Onico wyjątkiem, GetBack się stara

  • Emil Szweda
opublikowano: 24-11-2019, 22:00

Zazwyczaj na niespłacone w terminie obligacje kładziemy krzyżyk. Praktyka rynku zwykle nie wskazywała, by obligatariusze mogli liczyć na zwrot choć części pieniędzy, a już na pewno nie szybko. Ale zdarzają się też wyjątki.

Tym wyjątkiem okazało się Onico. W ratach, ale sukcesywnie od czerwca do listopada spółka spłaciła jedną z dwóch serii obligacji, choć sama wystąpiła z wnioskiem sanacyjnym (co zwykle oznacza wzrost formalności dla obligatariuszy i „chroni” spółkę przed wierzycielami).

O drugą niespodziankę stara się GetBack. Po pierwsze — sprawnie przeniósł fundusze wierzytelnościowe z pozbawionego licencji Saturn TFI do BDM TFI. Być może przetarta ścieżka pozwoli na szybsze wykonanie tego samego manewru z funduszami zarządzanymi przez Lartiq. Sam GetBack dodatkowo zapowiedział, że będzie gotowy na wypłatę pierwszej raty układowej niezwłocznie po zatwierdzeniu układu przez sąd, czyli gdzieś na początku przyszłego roku (według opinii spółki). Byłoby to o rok wcześniej, niż wynikało to z naszych szacunków. Wypada tylko trzymać kciuki. Kolejne dobre wieści z ubiegłego tygodnia to brak trupów w szafach w kolejnych publikowanych sprawozdaniach kwartalnych. Dotyczy to także Idea Banku i Getin Noble Banku, gdzie brak złych wiadomości jest dobrą wiadomością. Oczywiście strata GNB nikogo nie cieszy, ale obydwa banki schodzą z linii strzału i zdejmują z siebie płynnością presję.

O problemach dwóch niepublicznych emitentów doniósł w tym tygodniu „Puls Biznesu”. W przypadku Metropolitan Investment wciąż możliwy jest pozytywny scenariusz, ale w przypadku Great Private Equity i spółek powiązanych zostały już chyba tylko modlitwy — komunikacja spółki z wierzycielami nosi cechy typowej gry na czas, pozbawionej konkretów. I tu docieramy do sedna. Wypada zadać pytanie, w jaki sposób spółka i jej podmioty zależne zdołały pozyskać z emisji obligacji aż 60 mln zł poza rynkiem nadzorowanym (tj. bez udziału licencjonowanych firm inwestycyjnych). Tego rodzaju emisje oczywiście przeprowadzano wcześniej, ale skala kilku milionów złotych to zwykle wszystko, na co stać niezależne butiki inwestycyjne, choć i w tym zdarzały się wyjątki. Okazuje się jednak, że dobra prowizja działa cuda — w tym wypadku miała dochodzić do 12 proc. Oczywiście, jeśli ktoś nie ma zamiaru obligacji spłacać, może pozwolić sobie na taką prowizję, sprzedawcy owych obligacji — jeśli nie był to ich pierwszy kontakt z rynkiem kapitałowym — musieli jednak wiedzieć, że bez powodów nikt takich pieniędzy nie płaci. A nawet jak ma powody i nóż na gardle, też nie płaci.

Drugi wątek jest już jednak przyjemniejszy. Wprowadzenie obowiązku rejestracji emisji obligacji w KDPW oraz funkcji agenta emisji powoduje, że tego rodzaju emisje praktycznie wypadły z rynku. System został uszczelniony, choć zdania na temat słuszności tego kroku mogą być podzielone. Oczywiście nie oznacza to, że strefa pozbawiona nadzoru przestała istnieć.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Emil Szweda, Obligacje.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu