Pan Solopan

opublikowano: 27-11-2020, 16:45

Nawet jeśli niespecjalnie interesuje cię kino, pewnie słyszałeś o filmach: „Kino Paradiso”, „Fortepian”, „Bladerunner”, „Dzikość serca”, „Underground”, a już z pewnością obiły ci się o uszy tytuły: „Tańczący z wilkami”, „Cztery wesela i pogrzeb”, albo „Ksiądz” czy też „Ida”. Musisz jednak pasjonować się sztuką filmową, żeby wiedzieć, kim jest Jacek Szumlas, choć to człowiek legenda, który te filmy i dziesiątki innych sprowadził do Polski. W tym roku mija 30 lat, odkąd założył Solopan, pierwszą niezależną firmę dystrybucyjną w naszej części Europy.

Marek Wiśniewski

Nie znasz Jacka Szumlasa? Zapytaj o niego Johna Malkovicha, Emira Kusturicę lub Toma Waitsa – oni go znają. Suchar, lecz pokazuje, kim jest bohater tego tekstu: człowiek z koneksjami, który zna sporą część rynku filmowego na świecie, ale nie ma tak wyrobionego nazwiska na krajowym podwórku jak Roman Gutek. W internecie znajdziesz o nim ledwie garść informacji, na LinkedIn są tylko trzy suche wpisy: programista w Europejskiej Agencji Kosmicznej (1978-85), asystent reżysera Johna Burrowsa w londyńskiej firmie J.B. Asc. (1987-89) i wreszcie od listopada 199o: Solopan founder & owner.

Niewiele informacji jak na życiorys, który stanowi niezły materiał na film albo książkę przygodową z udziałem Jacka Nicolsona, Krzysztofa Kieślowskiego, Bernardo Bertolucciego, Istvana Szabo, Jima Jarmuscha, Agnieszki Holland, Jerzego Skolimowskiego czy Volkera Schlondorffa. To opowieść o chłopaku, który w czasach gomułkowskiej komuny wyjechał z rodzicami na misję naukową do Ghany i Kenii, potem do Amsterdamu, gdzie zakochał się w piłce nożnej, wreszcie do Londynu, żeby na koniec wrócić do Polski. Historia pełna przypadków, dobrych i złych zrządzeń losu – farta, dobrej passy i okresów smuty.

Przypadek

Trafiony prezent
Trafiony prezent
Jacek Szumlas przyjaźni się z Johnem Malkovichem ponad 30 lat. Podczas wizyty (incognicto) w Jeleśni aktor dostał zrobiony na miarę autentyczny strój góralski. Spodnie – jak mówi – robią furorę w Aspen, gdzie co roku jeździ na nartach.
archiwum prywatne

Do branży filmowej trafił przypadkiem. Pod koniec lat 80. był w Londynie. Znajomy z BBC zapytał go, czy nie chciałby być tłumaczem Krzysztofa Kieślowskiego, który na zaproszenie stacji przyjeżdżał do Wielkiej Brytanii, by promować „Dekalog”. Spędzili razem kilka dni i stary mistrz namówił Jacka Szumlasa do przyjazdu do Polski. Może nie była to opowieść w stylu Seweryna Baryki, który wizją szklanych domów ściągnął syna Cezarego do ojczyzny, ale zadziałało.

– Powiedział: „przyjeżdżaj, tam wszystko się zmieniło. Może dostaniesz trochę w tyłek, ale chyba warto i nie musisz się już martwić wojskiem” – wspomina Jacek Szumlas.

Dzisiaj brzmi to śmiesznie, lecz w tamtych czasach nieuregulowany stosunek do służby wojskowej był poważnym problemem. Po przyjeździe do Polski zorientował się, że w ojczyźnie jest gorzej niż w tzw. krajach trzeciego świata. W Ghanie spędzał godziny w sklepach z płytami, w Warszawie raczkowały targowiska z pirackimi kasetami na Stadionie Dziesięciolecia. No i film. Po powrocie do ojczyzny przekonał się, że Polska to pustynia filmowa z rzadkimi oazami kina zachodniego, a rynek dystrybucji nie istnieje. Co prawda już rok po upadku komuny Warner Bros uchwycił przyczółek nad Wisłą, potem dołączyli kolejni wielcy gracze, ale w styczniu 1990 r. w filmie panowała zima. Oknem na świat, przez które wpadało trochę świeżego powietrza, był Warszawski Tydzień Filmowy (rok później zmienił nazwę na Warszawski Festiwal Filmowy) i Konfrontacje, na które w styczniu 1991 r. Jacek Szumlas przywiózł obrazy: „Kino Paradiso”, „Wożąc panią Daisy”, „Moja lewa stopa”, „Pod osłoną nieba”, „Dzikość serca” i „Henryk V”.

