Wtorkowa sesja nie przyniosła przekroczenia przez WIG magicznej bariery 60 tys. pkt. To jednak nadal pozostaje tylko kwestią czasu. Inwestorzy postanowili odpocząć przed atakiem na szczyt. Spadek cen jest umiarkowany. Na razie wygląda tylko na korektę w locie. To nie była porywająca sesja i nie ma potrzeby, by się o niej rozpisywać. Lepiej przyjrzeć się giełdzie na Wall Street, dyktującej tempo wszystkim rynkom akcji świata.
Przed rozpoczęciem wtorkowych notowań w Nowym Jorku indeksowi S&P500 do pobicia rekordu wszech czasów (1527,46 pkt z 24 marca 2000 r.) brakowało wzrostu o ponad 4 proc. Znacznie bliżej do niedawnego rekordu hossy z 20 lutego 2007 r. miał wskaźnik Dow Jones. Tu do wyrównania szczytu brakowało zwyżki tylko o 0,52 proc. Nie wydaje się możliwe, by amerykańscy inwestorzy przystąpili do dyskontowania zysków przed postawieniem kropki nad i.
Pomóc im powinny dane o marcowej inflacji, które okazały się nieznacznie lepsze niż prognozowali analitycy. Wskaźnik CPI zwiększył się zgodnie z oczekiwaniami o 0,6 proc., ale wartość core (bez cen żywności i energii) wzrosła o 0,1 proc., a nie 0,2 proc., jak się spodziewano. Trochę oddala to wizję zacieśnienia polityki monetarnej przez Fed, co z kolei jest argumentem za dalszym wypychaniem portfeli akcjami. Trzeba jednak liczyć się z wcześniejszą korektą przed ostatecznym atakiem na szczyty. Ostatnia fala hossy na Wall Street trwa od połowy marca, a przerywana była tylko dwoma króciutkimi korektami. Gracze mogą zdecydować się na kilkudniowy odpoczynek przed dalszą wspinaczką na szczyty.