecny model społeczeństwem osiągnięć. To świat, w którym bat zastąpiono ambicją, rozkaz motywacją, nadzór coachingiem. Człowiek nie słyszy już: musisz. Słyszy: możesz. Możesz więcej. Szybciej. Wyżej. Mocniej. Brzmi łagodnie, działa brutalnie. Bo gdy dawny robotnik miał wroga na zewnątrz, współczesny nosi go w sobie. Siedzi w głowie i mówi: inni pracują więcej. Są dalej. Już zbudowali markę osobistą, zasięgi, majątek. Awansowali. Ty też możesz. Rusz się.

To dlatego tak wielu ludzi żyje w stałym napięciu. Nie odpoczywają naprawdę, bo odpoczynek wygląda im na lenistwo, stratę czasu, przegapioną okazję. Nie cieszą się sukcesem, bo natychmiast trzeba gonić następny. Nie kończą pracy, bo ona nie ma już końca. Fajrant? Słowo z innej cywilizacji.

Śmiejemy się z japońskiego słowa karoshi, jakby nie pasowało do europejskich standardów. A przecież mentalnie jesteśmy bliżej tego świata, niż chcemy przyznać. Coraz częściej wartość człowieka mierzy się szybkością odpowiedzi na mejle, kalendarzem bez wolnej luki i gotowością do poświęceń. Tak rodzi się nowa klasa przepracowanych. Dobrze ubranych. Z abonamentem medycznym. Z kartą sportową. Z dostępem do aplikacji mindfulness. Ludzi, którzy mają wiele udogodnień i coraz mniej sił.

To także temat dla liderów. Najgorszy szef nie musi krzyczeć, poniżać, stać nad ludźmi z batem. Wystarczy, że stworzy kulturę, w której przeciążenie uchodzi za cnotę, a granice za słabość. Resztę zespół zrobi sam.

Dobry lider myśli inaczej. Wie, że zmęczony człowiek nie jest zasobem premium. Wie, że wypalenie nie daje przewagi konkurencyjnej. Wie, że zespół może przez chwilę jechać na adrenalinie, ale nie zbuduje na niej przyszłości.

Produktywność to nie sztuka wyciskania człowieka do ostatniej kropli, ale taka organizacja pracy, by energia wracała szybciej, niż jest zużywana. Dlatego 1 maja ciągle ma sens.

Dziś nie chodzi już tylko o płacę i liczbę godzin. Chodzi o coś bardziej podstępnego — o człowieka, który sam zakłada sobie kajdany i jeszcze bierze je za dowód spełnienia. Nowy robotnik nie stoi przy taśmie. Siedzi przy biurku. Albo z laptopem w kawiarni. Uśmiecha się. Mówi, że wszystko ma pod kontrolą. Nie ma. I może właśnie po to jest 1 maja, by mu o tym przypomnieć.