10 lipca 2025 r. PE odrzucił pierwszy wniosek o wotum nieufności wobec KE. Głosowanie wyszło 175:360, przy 18 europosłach wstrzymujących się i aż 167 niegłosujących. Tamtą inicjatywę podjęła grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów z udziałem ekipy Prawa i Sprawiedliwości. Po przerwie wakacyjnej wpłynęły aż dwa wnioski konkurencyjne politycznie i merytorycznie. Jeden złożony został przez prawicową grupę Patrioci dla Europy, zaś drugi przez skrajną grupę Lewicy (nie mylić z socjaldemokratyczną). 9 października oba oczywiście trafiły do kosza. Prawicowy przepadł stosunkiem 179:378, przy 37 europosłach wstrzymujących się i 126 niegłosujących. Lewicowy ciut inaczej 133:383 przy 78 wstrzymujących się i także 126 niegłosujących. Teraz 22 stycznia na zakończenie sesji PE w Strasburgu głosowany będzie czwarty, wniesiony znowu przez Patriotów dla Europy przy wsparciu niektórych innych europosłów, w tym z PiS. Wynik znowu jest oczywistą oczywistością, od trzech przypomnianych będzie różnił się o jakieś pojedyncze głosy.
Paradoks 720-osobowego PE polega na tym, że samo złożenie wniosku wymaga zebrania podpisów jedynie 72 europosłów. Teoretycznie zatem usuwanie unijnego rządu może być głosowane w Strasburgu… co miesiąc, właściwie stało się już rutyną funkcjonowania w PE drobnych międzynarodówek spoza trzech największych trzymających władzę – chadeckiej Europejskiej Partii Ludowej, Socjalistów-Demokratów oraz liberalnej Odnowy Europy. W kontraście wobec łatwego złożenia wniosku – przed jego skutecznością traktaty zawiesiły poprzeczkę niebotycznie wysoko. Traktat o UE w artykule 17 ustala, że wybranie przez PE przewodniczącego KE następuje w głosowaniu tajnym, zaś wymagana jest większość składu PE, czyli co najmniej 361 europosłów. Wotum nieufności natomiast, równoznaczne z odwołaniem KE, schowane zostało w artykule 234 traktatu o funkcjonowaniu UE. Wymagana jest zaporowa większość podwójna – co najmniej połowa składu PE, ale zarazem dwie trzecie głosów oddanych na sali. Najważniejszą rolę odgrywa jednak przepis niby techniczny, ale o znaczeniu ogromnym – otóż głosowanie jest… jawne, czyli personalny wydruk staje się natychmiast znany wszystkim. W stosunku do tajnej procedury wybierania przewodniczącego KE to różnica kosmiczna. Jawność wyklucza niesubordynację europosłów z trzech wspomnianych grup popierających KE, które w 2024 r. przeforsowały Ursulę von der Leyen na jej drugą kadencję.
Przyczyna sporządzenia najnowszego wniosku prawicy jest oczywista – chodzi o umowę z Mercosur. Przewodnicząca KE postawiła na swoim i w minioną sobotę 17 stycznia podpisała ją na miniszczycie w Paragwaju. Przy okazji wypada wyjaśnić, że po tamtej stronie stronami są tylko cztery państwa – Argentyna, Brazylia, Paragwaj i Urugwaj. Umową nie została objęta Boliwia, chociaż w 2025 r. stała się już pełnoprawnym członkiem Mercosuru, ale negocjacje toczyły się bez niej. Na uboczu pozostaje także Wenezuela, od lat zawieszona w prawach członkowskich. O najróżniejszych wątkach i skutkach umowy pisaliśmy już wiele razy. Europejscy rolnicy absolutnie nie przyjmują do wiadomości żadnych klauzul ochronnych, które zresztą nie są integralną częścią umowy, lecz jednostronnym dodatkowym ustaleniem unijnym. We wtorek producenci rolni z całej UE – były także flagi biało-czerwone – potwierdzili niezgodę otoczeniem siedziby PE w Strasburgu demonstracją pieszą oraz najazdem traktorowym. Na obecnym etapie PE może jedynie wystąpić z wnioskiem do Trybunału Sprawiedliwości UE, a w przyszłości rozważyć argumenty za i przeciw przy procedowaniu ratyfikacji. Protesty powinny zatem koncentrować się przed gmachem KE przy Rondzie Schumana w Brukseli, w którym notabene Ursula von der Leyen nie tylko urzęduje, lecz w roboczych dniach oprócz weekendu również… mieszka.

