Odgórne ćwiczenie oddolnej demokracji

opublikowano: 09-03-2021, 20:00

Z rocznym opóźnieniem epidemicznym w środę podpisana zostanie w Brukseli trójstronna deklaracja instytucji Unii Europejskiej w sprawie konferencji na temat przyszłości Europy.

Jej ideę zgłosił w 2019 r. francuski prezydent Emmanuel Macron. Na starcie zdumiewa jednak ważna okoliczność. Otóż najwyższym unijnym triumwiratem są przewodniczący: Rady Europejskiej (RE – kolegialnej głowy wspólnoty), Komisji Europejskiej (KE – rządu) oraz Parlamentu Europejskiego (PE – jednej izby legislacyjnej). Taka delegacja m.in. odbierała w 2012 r. plakietkę pokojowego Nobla dla UE i taka rok temu zapowiedziała konferencję: Charles Michel, Ursula von der Leyen i David Sassoli. A jednak RE, czyli szczyt prezydentów/premierów, została w dokumencie założycielskim konferencji… wymieniona na ministerialną Radę UE (czyli drugą izbę legislacyjną), w której imieniu deklarację sygnuje António Costa, premier sprawującej prezydencję Portugalii.

Rok temu ideę konferencji na temat przyszłości zgodnie firmowali Charles Michel, David Sassoli i Ursula von der Leyen, ale obecnie RE proceduralnie stoi obok.
FRANCOIS LENOIR / Reuters / Forum

Wymiana rady na radę ma znaczenie nie tylko prestiżowe, lecz głęboko merytoryczne. Otóż szczyt RE, przyjmujący konkluzje jednomyślnie (z nielicznymi wyjątkami), pozostaje ostatnim bastionem reprezentacji interesów państw członkowskich, wszak każdy prezydent/premier może uderzyć wetem. KE i PE z definicji są ponadnarodowe, natomiast ministerialna Rada UE to izba 27 państw, ale ze względu na system głosowania rządzi w niej kilka najludniejszych. Dlatego ciekawe będzie odniesienie się szefów państw/rządów do inicjatywy konferencji, okazja trafi się na szczycie RE 25-26 marca. Oczekiwania obecnych władców Polski – oraz Węgier, do duetu zaczyna dołączać premier Słowenii – co do kierunków ewolucji UE idą w zdecydowanie przeciwną stronę niż założenia konferencji. Zaostrzające się starcie ideologiczne umacnia generalny spór o proporcje między prawodawstwem unijnym a tworzonym przez parlamenty narodowe. Z punktu widzenia rządu PiS konferencja otworzy pole nowego, głębokiego konfliktu, którego przedsmakiem było pamiętne starcie o rozporządzenie w sprawie „ogólnego systemu warunkowości służącego ochronie budżetu UE”. Po dramatycznym szczycie w grudniu 2020 r. trudno uniknąć wrażenia, że RE… boi się konferencji, ponieważ pachnie ona federalizacją.

Deklaracja trojga przewodniczących jest tak przepojona górnolotnymi frazesami, że trudno przez nią przebrnąć. Podjąłem jednak próbę odcedzenia wody i wyciśnięcia suchych konkretów. Nie ma ani słowa w najważniejszej kwestii – czy dorobkiem konferencji miałaby być zmiana traktatów. W tym sensie absolutnie nie będzie to standardowa tzw. konferencja międzyrządowa, zwoływana przez pominiętą obecnie RE i kończąca się właśnie nowelizacją unijnych traktatów (ostatnio w Lizbonie w 2007 r.). Startująca konferencja miałaby się skończyć wiosną 2022 r., jej konkluzje przedstawione zostaną w raporcie dla PE, KE oraz Rady UE. Ta ostatnia będzie kierowana wtedy przez Francję, zatem Emmanuel Macron chciałby upiec dwie pieczenie – wytyczyć wspólnocie przyszłość na modłę francuską oraz uzyskać reelekcję na drugą kadencję. Deklaracja silnie akcentuje, że konferencja będzie opierała się na inkluzywności, otwartości, przejrzystości, poszanowaniu prywatności i wszelkich innych „ościach”. Sygnatariusze zapraszają do aktywności w debatach nie tylko organy państwowe, lecz wszelkie organizacje pozarządowe i społeczne oraz pojedynczych obywateli. Określili konferencję jako wielkie „europejskie ćwiczenie demokratyczne”. Na razie jest ono organizowane w trybie zapisanym w tytule.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane