Opłaca się kłamstwo, które mówi prawdę

opublikowano: 21-07-2016, 22:00

Inwestor załamuje ręce — aktywa z potencjałem to powyginane krzesła, na których nie da się siedzieć, i rdzewiejące druty udające sztukę

Do głównych haseł letniego sezonu na aukcjach niewątpliwe zalicza się szeroko rozumiany „living”. Worek właściwie jeszcze przepastniejszy od tego, który równie mgliście opisuje się jako „dizajn”, wrzucając — jak leci — kawałki gąbki sprzedawane jako fotele, stare talerze i wystające pręty, które artysta w twórczych porywach uznał za instrumenty wydające piękne dźwięki. W lipcowych katalogach z „livingiem” w tytule oprócz mniej lub bardziej funkcjonalnych dzieł rzemiosła znaleźć można też dzieła malarskie, rzeźby i fotografie — właściwie wszystko, żeby się na nowo urządzić w poczuciu, że przy następnej przeprowadzce zawartość bagażówki będzie trochę więcej warta.

Sotheby’s cię urządzi

Rynek dizajnu — jak określa się nowoczesne rzemiosło — nabrał w ostatnich latach takiego tempa, że wiadomości o sofach z drutów, które sprzedały się za setki tysięcy funtów, przestały być brane za nieporozumienia. W Polsce aukcje wzornictwa odbywają się jeszcze na tyle rzadko, że trudno właściwie mówić o jakimś oddzielnym rynku dizajnu, ale można się spodziewać, że trend za jakiś czas również do nas dotrze, bo rosnących cen na Zachodzie zwyczajnie nie da się przeoczyć.

W porównaniu z zakupem obrazu, inwestowanie w dizajn jest znacznie prostsze — nie ma mowy o rozwodzeniu się na temat jakiejś unikatowej magii, bo większość kolekcjonerskich mebli to krótkie serie, więc o cenie decyduje przede wszystkim nazwisko projektanta, oryginalność i ilość wyróżnień przyznanych na poważnych konkursach.

Żeby ulokować kapitał w projektanckim przedmiocie, wcale nie trzeba przesadnie się wczuwać, bo sam fragment „uznany projekt, z serii 50 egzemplarzy z lat 60.” już może nas uspokoić — jeśli zrodził się w głowie jakiejś gwiazdy dizajnu, prawdopodobieństwo, że za kilka lat potanieje, jest bardzo małe. Wystawionego w Sotheby’s 40-centymetrowego stolika z estymacją do 900 USD (3,6 tys. zł) nic przecież aż tak nie wyróżnia — prosty blat ze sklejki na czterech cienkich nogach, ale z 1947 r. i projektu najsłynniejszej pary w branży, Charlesa i Ray Eamesów.

W bilansie wszystko gra

Jean Cocteau, wmieszany w „living” przez inny dom aukcyjny, mówił o sobie, że jest kłamstwem, które zawsze mówi prawdę. Z rynkiem nowoczesnych kolekcjonerskich mebli bywa podobnie, bo przedmioty uznane za wybitne potrafią zupełnie nie nasuwać swojego przeznaczenia wyglądem — jedna z czterech aluminiowych leżanek Marca Newsona osiągnęła rok temu stawkę 2,4 mln GBP (12,6 mln zł), mimo że sugestia, żeby na niej wypoczywać, wydaje się trochę nie na miejscu.

Na aukcjach dizajnu licytuje się nawet to, czego teoretycznie nie dałoby się sprzedać, jak na przykład „land art”, czyli wielkoformatową sztukę realizowaną w krajobrazie. Tego lata amerykański artysta bułgarskiego pochodzenia zamontował na jednym z włoskich jezior ogromną pomarańczową kładkę tworzącą geometryczny wzór, po której można było spacerować.

Christo wydał na swoje dzieło około 15 mln EUR (65,6 mln zł), które zarobił, głównie sprzedając fragmenty własnych projektów. Szkic jednej z jego realizacji wystawiony będzie 28 lipca w Sotheby’s ze spodziewaną ceną do 70 tys. USD (278 tys. zł) — zarysowany jest na nim biały materiałowy mur, który Christo i Jeanne-Claude zamontowali w latach 70. w północnej Kalifornii, na odcinku blisko 40 km.

W tym samym okresie inny Amerykanin, tyle że pochodzący z Włoch, pomyślnie realizował się w prętach, dostępnych na aukcji w różnych wersjach — za 7-9 tys. USD (28-36 tys. zł) i za 30-50 tys. USD (119- -198 tys. zł). Mierzące niecałe 1,5 metra druty sterczą prosto z cienkiej podstawki, a ich przeznaczenia też raczej trudno się domyślić.

Harry Bertoia zarobił w latach 50. jako projektant krzeseł na tyle dużo, że mógł oddać się rzeźbie wydającej dźwięki, dlatego wystawiony obiekt jest właściwie z pogranicza kilku dziedzin. Artysta koncertował na swoich instrumentach z takim zapałem, że nagrał nawet serię albumów, ale inwestując w przykładowy pęk prętów, trzeba liczyć się z tym, że odsprzedaż musiałaby odbywać się również za granicą, bo krajowy rynek zbytu mógłby tego nie udźwignąć.

Pieniądze na stół

Poszukując na letnich aukcjach czegoś, z czym lokalny rynek byłby z pewnością bardziej obyty, warto zwrócić uwagę na ceramikę. Na polskich aukcjach nie handluje się co prawda jeszcze pracami Picassa, ale podobne dekoracyjne talerze przebiły już mizerny próg 1 tys. zł, a rzemiosło hiszpańskiego malarza wyprodukowane zostało w takiej ilości, że zwykle nie uchodzi za drogie. Para dzbanków wymalowanych tak, żeby przypominały sowy, wyszła z warsztatu Picassa w 1949 r., a jej spodziewana cena to 7-10 tys. USD (28- -40 tys. zł) — w obiegu są jednak i takie sowy, które kupimy za kilka tysięcy złotych.

Ekonomiczniej niż Picasso w Sotheby’s wyjdzie jednak Jean Cocteau w Christie’s, bo komplet 26 talerzy z porcelany z Limoges pochodzi z lat 50., a ma spodziewaną cenę do 5 tys. USD (20 tys. zł). Dla dobra portfela można je porozkładać na inwestycyjnym stole z pleksi, otoczyć krzesłami z lakierowanej sklejki, a na ścianie zawiesić pasujące malowidło, na przykład z drzwiami. Obraz brytyjskiego specjalisty od żonglowania perspektywą wyceniony został do 20 tys. USD (79 tys. zł) i stanowi klamrę dla wszystkich katalogów „living”.

Ma tytuł „Drzwi Duchampa” i zwodzi wzrok ośmioma parami namalowanych drzwi — jest więc idealnym kłamstwem, które mówi prawdę, zwłaszcza że Duchamp był dadaistą, po którym można było spodziewać się wszystkiego. Lubił dźwięki podobnie jak Harry Bertoia, bo stworzył dzieło „Stroiciel” — fortepian rozdzierał się w nim brzękliwie, strojony co prawda na scenie, ale całkowicie po ciemku.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane