Ósmy dzień tygodnia

Karolina Guzińska
29-10-2004, 00:00

Spodnie noszą tylko dzieci i żołnierze. Gdy więc Birmańczyk mówi: wkładać pieniądze do kieszeni spodni, myśli o łapówce dla wojskowego.

Zaskakuje język aluzji, jakim porozumiewają się ludzie. Ot, choćby nazwa kraju — oficjalnie Birma to Myanmar. Już po tym, jakiej kto nazwy użyje, wiadomo, z kim mamy do czynienia...

— W Rangunie podeszła do mnie staruszka. Doskonałą angielszczyzną spytała: Podoba ci się nasz kraj? Odrzekłam: Birma jest piękna! Na to ona: czy wiesz o Pani? Przytaknęłam: Pani to wspaniała kobieta! Wzruszona, wzięła mnie za rękę: dziękuję ci! — wyszeptała... — wspomina Anna Olej-Kobus, podróżniczka i fotograf.

W krótkiej konwersacji sporo sobie przekazały — Pani to Aung Sang Suu Kyi, przywódczyni birmańskiej opozycji demokratycznej, laureatka pokojowej Nagrody Nobla. Polka dała znak, że świat zna jej losy.

We władzy gwiazd

Birma, rządzona przez wojskowy reżim, przypomina skansen. Jak Korea Północna. Biedny, azjatycki kraj, izolowany od wpływów zewnętrznych, zachował dawny klimat. Mężczyźni noszą tradycyjne lungi — kraciaste zawoje wokół bioder. Kobiety malują twarze jasnożółtą papką — sproszkowaną korą z drzewa tanaka (specyfik ten nawilża i chroni przed słońcem). Miasta są mieszanką buddyjskich pagód i angielskiej architektury kolonialnej — tak wyglądały Bangkok czy Kalkuta pół wieku temu. Birmańska codzienność to także archaiczna uprawa roli, średniowieczne środki transportu — drewniane, dwukołowe wozy ciągnione przez woły — i wyjątkowo kiepskie drogi. Jakby tego było mało, przywódca — generał Ne Win — dekretem przestawił ruch lewostronny na prawo. Samochody nie są do tego przystosowane, ale takie polecenie dostał od astrologa...

— Przedziwne nominały na birmańskich banknotach: 45, 90 to też sprawka wyroczni. Ponoć 9 to szczęśliwa liczba generała — dodaje Joanna Barańska, współwłaścicielka firmy importującej meble.

Ciężko podróżować po Birmie — autobusy są przepełnione, jedyna linia kolejowa również. Do samochodów typu pick-up ładuje się nawet 35 osób — ale autostopu się nie złapie. Kierowcy na widok cudzoziemca bezradnie rozkładają ręce. Nie wolno im... Najlepsze wyjście — wynająć pojazd.

— Na ulicy w Rangunie zaczepił nas jakiś człowiek, zapraszając do swego biura. Mieściło się na klatce schodowej wiktoriańskiej kamienicy. Wyciągnął spod schodków dwa krzesła, pokazał wymiętą licencję i dobiliśmy targu. Wynajął nam busik z dwoma kierowcami za niecałe 30 USD dziennie. Wyruszyliśmy z Rangunu nad jezioro Inle, zaskoczeni, że kierowcy zapowiedzieli kilkudniową jazdę choć to tylko 600 km. Przestaliśmy się dziwić, jadąc 30 km na godzinę — asfalt skończył się tuż za miastem! Mostów też nie było — jedynie szyny przerzucone nad brzegami rzek. Samochód musiał idealnie trafiać w nie kołami. Szczęściem, czasem dało się przejechać brodem — wspomina Joanna Barańska.

Podczas podróży widziała małe dzieci, naprawiające fatalne drogi.

— Rączkami ugniatały asfalt i zatykały dziury! Całe rodziny zamieniono w robotników przymusowych! — bulwersuje się.

