Polacy niemal przestali oszczędzać. Na koniec pierwszego kwartału 2012 r. oszczędności gospodarstw domowych były o 10 mld zł większe w takim samym okresie ubiegłego roku. Statystyczny Polak odłożył więc zaledwie 260 zł. To jeden z najmniejszych rocznych przyrostów od początku transformacji. Ostatnie dwie dekady to okres konsekwentnego wzrostu oszczędności. Bywały lata, kiedy zasoby Polaków rosły w ciągu czterech kwartałów o 100 mld zł, czyli przeciętny Kowalski odkładał po 2,6 tys. zł.

Grecja zjadła nam zaskórniaki
Słaby przyrost oszczędności to skutek przede wszystkim trzech zjawisk. Po pierwsze, w analizowanym okresie — z powodu kryzysu w strefie euro — w dół poszły indeksy giełdowe. Dlatego wycena oszczędności lokowanych w funduszach spadła.
— W analizowanych czterech kwartałach WIG20 spadł o około 15 proc. Można założyć, że ta część oszczędności, która jest lokowana w OFE czy funduszach emerytalnych, skurczyła się o podobną wartość — mówi Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego. Po drugie, w ostatnich miesiącach rynek pracy był w stagnacji. Wzrost wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw był niemal równy inflacji, a zatrudnienie rośnie w symbolicznym tempie 0,1 proc. rok do roku. Tymczasem konsumpcja ma się całkiem nieźle. Sprzedaż detaliczna jeszcze do marca rosła w tempie kilkunastu procent rocznie. Teraz nieco zwolniła, ale nadal wzrost wynosi 6,4 proc. (dane za czerwiec, rok do roku), czyli znacznie powyżej inflacji.
— Przy braku realnego wzrostu wynagrodzeń każdy, nawet niewielki, wzrost konsumpcji finansowany jest z oszczędności — zaznacza Tomasz Kaczor. Podobnie było w 2008 r. Wzrost wynagrodzeń już hamował, a konsumpcja siłą rozpędu nadal była potężna. Kiedy w 2009 r. Polacy odczuli kryzys, zaczęli zaciskać pasa, przez co oszczędności osiągnęły rekordowy poziom 100 mld zł.
Obserwowane obecnie wyhamowanie oszczędności to również skutek decyzji rządu o obniżeniu o dwie trzecie od 2011 r. składki do OFE. Pieniądze ze składek emerytalnych Polaków w mniejszym stopniu są odkładane w OFE, a w większym — przekazywane do ZUS, skąd natychmiast wydawane są na bieżące emerytury. Dopóki pieniądze trafiały do OFE, były realnymi oszczędnościami. Tymczasem w ZUS zostaje po nich tylko księgowy zapis w systemie informatycznym.
— Rozumiem, że przekazywanie składek do OFE było obciążeniem dla budżetu, ale dokonany demontaż drugiego filaru emerytalnego był zbyt daleko idący, a w dodatku podkopał zaufanie Polaków do państwa i systemu emerytalnego — mówi prof. Marian Noga z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, były członek Rady Polityki Pieniężnej.
Strach nie wystarcza
Dyskusja, która około dwóch lat temu wybuchła przy okazji zmian w OFE, pokazała, jak niskie będą emerytury Polaków. Rząd przedstawił oficjalne wyliczenia, według których w 2050 r. średnia emerytura będzie wynosiła 31-35 proc. ostatniego wynagrodzenia, wobec około 60 proc. obecnie. Jak pokazuje sondaż firmy doradczej Accenture, Polacy wiedzą, że nie mogą liczyć na emerytalne kokosy. Tylko 14 proc. obywateli deklaruje, że po osiągnięciu wieku emerytalnego będzie miało wystarczająco dużo pieniędzy, żeby pokryć swoje potrzeby. Mimo tych obaw Polacy nadal nie wyrobili sobie jednak nawyku odkładania na emeryturę. Jesteśmy najmniej skłonni do odkładania na starość ze wszystkich 15 krajów objętych badaniem Accenture. W Polsce 23 proc. osób uważa, że oszczędzania na emeryturę nie jest ważne. Średnio w 15 krajach to zaledwie 11 proc.
— Dobrze, że 77 proc. Polaków chce oszczędzać na starość, ale nie można uznać tego za satysfakcjonujący wynik, skoro jednocześnie 86 proc. osób boi się o swoją przyszłość na emeryturze — mówi Wojciech Wyglądała, partner w Accenture. Dane pokazujące wyhamowanie w oszczędnościach Polaków potwierdzają, że nawet po dyskusji o OFE nie zmobilizowaliśmy się do odkładania na starość.
— Skłonność do oszczędzania to głęboko zakorzeniona cecha społeczeństw. Ani osiągane dochody, ani ostrzeżenia polityków czy ekonomistów nie mają większego wpływu na to, jak dużo pieniędzy gospodarstwa domowe odkładają. Wyrabianie w społeczeństwie nawyku oszczędzania będzie trwać latami — mówi prof. Marian Noga. Jego zdaniem, ludzie zaczną oszczędzać dopiero wtedy, kiedy emerytury naprawdę zaczną wyraźnie spadać, a nie teraz, kiedy tylko się przed tym ostrzega.
— Niestety, taka jest ludzka natura. Zagrożenie znamy, ale zaczniemy działać dopiero wtedy, kiedy poczujemy kłopoty na własnej skórze — mówi prof. Marian Noga. Jak podkreśla Wojciech Wyglądała, Polska się starzeje, a to w połączeniu z niską stopą oszczędności źle wróży naszej gospodarce.
— Systematycznie zwiększa się u nas liczba osób po 60. roku życia, przy jednoczesnym zmniejszaniu się liczby urodzeń. Starzenie się społeczeństwa i niska stopa oszczędności w dłuższej perspektywie mogą spowodować podwyżki składek emerytalnych i niższy wzrost gospodarczy — uważa Wojciech Wyglądała.