Arkadius po warszawsku
Pokaz Arkadiusa to spektakl kolorów, świateł, koronek, piór. W końcu na wybiegu pojawiają się modelki: biały i czerwony orzeł. Po symbolach religijnych projektant wplótł w kolekcję narodowy znak.
Ostatnia próba przed pokazem. Modelki długimi nogami znów przemierzają wybieg — ścieżkę wzdłuż zieleni w oranżerii restauracji Belvedere w Łazienkach Królewskich. Pan Jarek próbuje przekrzyczeć kakofonię: głośną muzykę, wrzaski ekip telewizyjnych i organizatorów, dopinających akurat teraz naraz wszystko na ostatni guzik. Odpowiada za choreografię pokazu. Denerwuje się, bo w podkładzie muzycznym słyszy za dużo przerw.
— Przy barku z szampanem możecie się trochę powygłupiać. Naprzeciw jest stanowisko prasy. Im więcej wam zdjęć zrobią — tym lepiej! — zachęca dziewczyny. Modelki próbują paradnego kroku, co rusz jednak ktoś przeszkadza.
— Nie chodzić mi po wybiegu! — krzyczy, załamując ręce pan Jarek.
Nagle z zieleni egzotycznych roślin wyłania się mistrz. Modelki uśmiechają się jakby szczerzej. Arkadius — niepozorny chłopaczek w podwiniętych do kolan dżinsach, długich, sznurowanych butach, niebieskiej czapce z czerwoną gwiazdą i z okularami przeciwsłonecznymi na nosie — promienieje.
— Dziewczyny! Przede wszystkim dobrze się bawcie. Żadnej sztuczności i udawania! Fun, fun, fun — i jeszcze raz fun. Przejdźcie się jeszcze z raz po wybiegu i pędem do garderoby! — komenderuje.
Modelki posłusznie wykonują polecenie. W garderobie wcale nie jest mniej tłoczno. Ekipy telewizyjne, dziennikarze, charakteryzatorzy, fryzjerzy, styliści i modelki. Rejwach, telewizja kręci program.
Każda modelka zakłada perukę, którą fryzjer inaczej przystrzyga.
— Włosy sprowadzaliśmy z Londynu. Wczoraj dopiero przyleciały... Fryzury mają być á la Pulp Fiction: atramentowo-czarne włosy, lśniące, z wyraźnym cięciem — mówi z przejęciem Leszek Czajka, fryzjer i stylista.
Uwija się. Modelek jest czternaście, a pokaz już za 40 minut.
Co chwila rozbrzmiewa głos pana Waldemara, charakteryzatora.
— Czy wszyscy mają podkład? Kto ma nieumalowane oczy?
Malowanie, czesanie idzie jak w fabryce. Seryjnie. Kolejka, modelki się zmieniają: najpierw podkład, potem fryzury, później makijaż.
Nad doborem fryzur i makijażu do kolekcji pracowali Arkadius, Leszek — stylista i Waldemar — charakteryzator. Wszystko musi pasować, współgrać — ze sobą i z szampanem czy oranżerią.
Modelkom kolekcja się podoba.
— Zmysłowa, elegancka — mówi długonoga Agnes. Przyznaje, że chętnie ubrałaby się w te stroje na co dzień. Lecz nie w Polsce.
— Tutaj to, co inne budzi niezdrowe emocje — dodaje.
To jej drugi pokaz dla Arkadiusa.
Alexandrze podobają się same występy.
— Jest serdecznie i wesoło. Wszyscy się dobrze bawią. Zawsze się coś dzieje, no więc nie ma miejsca na tremę — przyznaje Alexandra.
Kolekcja? Oryginalna. Dobrze się w niej czuje, tyle że raczej nie jest w jej stylu.
Powoli schodzą się goście. Z lampkami szampana Piper-Heidsieck zasiadają na czerwono-złotych krzesłach.
Wśród nich Justyna Steczkowska, Reni Jusis, Małgorzata Kożuchowska... Zielone wnętrza warszawskiej restauracji Belvedere na ten wieczór odmieniono nie do poznania. Dominuje czerwień i złoto — kolory, z którymi kojarzy się trunek z Szampanii. Obfitość pojedynczych purpurowych róż.
Arkadius to drugi projektant, z którym producent Piper-Heidsieck zdecydował się na współpracę.
— Pierwszy był Jean Paul Gaultier. Pracowaliśmy z nim siedem lat temu. Jeden z naszych brendów nosi jego imię — mówi Czesław Smyczyński, ambasador marki na Europę Wschodnią i Środkową firmy Rémy Cointreau, producenta Piper-Heidsieck.
Arkadius — na razie — nie będzie miał jeszcze szampana, sygnowanego swoim imieniem. W przyszłości — kto wie?
Pozornie sprzeczne zestawienie ekscentrycznego projektanta i szlachetnego trunku okazuje się mieć ukryty sens.