Ze względu na strzeżone przed oczami obcokrajowców obozy pracy i pacyfikację wiosek, turyści poruszają się po Birmie wyznaczonymi przez Ministerstwo Turystyki drogami, zwiedzając dozwolone miejsca. Niestety — ktokolwiek odwiedza ten kraj, wspiera dyktaturę. Transport, linie lotnicze, większość hoteli, restauracji i sklepów z pamiątkami należy do rządu. A opłaty za zwiedzanie świątyń (w dolarach!) służą utrzymaniu armii.

— Turystyka przynosi jednak skromny dochód wielu rodzinom. I zmniejsza izolację Birmy. A ludzie cieszą się, że cudzoziemcy przyjeżdżają, bo potem dają świadectwo... — przekonuje Anna Olej-Kobus.

Podróżnicy muszą dokonać wyboru, co można zwiedzić, a co jest dwuznaczne moralnie. Jak upokarzające wizyty w „rezerwatach”, gdzie oderwane od swych wiosek słynne kobiety żyrafy — w dziesiątkach mosiężnych obręczy na szyjach — zmuszane są do pozowania fotografującym turystom. Pilnuje ich strażnik z karabinem...

Kocie występy

Birma, zwana Krajem Tysiąca Pagód, zachwyca wspaniałością kompleksów klasztornych i złotych stup: świątyń w kształcie dzwonu. Wiara wyznawców buddyzmu jest pełna oddania — zadziwia liczba mnichów i mniszek. Klasztory pozostały ostoją wolności — może dlatego, mimo ponurej rzeczywistości, Birmańczycy są pogodni i uśmiechnięci?

— Mawiają, że aby stać się mężczyzną, wpierw trzeba zostać mnichem. Dlatego oddają dzieci do nowicjatu. Przez kilka tygodni uczą się one zasad wiary, potem wracają do domu. Ceremonialne wstąpienie 7-8-latków do klasztoru to prawdziwe święto, jak u nas Pierwsza Komunia Święta. Dzieci — wystrojone i w specjalnym makijażu — następnego dnia ubierane są w mnisie szaty i mają golone głowy. W ten sposób odtwarzają historię księcia Siddharthy, który stał się Buddą. Drugi raz Birmańczyk wstępuje do klasztoru w wieku 20 lat. Na 2-4 tygodnie — przed pójściem na studia, do pracy, czy wojska — by przemyśleć drogę życia. Wielu zostaje w świątyni na stałe — opowiada Anna Olej-Kobus.

Buddyjski mnich zjada ostatni posiłek dnia w południe. Stąd ciągnące o świcie sznury duchownych z miseczkami żebraczymi w dłoniach. Idą po pożywienie — przed drzwiami domów już czekają kobiety z garnkami, by hojnie nałożyć im ryżu. W klasztorach nie ma nawet kuchni — mnisi utrzymują się z darów.

— W szczególnie spektakularny sposób ludzie wspierają klasztory w listopadzie. Wtedy przypada wielkie święto, kończy się buddyjski post. W każdej miejscowości idą procesje — ze sztandarami upiętymi w kształty drzew czy zwierząt — niosąc z wielką pompą pieniądze, meble, naczynia. Kulminacja uroczystości przypada podczas pełni — opowiada Joanna Barańska.

Pomysłowość mnichów szukających źródeł utrzymania budzi podziw — np. nad jeziorem Inle stoi taki sobie klasztor. Ani specjalnie stary, ani szczególnie ładny, z przeciętnym wizerunkiem Buddy... Jednak do Pagody Skaczącego Kota walą tłumy turystów.

— W klasztorze żyje jakieś 80 kotów. Tresowanych. Co 20 minut odgrywany jest spektakl. Mnich trzyma obręcz, przez którą skacze kot. Obaj mają znudzone miny — widać żadnemu nie sprawia to frajdy, ale kasa jest kasą... Po przedstawieniu kot dostaje Whiskas. Paradoks! Władze posunęły izolację Birmy do tego stopnia, że zachodnich przebojów da się tu posłuchać tylko w wersji copy music. Czyli po birmańsku. Ale jakimś cudem klasztorne koty mają zagraniczne żarcie! — śmieje się Anna Olej-Kobus.

Włos z głowy Buddy

Birmańską prowincję zobaczy się w górach (jadąc na północ z Rangunu nad jezioro Inle). Ludzie z plemienia Paluang stawiają tam bardzo długie chaty — mieszka w nich nawet kilkadziesiąt osób! Gdy rodzina się powiększa, dobudowują kolejne pomieszczenia.