Wielkich pieniędzy na filmach nie zrobił, raczej – jak na nowicjusza przystało – zapłacił frycowe, ale zobaczył, że rynek jest głodny dobrego kina. Wrócił do Londynu po kolejną partię filmów.

Dzisiaj, po 30 latach, lista filmów ściągniętych przez Solopan liczy ponad 150 pozycji: od dużych produkcji po tak niszowe obrazy, jak jeden z jego ulubionych – „Moonlight”.

– Kryteria były zawsze takie same: nigdy nie kupowałem filmów, których sam nie chciałbym obejrzeć – twierdzi Jacek Szumlas.

Zrządzenie losu

To ich łączy
To ich łączy
Jacek Szumlas i Jack Nicholson przyszli na świat tego samego dnia – 22 kwietnia. Co roku dzwonią, by złożyć sobie życzenia urodzinowe. Poznali się przez wspólnego przyjaciela, reżysera Jerzego Skolimowskiego, a potem bliżej w Miami, na planie filmu „Krew i wino” w 1996 r.
Solopan

Jest trochę takim Polakiem-Niepolakiem. Mówi po polsku, ale jakoś inaczej. Nie, że coś jest nie tak z jego akcentem, choć połowę życia spędził za granicą i jakaś maniera językowa mogłaby mu zostać. Być może jednak to długa emigracja sprawiła, że mniej w nim „polactwa”, zacietrzewienia, zawiści, a więcej tolerancji, otwartości na ludzi i świat. Jako kilkuletni chłopiec trafił z rodziną do Ghany, gdzie ojciec, geolog, pracował w misji naukowej. Dostał pięcioletni kontrakt, ale do Polski już nie wrócił. Gdy umowa w Afryce wygasła, rodzina przeniosła się do Leiden, gdzie miejscowy uniwersytet zaproponował mu pracę. W egzotycznej Ghanie mały Jacek odnalazł się doskonale – podobało mu się wszystko: od drzew papaya i mango rosnących w ogrodzie przez muzykę i kulturę po otwartych i przyjaznych mieszkańców. Zżył się z lokalsami i dziećmi innych naukowców, które poznał w angielskiej międzynarodowej szkole. Wszyscy przyjechali w ramach pomocy dla krajów trzeciego świata. Z kilkoma kolegami z tamtych lat jest w kontakcie do dzisiaj.

– Na pewno mogę powtórzyć za Karen Blixen: kto żył w Afryce i się na nią otworzył, nosi ją w sercu do końca życia – mówi.

Przeprowadzka do chłodnej – dosłownie i w przenośni – Holandii średnio mu się spodobała. Na szczęście była piłka, a on zawsze marzył, by zostać piłkarzem. Holandia lat 70. była miejscem, w którym te marzenia mogły się ziścić. Holendrzy zostali wicemistrzami świata w 1974 r. – Polska zajęła wtedy pamiętną trzecią pozycję – mieli mocną ligę z Ajax Amsterdam i Feyenoord Rotterdam na czele i takie nazwiska, jak Johan Cruyff, Ruud Krol, Johan Neeskens i Johnny Rep. Jacek Szumlas każdą chwilę poświęcał na grę w piłkę ku niezadowoleniu ojca, który chciał, by wyuczył się porządnego zawodu. Jako piętnastolatek dostał się do drużyny A1 juniorów w Ajaxie. Niestety dwa lata później doznał kontuzji kolana, dyskwalifikującej go z dalszej gry.

– Miałem cholernego pecha, bo już wtedy w latach 70., grając w piłkę, można było nieźle się ustawić finansowo i po zakończeniu kariery futbolowej, wykorzystać oszczędności do robienia różnych ciekawych rzeczy, np. czegoś w branży filmowej – mówi Jacek Szumlas.

Przypadek

Na Bahamach
Na Bahamach
Harbour Island, 1985 r. Ta wyspa przypomina mu Afrykę, gdzie spędził siedem lat dzieciństwa. Harbour Island odkryła jego mama, Elżbieta, po tragicznej śmierci ojca, Ferdynanda. Jacek Szumlas wypoczywał tam i ładował akumulatory przez półtora roku.
Solopan

Po sukcesie filmów przywiezionych na Konfrontacje Jacek Szumlas przeniósł Solopan z Londynu do Warszawy. I już tu został. Dziewięć na 10 osób nazwę skojarzy ze zbitką słów solo i pan, jednak etymologia jest zupełnie inna.

