Ochrona danych pacjenta jest fikcją

Bożena Wiktorowska
12-01-1999, 00:00

Ochrona danych pacjenta jest fikcją

Okazja czyni złodzieja. Złoty pierścionek zgubiony na ulicy wcześniej lub później znajdzie nowego właściciela. Wzory podpisów, numery ewidencyjne PESEL oraz dokładne adresy wraz z imieniem i nazwiskiem osób zameldowanych na stale — to nie lada gratka nie tylko dla firm handlujących danymi, ale także dla zwykłych oszustów i złodziei. A taką okazję stworzyły zapisy do lekarzy.

NIKT Z AUTORÓW reformy zdrowia nie przewidział, że wprowadzenie wolnego wyboru lekarza stworzy okazję do popełnienia przestępstwa. I to przeciwko ustawie o ochronie danych osobowych. Obecnie pacjenci mają prawo zapisywać się do dowolnego lekarza rodzinnego lub rejonowego, nazywanego teraz lekarzem pierwszego kontaktu. Sam zamysł jest ze wszech miar słuszny, bowiem już dawno ludzie buntowali się przeciwko przypisywaniu ich do konkretnego lekarza. Było to powodem awantur w przychodniach, jeśli ktoś nie chciał się leczyć u wyznaczonego przez administrację lekarza. Tym bardziej że dla nikogo nie było tajemnicą, że stan wiedzy oraz poziom etyki wielu lekarzy budzi, mówiąc delikatnie, poważne wątpliwości. Jednak sposób przeprowadzenia całej operacji związanej z wolnym wyborem lekarza — szokuje.

W JEDNEJ z warszawskich rejonowych przychodni zdrowia, w godzinach popołudniowych, na stoliku, w miejscu dość ustronnym, bez jakiegokolwiek nadzoru leżą listy, na których można się zapisać do dowolnie wybranego lekarza internisty. Osoba pragnąca zapisać się do lekarza musi podać: imię, nazwisko, miejsce zamieszkania (ulicę, numer domu, numer mieszkania), wpisać PESEL oraz złożyć własnoręcznie podpis. W przychodni pracuje kilku lekarzy. Do każdego z nich zapisało się już ponad 100 osób. List nikt nie pilnuje, bowiem szatniarka jest na drugim końcu przychodni, a rejestratorka siedzi w kantorze pozasłaniana firankami, by przypadkiem pacjenci nie widzieli, czym się zajmuje.

NASZ REPORTER przeprowadził prostą próbę. Wziął listę. Przeszedł się z nią po przychodni. Nikt się nie zainteresował. Gdyby do tej przychodni trafiła osoba posiadająca podręczny skaner, w ciągu kilku minut mogłaby stać się właścicielem od tysiąca do dwóch tysięcy szczegółowych danych osobowych, wraz ze wzorami podpisów. Oszust gorzej wyposażony, lecz bardziej pracowity może te dane ręcznie przepisać, a pracownicy przychodni będą przekonani, że tak długo się zastanawia, komu powierzyć swoje zdrowie.

USTAWA o ochronie danych osobowych podobno miała gwarantować, że nikt postronny nie będzie miał prawa dostępu do podstawowych danych. Nowe uregulowania prawne miały także zagwarantować, że wszystkie informacje poufne przekazywane zgodnie z prawem jednostkom administracji państwowej lub lokalnej będą odpowiednio zabezpieczone. Do danych objętych tajemnicą został zaliczony numer PESEL oraz NIP. Do danych wymagających ochrony zostały zaliczone także informacje o stanie zdrowia, o kodzie genetycznym, przynależności partyjnej i związkowej, o wyznaniu. Do wielu takich informacji można się dostać mając klucz, jakim jest PESEL.

CZY MOŻNA sobie wyobrazić gorszą sytuację. W miejscu, do którego ma dostęp każdy — zostają wyłożone najbardziej tajne dane. I każdy przez wiele godzin może je nie tylko czytać, ale także spisywać, nie budząc niczyjego zainteresowania. Tak więc przestępca dysponując imieniem, nazwiskiem, adresem oraz numerem ewidencji ludności może takie dane wykorzystać w różnych celach. Można przypuszczać, że po takiej zakrojonej na szeroką skalę akcji wystawiania na widok publiczny tajnych danych, oszuści znów zaczną kusić wysoką wygraną w loterii firmy krzak albo poinformują o spadku pozostawionym przez krewnego.

CO GORSZA, pracownicy przychodni umożliwiają zdobycie wzoru podpisu takiej osoby, więc pole do nadużyć jest wręcz nieograniczone. Podpis bowiem ułatwi kieszonkowcom realizację czeków skradzionych z mieszkań osób figurujących na liście. A ile takich list w całej Polsce pozostawiono na łasce losu? Nie wiadomo. Jeśli więc za kilka miesięcy okaże się, że państwa konto w banku jest puste, dziecko zostało uprowadzone spod szkoły, a w mieszkaniu są tylko gołe ściany, warto sobie przypomnieć, czy przypadkiem w przychodni zdrowia pracownicy nie rzucili danych osobowych lwom na pożarcie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bożena Wiktorowska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / Ochrona danych pacjenta jest fikcją