— Paluangowie słyną z olbrzymich, grubaśnych papierosów, które wyrabiają z tytoniu i rozmaitych liści. Można je tam wypalić. Nie skorzystałam, ale mój mąż był zachwycony — zapewnia Joanna Barańska.

Z kolei grupa etniczna Inta — zamieszkująca jezioro Inle — przystosowała się do życia na wodzie. Intowie budują domy na palach — również ich ogrody, pola warzywne i targowiska unoszą się na powierzchni jeziora.

— Rybacy sprawnie sterują między zagonami i kępami poplątanych chwastów, stojąc na rufie jedną nogą. Wiosłują drugą, oplecioną wokół wiosła. Muszą mieć wolne ręce, by zarzucać sieci — opowiada Joanna Barańska.

Co pięć dni wypada dzień targowy. Handlarze sprzedają prosto z łodzi, co tam który ma. Dwa banany, kapustę... Podpływa nawet łódź stacja benzynowa, z której tankuje się ropę.

— Ruch na jeziorze jest pod kontrolą: wytyczono trasy szybkiego ruchu dla motorówek i pasy dla łodzi wiosłowych. My też poruszaliśmy się po Inle wynajętą łodzią. Chcieliśmy zwiedzić klasztory rozsiane po wysepkach — mówi Joanna Barańska.

Bo Birma słynie ze świątyń. Najwyższą ze stup, 125-metrową Shwedagon (Złotą Pagodę) w Rangunie, pokrywa 25 ton czystego złota i 7 tys. szlachetnych kamieni (z 76-karatowym diamentem na czubku). Licząca 2,5 tys. lat pagoda to najświętsze miejsce Birmańczyków. Otacza ją mnóstwo mniejszych i większych posążków, stup, wieżyczek zedi, świątyń i budynków. Kryje ponoć relikwie — osiem włosów Buddy. O siedem więcej niż Kyaiktiyo — Złota Skała — na wschodzie kraju. Ogromny głaz na szczycie góry, balansujący nad przepaścią wbrew prawom fizyki! Podobno trzyma się dzięki jednemu zaledwie włosowi Buddy...

— Do Złotej Skały pielgrzymują tysiące buddystów. Podjeżdżają po stromym zboczu ciężarówką — w wersji najbardziej komfortowej są wnoszeni w lektyce — lub wspinają się krętą ścieżką. Po drodze krzepią się wodą z glinianych dzbanów — w Birmie pielgrzymi cieszą się tak wielkim szacunkiem, że mieszkańcy okolicznych wiosek codziennie targają pod górę świeżą wodę, choć to daleko... Święty głaz przez lata obrósł świątyniami i straganami, gdzie kupuje się złote listki, którymi mężczyźni oklejają skałę w ofierze. Mężczyźni — kobietom nie wolno podejść tak blisko! — opisuje Anna Olej-Kobus.

Pagan (Bagan) — prastara metropolia nad brzegiem rzeki Irawadi — kwitła do XII wieku. Zniszczona w 1287 r. przez Mongołów, nie wróciła do dawnej świetności. Pozostała jednak ośrodkiem kultu religijnego — z ponad 4,5 tys. wzniesionych tu (na 40 km kw.) świątyń zachowało się około 2 tys. Cały kompleks świątynny Paganu figuruje na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

— Słynna jest zwłaszcza pagoda Ananada z 1105 r. Mieści kilka posągów Buddy. Jeden — oglądany z odległości — zdaje się uśmiechać, zapatrzony w dal. Z bliska jego twarz jest smutna. Przewodnik opowiada, że Budda się smuci, bo w Birmie źle się dzieje... — wtrąca Anna Olej-Kobus.

Birmańskie posągi Buddy — siedzącego, leżącego, stojącego — porażają ogromem. Sięgają kilku pięter! (9-11 m).

— Niektóre wręcz zadziwiają! Jak siedzący Budda z wielkimi okularami w złotych oprawkach na nosie. Leczy ponoć choroby oczu — dodaje Joanna Barańska.