— Nasz szampan powstał 200 lat temu. Po raz pierwszy smakowała go Maria Antonina i jej dwór. Czasy się zmieniają, ale szampan pozostaje ten sam. Zawsze towarzyszył elegancji, wyższym sferom i zabawie. Jak kolekcje Arkadiusa — dodaje Czesław Smyczyński.
Nareszcie początek pokazu. Niektóre kreacje właściwie — bez obawy o ekstrawagancję — można by założyć do biura. Przeważają jednak propozycje odważniejsze. Kabaretki, pióra, koronki, dekolty, rozcięcia od kostek do szyi, motyw róży prawie w każdym modelu. Czerń, odcienie szarości, nieco bieli i czerwieni.
Dwie kreacje to kobiety orły. Poszerzane ramiona i kuper w piórach, z przodu zwisają złote łapki ptaka. Jedna modelka jest białym, druga czerwonym (tak się przynajmniej wydaje) orłem. Po motywach symboli religijnych przyszła kolej na narodowe? Publiczności się podoba. Modelki ptaki otrzymują największe brawa. Pojawia się Arkadius. Na wybieg wprowadza go modelka orzeł. Tym razem mistrz w czarnym fraku, z elementami róż i z koronkową woalką na twarzy. Pije szampana. Wydaje przeciągły okrzyk radości. Wszystko poszło zgodnie z planem. Brawa! Błysk fleszy! Jest rozchwytywany. Każdy chce pogratulować, porozmawiać...
Arkadius na pokazie. Jak ryba w wodzie.
Rozmowa z Arkadiuszem Weremczukiem
Arkadius — ekscentryczny polski projektant. Pozornie z głową w chmurach, nie przywiązujący wagi do pieniędzy i sławy. Ale świetnie wykorzystuje swoje pięć minut. Nowy salon sprzedaży w Warszawie, plany kolekcji dla masowego odbiorcy, współpraca z producentami szampana. Słowem: dobre widoki na niezłe dochody także w Polsce.
- „Puls Biznesu”: Czy — prócz oryginalnej kolekcji — będzie Pan tworzył takie stroje, które można nosić?
— Uważam, że ta kolekcja była właśnie prét-á-porter... No może poza kilkoma odważniejszymi wstawkami: miały pobudzać apetyt, fantazję, dodawać piękna. Awangardowe projekty muszą się wiązać w całość ze spokojniejszą kolekcją. Gdybym pokazał same sweterki kaszmirowe z prostymi spodniami, byłoby to po prostu nudne. Połowa publiczności wyszłaby przed końcem pokazu.
- Myślał pan o produkcji masowej — jak choćby Pierre Cardin?
— Takie plany są. Dżinsy, swetry, t-shirty, bluzy. Mam nadzieję, że się spełnią już w przyszłym roku. Widok ubrań mego projektu w metrze czy autobusie sprawi mi wiele radości.
- I przyniesie furę pieniędzy?
— No nie wiem.
- Sponsorzy sami do pana przychodzą?
— Faktycznie. Może dlatego, że dużo podróżuję, mam masę znajomych.
- Zdradzi nam Pan, kto był pierwszym Pana sponsorem?
— Nie. O tym napiszę w autobiografii. Mogę zapewnić, że ktoś, kto mnie wsparł finansowo na początku studiów w Londynie, to prominent.
- Kto wpadł na pomysł współpracy z Domem Szampańskim?
— W tym roku byłem na festiwalu filmowym w Cannes, którego Piper-Heidsieck jest głównym sponsorem. Odbyliśmy kilka rozmów, no i rozpoczęliśmy współpracę. Chcieliśmy znaleźć sposób na zaznajomienie Polaków z tym ekskluzywnym trunkiem. Piper to bardzo awangardową marka. Jej image opiera się na erotyce i zmysłowości. Wybiega ponad przeciętność — jak i moje kolekcje. Pasujemy do siebie.
- Z Piperem będzie Pan współpracować w Polsce. Czy w innych krajach Pana nazwisko nie jest dla producenta tak atrakcyjne?
— Na razie plany współpracy dotyczą Polski. Mam nadzieję, że na tym się nie skończy. Następny pokaz organizuję w Nowym Jorku. Być może tam też będziemy współdziałać.
- Ile Pan zarobi na współpracy z Piper-Heidsieck?
— Aby być bardzo dokładnym i szczerym, to na razie dołożyłem do tego interesu około 10 tys. dolarów...
- To jaki jest racjonalny powód tego związku?
— Kocham to, co robię i w co wierzę. To, co robię, nie polega jedynie na zarabianiu pieniędzy, lecz — jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało — realizacji samego siebie.
- Pierwszy butik w Londynie, drugi lada moment w Warszawie...
— W pierwszej połowie przyszłego roku. Będzie na placu Trzech Krzyży, naprzeciw tego dużego kościoła...
