Ósmy cud świata

Agnieszka Rodowicz
26-09-2008, 00:00

Posągi na szczycie Nemrut

Turcja Grobowiec króla Antiocha przyciąga tłumy. Wspinają się do niego brykające dzieciaki, stateczni dorośli i pochylone pod ciężarem wieku staruszki.

Posągi na szczycie Nemrut

Dag są w co drugim tureckim

folderze turystycznym. To

nie tylko chwyt reklamowy.

Naprawdę warto

je zobaczyć.

Grobowiec króla Antiocha na Nemrut Dag, w południowo-wschodniej Anatolii, reklamowany jako ósmy cud świata, jest pozostałością po niewielkim królestwie Kommageny wciśniętym między terytoria seldżuckie i perskie. Panujący tu w latach 64-38 p.n.e. władca wzniósł sobie grobowiec na wysokości 2150 m n.p.m., aby przebywać bliżej bogów. Wycieczkę na budzący grozę i zachwyt Nemrut Dag najlepiej zorganizować z Kahramanmaras, Adiyamanu lub z Malatyi.

Podróż z przygodami

Jechaliśmy do Kahramanmaras dolmuszem (prywatny busik, który rusza dopiero wtedy, gdy zbierze odpowiednią liczbę pasażerów) z Sanliurfy. Mniej więcej w połowie drogi rozległ się huk, a boczna szyba w busie rozsypała się w drobny mak, raniąc odłamkami kierowcę. O mało nie stracił kontroli nad samochodem, ale udało mu się opanować kierownicę i dowiózł nas do najbliższej stacji benzynowej. Nie był jednak w stanie prowadzić dalej. Poprosił pasażerów, aby przesiedli się do innego dolmusza.

Jadąc dalej, zastanawialiśmy się, co spowodowało wypadek. Kamień, który wyprysnął spod kół, czy zbłąkany pocisk — co w miejscu działania kurdyjskich separatystów jest możliwe.

Po dniu jazdy przez rozległe równiny dawnej Mezopotamii dotarliśmy do podnóża gór Taurus Środkowy. KČhta przywitała nas rozedrganym od gorąca powietrzem i niezbyt ładnymi bunkrowatymi budynkami. Od razu złowił nas organizujący wycieczki na szczyt właściciel jednego z hoteli. Chcieliśmy dotrzeć tam lokalnymi środkami transportu, ale mieliśmy mało czasu, a Turek dał dobrą cenę, więc przystaliśmy na jego propozycję. Musieliśmy tylko zdecydować, czy jedziemy o wschodzie czy o zachodzie słońca. Właściciel hotelu gorąco polecał wieczór. Podejrzewaliśmy, że ma w tym jakiś interes, bo w naszym przewodniku wyraźnie napisano, że wschód jest bardziej spektakularny. Zdecydowaliśmy się jednak na zachód i wtedy się okazało, dlaczego właściciel hotelu namawiał nas na tę porę dnia.

Śladami starożytności

W busie, do którego nas zaprosił, siedziały już cztery inne osoby. Czekały, aż właściciel hotelu znajdzie kolejnych klientów. Ruszyliśmy terenowym gazikiem. Droga wiodła przez otaczający słynny szczyt skalisty rezerwat Nemrut Dag Milli Parki. Po drodze zatrzymywaliśmy się kilka razy. Najpierw, aby podziwiać potężny rzymski most z II wieku. Napis na steli głosi, że wzniesiono go na cześć cesarza Septymiusza Sewera, jego żony i synów. Mimo że główna część budowli zawaliła się, a z czterech kolumn, na których się wspierał, pozostały trzy, ogrom budowli zrobił na nas wielkie wrażenie.

Pięć kilometrów dalej wyrosły przed nami ruiny mameluckiego zamku Yeni Kale, wznoszące się ponad niewielką wioską. Niestety, z powodu kiepskiego stanu zabytku wizyta w ruinach jest niemożliwa. Kilka serpentyn wąską drogą w górę i znowu się zatrzymaliśmy. Kierowca dał nam pół godziny na wizytę w ruinach Arsamei — stolicy starożytnej Kommageny. Wdrapaliśmy się na strome zbocza, w których tkwią pamiątki po mieście: duża stela z posągiem Mitry — boga słońca, kamienna płaskorzeźba przedstawiająca Mitrydatesa ściskającego dłoń Heraklesa. Są też jaskinie z podziemnymi świątyniami. Przy wejściu do jednej z nich widnieje grecka inskrypcja opisująca założenie Arsamei.