Najwięcej posągów Buddy (9 tys.) zgromadzono w jaskiniach Pindaja nad jeziorem Inle. Między formacjami stalaktytów i stalagmitów, w niemalże każdym kącie ukryte są posążki i posągi wszelkich rozmiarów: od naparstka po kilkumetrowe. Nikt już nie pamięta, dlaczego setki lat temu postawiono tu pierwszy z nich...

Pomnik pychy

Birmę najlepiej zwiedzać od końca października do lutego — ze względu na pogodę (sucho, ciepło, bez upałów) i dużą liczbę malowniczych, buddyjskich świąt. Ale nie zawsze buddyzm był główną religią — można się o tym przekonać na Mount Popa w pobliżu Paganu.

— Na szczycie stożkowatej, wulkanicznej góry wznosi się kompleks świątynny poświęcony bóstwom opiekuńczym — natom — żyjącym, według Birmańczyków, w każdym drzewie, na szczytach gór i w strumykach. Ten magiczny kult wciąż kwitnie. Wierni obsypują posążki natów pieniędzmi, płatkami kwiatów, papierosami... Każdy dzieli się tym, co mu drogie — by nie rozgniewać bóstw. Jeden z birmańskich królów chciał je zniszczyć. Bez powodzenia. Ukoronował więc na króla natów bóstwo hinduistyczne, które wedle mitologii złożyło hołd Buddzie. I tak buddyzm gładko wchłonął natów — tłumaczy Joanna Barańska.

Mandalay — o którym George Orwell napisał kiedyś, że są tam tylko cztery ciekawe rzeczy i wszystkie na p: priests (księża), pariasi, pagody i prostytutki — drugie co do wielkości miasto Birmy (po Rangunie) to najdalej wysunięte na północ miejsce, gdzie wolno jechać turystom. Do zobaczenia: pałac królewski, liczne pagody i świętość Birmy: posąg Mahamuni Buddy w świątyni z 1784 r. Czterometrową postać wykuto w brązie, ale przez lata tysiące pobożnych buddystów pokryło figurę 15 centymetrową warstwą płatków złota... Warto też przeprawić się z Mandalay do Mingun — przez główną rzekę Birmy, Irawadi — mostem tekowym o długości 1,5 km. Stoi tu największa pagoda świata, projekt pewnego szalonego króla. Wymyślił sobie, że zbuduje 150 metrową stupę. Przez 30 lat — od 1790 r. — tysiące niewolników wzniosło „zaledwie” 50 m podstawy (piramida o bokach długości 72 m na 72 m). W 1819 r. król Bodawpaya zmarł i budowę zarzucono.

— Robi wrażenie ten pomnik ludzkiej pychy! Ostał się w nim największy — nie zniszczony i dzwoniący — dzwon świata. Odlany z brązu, nie zdążył zawisnąć w świątyni. Jej wejście zdobiły niegdyś posągi lwów, jednak po trzęsieniu ziemi zostały z nich tylko wielkie tyłki — opisuje Joanna Barańska.

Czego jeszcze spodziewać się w Birmie? Trzech walut: oficjalnego kyat, dolara i bonów FEC (jak nasze do Pewexu), na które obowiązkowo trzeba wymienić na lotnisku 300 USD. Wiz wjazdowych (do uzyskania m.in. w Bangkoku). Skromnego jedzenia. I... ósmego dnia w tygodniu!

— Birmańczycy podzielili środę na pół. Do południa to dzień urodzin Buddy, jemu poświęcony. Po południu — dzień następny. Być może zrobili tak, bo przed świątyniami stoją posążki Buddy symbolizujące dni tygodnia. Wierny składa ofiarę przed tym, który opiekuje się dniem jego narodzin. A osiem posążków łatwiej zwró-cić w cztery strony świata niż siedem — zastanawia się Joanna Barańska.

Birmę odwiedza 30-50 tys. cudzoziemców rocznie. Podróżnicy odnoszą więc wrażenie, że — z każdym przejechanym kilometrem — zagłębiają się w prawdziwą Azję. Daleką od turystycznej komercji. I to kusi najbardziej...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Ósmy dzień tygodnia