Ale jest w pełni zgodne z generalną filozofią Donalda Tuska. Stadion Narodowy utonął tuż po exposé bis i zakłócił korowód ministrów, którzy występując parami, przedłużali rządową chwałę. W środku premier po kibicowsku zaklął, ale na zewnątrz zadziałał syndrom oblężonej twierdzy.
Kolejny raz okazało się, że w Polsce kategoria odpowiedzialności politycznej nie istnieje. Przecież od początku deszczowej kompromitacji było wiadomo, że to nie szef resortu fizycznie rozłożył za cienką murawę czy nie wcisnął guzika rozwijającego dach. Ale właśnie ponoszeniem odpowiedzialności za głupotę podwładnych mierzy się honor polityka. W poprzedniej kadencji chlubnym wyjątkiem było złożenie dymisji przez ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego po głośnym samobójstwie w więzieniu. Teraz skończyło się na fikcyjnym „oddaniu się do dyspozycji” premiera.
Siedem stron raportu pokontrolnego stawia przedziwną tezę. Wychodzi na to, że przed meczem z Anglią wszyscy z osobna wykonali obowiązki perfekcyjnie, tylko zabrakło wyobraźni i ośrodka odpowiedzialnego za całość. A naprawdę winien jest zdradziecki deszcz, który w jeden dzień wyrobił 74 proc. średniej normy dla października w tym rejonie stolicy. Pod koniec raportu przebija się jednak szokująca prawda, że Narodowe Centrum Sportu (NCS) do tej pory… nie jest operatorem kosztującego miliardy Stadionu Narodowego, ponieważ minister sportu od siedmiu miesięcy nie umiała sfinalizować umowy z NCS, koniecznej do zarządzania obiektami wybudowanymi na EURO 2012. Już samo to zaniechanie kwalifikuje do dyscyplinarki — ale nie z gabinetu Donalda Tuska...