Jeszcze tylko kąpiel w górskiej rzece i ruszyliśmy dalej. Na skróty. Szlak prowadzi wąziutką drogą pełną dziur. W ślimaczym tempie pokonaliśmy ostre zakręty nad przepaściami. Gazik mozolnie wdrapywał się coraz wyżej i wyżej. Po sześciu kilometrach dotarliśmy do dobrego asfaltu i ruszyliśmy dalej w górę głównym szlakiem. Dopiero po czterech godzinach od wyruszenia z KČhty dotarliśmy pod szczyt. Teraz się przekonaliśmy, że pomysł dotarcia tu w jeden dzień lokalnym transportem i na własnych nogach był nierealny.

Ośla taksówka

Pod szczytem, oprócz naszego, parkowało kilka gazików. Samochód osobowy nie miałby szansy tu wjechać. Kierowca wskazał nam drogę na szczyt i oddalił się, aby gawędzić z kolegami po fachu. Nas opadli właściciele osiołków.

— Taxi, taxi — tłumaczyli, wskazując na zwierzęta.

Za 100 lir można wjechać na szczyt, ale to by było niehonorowe zachowanie, jak na zdeklarowanych trampów. Dlatego zarzuciliśmy plecaki na barki i ruszyliśmy w górę. Po kilkunastu metrach zrobiło się nam gorąco i zachciało pić. Z podziwem spoglądaliśmy na miejscowe kobiety. W spódnicach do ziemi, z chustami na głowach i w butach na obcasie wdrapywały się szybko i sprawnie. Wspinały się też całe tureckie rodziny: brykające dzieciaki, stateczni dorośli, pochylone pod ciężarem wieku staruszki. Po dwudziestu minutach i pokonaniu pięćsetmetrowego podejścia z osypujących się kamieni znaleźliśmy się na szczycie. Rozciąga się z niego wspaniały widok na łyse szczyty pasma Taurus Środkowy. Na horyzoncie niebieszczy się jezioro Atatürk Baraji, wielki sztuczny zbiornik, który powstał przy budowie tamy Atatürka. Jezioro ma 817 km kw. i 162 m głębokości, a tama jest jedną z największych na świecie.

Sprytna piramida

Sanktuarium na szczycie Nemrut Dag to tzw. heirotezjon, czyli połączenie świątyni i grobowca. Na szczycie usypano piramidę z kamieni. Jej wnętrze prawdopodobnie skrywa szczątki króla Antiocha I Epifanesa i jego kuzynek. Wyjęcie jednego kamienia z piramidy powoduje, że natychmiast osypują się inne. Dlatego nikt jeszcze nie dostał się do wnętrza grobowca.

Kamienisty stożek otaczają potężne rzeźby. Największe wrażenie wywierają kamienne posągi siedzące przed wschodnią stroną świątyni. Co prawda ich głowy, strącone przez trzęsienia ziemi, leżą obok, ale nawet bezgłowe podobizny Apolla, Tyche, Zeusa, Heraklesa i Antiocha są imponujące. Siedzące figury mają wysokość kilku metrów, głowy — dwóch. Teraz już wiemy, dlaczego przewodnik polecał wizytę na szczycie o wschodzie. Słońce jest teraz po drugiej stronie świątyni i kamienne kolosy pogrążone są w cieniu. Obchodzimy powoli piramidę i wychodzimy na słońce w zachodniej części szczytu. Tu pełno ludzi. Sadowią się na kamiennych blokach z wyrytymi płaskorzeźbami przedstawiającymi starożytne królewskie rody Persów i Greków.

Czekając na spektakl zachodu słońca, turyści przygotowują aparaty fotograficzne i kamery. Najciekawsze dzieje się jednak za ich plecami. Oświetlone zachodzącym słońcem rzeźby nabierają niezwykłych kolorów. Póki światło jest mocne, przybierają intensywną żółtą barwę. Na tle granatowego nieba wyglądają jak okładkowe zdjęcie z przewodnika Lonely Planet. Wraz z postępującym zachodem zmieniają kolory — przez różowy do sinofioletowego. Chociaż posągi w tej części sanktuarium są mniejsze i rozrzucone po wzgórzu, ich piękno poraża. Już wiemy, dlaczego zdjęcia rzeźb sprzed dwóch tysięcy lat zdobią pierwsze strony katalogów reklamujących Turcję. To naprawdę cud natury i kultury.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Ósmy cud świata