Najnowsze dane z rynku pracy pokazują, że podwyżki wynagrodzeń są coraz słabsze mimo wciąż bardzo wysokiej inflacji. Wszystko wskazuje, że jest to reakcja rynku na wyraźne spowolnienie gospodarcze. Nie należy jednak wykluczać możliwości, że presja na pensje brutto zelżała z powodu obniżki podatku dochodowego. W każdym razie dane pokazują, że ryzyko rozkręcenia się na dużą skalę spirali płacowo-cenowej jest w tym momencie ograniczone.

W środę GUS podał, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło w maju 6555 zł i było o 13 proc. wyższe r/r wobec wzrostu o 13,5 proc. w maju i 14 proc. w kwietniu. Widać zatem hamowanie płac. Jeszcze lepiej jest to widoczne w zmianach miesięcznych, które pokazuję na wykresie. O ile w pierwszych trzech miesiącach roku średni miesięczny wzrost płac wynosił 1,2 proc. (czyli 15,3 proc. w ujęciu zannualizowanym), o tyle w kolejnych trzech miesiącach średni miesięczny wzrost wynosił już 0,8 proc. (czyli 10,4 proc. w ujęciu zannualizowanym). Jeżeli te dane skorygujemy o inflację, zobaczymy, że w ostatnich miesiącach przeciętna płaca brutto w przedsiębiorstwach spadała w tempie 0,9 proc. miesięcznie. To spadek analogiczny do tego, który miał miejsce w okresie wybuchu pandemii, gdy rząd pozwolił firmom obniżać wynagrodzenia, a pomijając ten moment - największy w tym wieku.
Skąd to hamowanie płac? Jest to prawdopodobnie efekt hamowania aktywności gospodarczej w kraju, które jest widoczne w coraz większej liczbie wskaźników – poczynając od indeksów koniunktury przez produkcję przemysłową, aktywność w sektorze mieszkaniowym po wskaźniki finansowe, takie jak indeksy giełdowe czy nachylenie krzywej dochodowości. Bardzo możliwe, że pracownicy stracili część siły przetargowej, obawiają się o miejsca pracy, a pracodawcy nie są już chętni do podwyżek. Ważną rolę w całym procesie odegrały podwyżki stóp procentowych, które oddziałują zarówno na oczekiwania pracowników i firm, jak też na realny popyt w gospodarce.
Możliwe jest też natomiast, że przyczyną hamowania płac jest wchodząca od lipca obniżka podatku dochodowego. Potencjalnie mogła odegrać w negocjacjach płacowych toczonych w maju i czerwcu rolę, skłaniając pracowników do akceptacji mniejszych pensji brutto (mniejszych od scenariusza bez obniżki podatku).
Inną przyczyną hamowania płac może być niedoceniany często w komentarzach analityków efekt podwyżek płac w transporcie drogowym. Dziesiątki lub nawet setki tysięcy kierowców przechodziło od lutego na nowy system wynagradzania, w którym diety zastępowane są przez standardowe wynagrodzenie w celu dostosowania polskich regulacji do unijnego tzw. Pakietu Mobilności. O ile w marcu i kwietniu wynagrodzenie w sektorze transportu i logistyki wzrosło łącznie aż o 12 proc., o tyle w maju i czerwcu o niewiele ponad 1 proc.
W tym momencie trudno powiedzieć, które czynniki odgrywają największą rolę w hamowaniu płac. Podejrzewam, że pierwszy z nich – czyli spowolnienie gospodarcze – jest najważniejszy. Więcej będzie można powiedzieć w kolejnych miesiącach.
Ze społecznego punktu widzenia spadek realnych wynagrodzeń jest bardzo kosztowny. Może być to jednak konieczny element dostosowania gospodarki do znacznie wyższych cen energii. Surowce energetyczne pozyskujemy głównie z importu, więc gwałtowny wzrost ich cen musi w końcu prowadzić do spadku dochodów ludności w Polsce (gdyby rosły ceny surowców głównie krajowych, to wzrost cen prowadziłby do przesunięć w dochodach między sektorami). W ostatnim roku za dużo droższe surowce płaciliśmy bez redukcji dochodów dzięki temu, że spadała w gospodarce stopa oszczędności – czyli utrzymywaliśmy wydatki/dochody zmniejszając oszczędności. To jednak jest nie do utrzymania na dłuższą metę.
Jeżeli płace realne w warunkach tak dużego wstrząsu by się nie obniżyły, to prawdopodobnie znacząco musiałoby spaść zatrudnienie. Możliwe, że przy tego typu wstrząsie gospodarczym niższe płace realne pozwolą uratować gospodarkę przed gwałtownym wzrostem bezrobocia.
