Ostatni taki killer inflacyjnego nawisu

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2002-01-15 00:00

Przed z górą rokiem, 10 stycznia 2001 roku, „Leszek Balcerowicz objął funkcję strażnika złotego” (patrz wydzierka). To wtedy, z sejmowej trybuny, w obecności prezydenta, wypowiedział słowa przysięgi: „Obejmując obowiązki prezesa NBP przysięgam uroczyście, że postanowień Konstytucji RP i innych ustaw będę ściśle przestrzegać oraz że we wszystkich swoich działaniach dążyć będę do rozwoju gospodarczego Ojczyzny i pomyślności obywateli”. Nieco, a może nawet nie nieco, górnolotnie brzmiące słowa — ale takie przysięgi mają to do siebie.

Wcześniej, znacznie wcześniej, było głosowanie w sprawie powołania prezesa NBP. Głosowanie bardzo pouczające i mające ogromny wpływ na dalsze funkcjonowanie i relacje z politykami, szczególnie tymi z lewej strony, prezesa Narodowego Banku Polskiego i przewodniczącego Rady Polityki Pieniężnej. Doszło do niespotykanej polaryzacji poglądów. Głosowanie zakończyło się wynikiem: 226 głosów za powołaniem (potrzeba było 221), 214 przeciw. Nie wzięło udziału tylko 20 posłów, nikt się nie wstrzymał. Posłowie AWS dostali ściągawkę: „Pkt 14 — powołanie Prezesa Narodowego Banku Polskiego. Uwaga! Dyscyplina! Kandydatura prof. Leszka Balcerowicza — ZA”, a i tak nie wszyscy właściwie ją odczytali. Bez ściągawki zgodnie zagłosowali przeciw wszyscy posłowie ówczesnej opozycji SLD i PSL, wspierani przez nie zrzeszonych, ugrupowania prawicowe i właśnie rozłamowców z AWS. Poseł profesor Balcerowicz, mimo obecności na sali, nie wziął udziału w głosowaniu.

Uroczystości skończyły się i zapanowała proza życia, szara rzeczywistość, przekładanie treści przysięgi na konkretne decyzje. I tu, właśnie przy tłumaczeniu, od samego początku pojawiły się nieporozumienia. Tuż po rozpoczęciu przez profesora misji ujawniły się naciski, by RPP obniżyła stopy procentowe. Nie stało się to na pierwszym posiedzeniu, jeszcze styczniowym, ale dopiero w lutym. I to był pierwszy poważny zgrzyt w relacjach z coraz bardziej już mniejszościowym rządem. Zaplecze parlamentarne było coraz bardziej zatomizowane, co postanowiła wykorzystać opozycja. Dzisiaj już niewielu pamięta, że w czerwcu udało się jej niemal dokonać zmian w ustawie o NBP. Dopiero dramatyczny apel premiera Buzka przed końcowym głosowaniem położył kres zamachowi.

Obniżenie w ciągu tego roku urzędowania inflacji do najniższego w naszej powojennej historii poziomu 3,6 punktu procentowego tak samo wielu polityków uważa za sukces, jak i za porażkę. To znaczy, oczywiście, niska inflacja jest znacznie lepsza niż wysoka, a silna waluta lepsza od słabej ale, co podnoszą, stopień przestrzelenia celu inflacyjnego (planowane 6 do 8 proc.) i tempo schodzenia z inflacji, a tym samym siła naszej waluty, są zbyt duże i szkodzą polskiej gospodarce. Nie ma więc zgody co do tłumaczenia „z polskiego na nasze” słów przysięgi „dążyć będę do rozwoju gospodarczego Ojczyzny i pomyślności obywateli”. I końca tej semantycznej dyskusji nie widać.