- ...św. Aleksandra. Prowokacja czy przypadek?
— Czysty przypadek.
- Prowokowanie to Pana ulubiony chwyt. W poprzedniej kolekcji ujrzeliśmy wizerunek Matki Boskiej, tym razem — orzeł... Szokuje Pan symbolami bliskimi Polakom.
— Sam jestem Polakiem. To tkwi gdzieś we mnie. Działam podświadomie... To pozostałości z lat młodzieńczych. Wracają w czasie pracy, kreowania. To wszystko się łączy... Nie planuję tego...
- Niby tak spontanicznie...
— Sztuka polega na spontaniczności i niekontrolowaniu się. Ryzykowne, bo może się to skończyć fiaskiem.
- Pan lubi szokować czy musi, by zwrócić uwagę i przebić się?
— Po prostu mam inne pomysły, które u innych wzbudzają odmienne niż u mnie odczucia. To nie moje zadanie, by szokować, ale żeby rozbić rzeczy oryginalne. A te często szokują. Zwłaszcza ludzi, którzy żyją w świecie uporządkowanym i — pozornie — czystym.
- Co dla Pana ważniejsze: sława czy pieniądze?
— Najważniejsze jest szczęście.
- Szczęście? A co to takiego dla Pana?
— Miłość, uczciwość, energia wewnętrzna, którą da się zarażać innych. Życie jest krótkie. Ani pieniądze, ani sława nie mogą go przedłużyć.
- Lubi Pan wracać do rodzinnego Parczewa?
— Nie. Ale mam jakiś sentyment i każdy powrót do tych lasów, jezior jest dla mnie wzruszający. Mimo że widziałem już cały świat, najpiękniejszy zapach mają polskie łąki.
- To dlaczego Pan nie lubi tam wracać?
— Po prostu mam już inne życie.
- A jak na Pana pokazy reaguje rodzina?
— Mama boi się moich pomysłów... Przed pokazami zawsze jest w strachu. Nie wie, co mi do głowy strzeli. Z tym jest ciężko, bo ja sam nie wiem, co zrobię następnym razem.
- Można spodziewać się regularnych pokazów w Polsce?
— Kocham Polskę i uważam, że edukacja ludzi tutaj — jeśli idzie o modę — to mój obowiązek. Polska była zamknięta przez tyle lat, niewiele się tu działo. Zrobię więcej dobrego pokazami tutaj niż w Nowym Jorku. Tam ludzie widzieli już wszystko... Zresztą tam mój przekaz nie do końca jest odbierany, jak bym chciał. Oni nie rozumieją tej polskości, tej natury, zapachu czy intymności. Tam wszystko toczy się szybko. Może za szybko.
- Założył Pan fundację, promującą polskich projektantów...
— Pomagam młodym ludziom, którzy mają talent i pasję.
- A ile zatrudnia Pan osób w swojej pracowni?
— Tuzin.
- Są wśród nich Polacy?
— Większość to Polacy. Ale od nowego roku zamierzam zmniejszyć nieco liczbę pracowników. Starczy ich mniej.
Od ściany wschodniej...
Arkadiusz Weremczuk pochodzi z Parczewa w Lubelskiem. Po ukończeniu tamtejszego liceum rozpoczął studia pedagogiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po IV roku zrezygnował i wyjechał do Włoch, gdzie pracował jako kucharz. Potem zatrudnił się w studiu graficznym w Monachium. Starał się zarobić na naukę w elitarnym St. Martin’s College of Art and Design w Londynie. Jego naukę
w początkowym okresie dofinansował tajemniczy sponsor, którego nazwiska Arkadius nie chce zdradzić. Na II roku studiów spotkał Izabellę Blow. Przedstawiła go „wyroczni mody” z pisma „The Times”, Aleksandrowi McQueenowi. Ten, zachwycony projektami, zaproponował mu pracę.
...do haute couture
W 1997 r. Arkadiusz Weremczuk stworzył własną markę „Arkadius” i szybko zyskał wyrafinowaną klientelę. Dwa lata później ukończył szkołę i przedstawił pokaz dyplomowy „Semen of Gods”, za którą otrzymał podwójną ocenę celującą. Okrzyknięto go następcą Johna Galliano, czołowego projektanta Diora. W lutym 2002 r. rząd brytyjski przyznał Arkadiusowi prestiżową nagrodę „Nesta Award” dla wybitnych artystów i naukowców. Projekty z jego pierwszej kolekcji „Lucina, O!” stanowią stałą ekspozycję w prestiżowym londyńskim Victoria and Albert Museum. Na eksponaty z linii haute couture czeka obecnie nowojorskie Museum of Modern Art. Najbardziej awangardowymi modelami zainteresowani są kolekcjonerzy z całego świata. Największą popularnością cieszy się kolekcja „Virgin”, inspirowana religią.