– Uwielbiam Stanisława Lema, więc chciałem nazwać firmę Solaris. Okazało się, że nazwa w Anglii jest już zastrzeżona, a facet chciał za nią aż 10 tys. funtów. Kombinowałem nad inną nazwą i z połączenia słów: solo i panorama powstał Solopan – wyjaśnia przedsiębiorca.

Dystrybucję filmów można chyba porównać do wydawania książek. Sukces zależy od tego, co kupisz, od kogo i w jakim czasie. Na rynku filmowym możesz nabyć prawa do gotowego filmu, albo wejść w projekt jeszcze na etapie scenariusza.

– Nigdy nie miałem dużej kasy, zatem w grę wchodził drugi wariant. Tak też było z moimi pierwszymi zakupami filmowymi – przyznaje dystrybutor.

Konfrontacje 1991
Konfrontacje 1991
Na tę filmową imprezę Jacek Szumlas przywiózł m.in. obrazy: „Kino Paradiso”, „Wożąc panią Daisy”, „Moja lewa stopa”, „Pod osłoną nieba”, „Dzikość serca” i „Henryk V”.
archiwum prywatne

Pierwsze duże pieniądze zarobił na filmie, do którego scenariusz odrzuciły wszystkie duże studia filmowe. Był początek lat 90.

– Człowiek, który sprzedał mi prawa do „Wożąc panią Diasy”, zadzwonił do mnie i powiedział: „słuchaj mam taki projekt, który jest w postprodukcji. Jeśli chcesz, sprzedam ci prawa na całą Europę Wschodnią. Jesteś w mieście?”. Wpadłem do niego, bo byłem w centrum, a tam jakiś facet rysuje coś flamastrem na tablicy. Odwrócił się – to był Kevin Costner– wspomina Jacek Szumlas.

W tamtym czasie aktor nie był jeszcze megagwiazdą, lecz wkrótce się nią stał za sprawą swojego debiutu reżyserskiego „Tańczący z wilkami”. To właśnie scenę z tego filmu rysował na tablicy w londyńskim biurze. Kevin Costner kolędował wówczas po wszystkich wytwórniach ze scenariuszem, którego nikt nie chciał. Słyszał, że westerny są już passe. Dopiero angielska maleńka firma Majestic Films sfinansowała film. Początkowo miał kosztować około 17 mln USD, ale ostatecznie budżet zamknął się w 25 mln USD.

– Byłem wtedy spłukany, bo wydałem pieniądze już na sześć innych filmów, powiedziałem jednak, że mogę wziąć prawa na samą Polskę. Podałem niewielką kwotę. „OK, zwróci się za catering na planie” – skomentował ofertę Costner – relacjonuje Jacek Szumlas.

„Tańczący z wilkami” okazał się hitem. Opowieść o kapitanie armii amerykańskiej, który przyłączył się do Indian, weszła do kanonu światowego kina. Film przyniósł też twórcom niebywały sukces komercyjny. Wpływy ze sprzedaży praw i biletów wyniosły 424 mln USD. Zarobił też Solopan. W polskich kinach „Tańczącego z wilkami” obejrzało 1,5 mln widzów. Solopan zainkasował 50 proc. od każdego biletu. Podzielił się wpływami z Romanem Gutkiem i Fundacją Sztuki Filmowej, z którymi połączył siły przy dystrybucji filmu. Razem pracowali też przy „Podwójnym Życiu Weroniki” i „Thelmie i Louise”.

Zrządzenie losu

Cannes 1992 r.
Cannes 1992 r.
Z dobrym znajomym – reżyserem Spike’em Lee – Jacek Szumlas dzieli pasje do filmu, koszykówki i piłki nożnej.
archiwum prywatne

Po tym, jak kontuzja przekreśliła marzenia o karierze piłkarskiej, Jacek poszedł w ślady starszego brata i zapisał się na zaoczne studia z informatyki. Potem podjął pracę programisty w Europejskiej Agencji Kosmicznej. Być może byłby dzisiaj drugim Stevem Jobsem, jednak po tragicznej śmierci ojca zostawił Holandię i wylądował na maleńkiej wyspie Harbour Island na Bahamach. Z jednym z tubylców otworzył Piano-Bar i puszczał swoją ulubioną muzykę.

Przyjemna robota, ale na dłuższą metę zaczęła go nużyć. W sąsiedztwie dwóch Amerykanów prowadziło szkołę nurkowania. Jeden z nich chciał już wrócić na kontynent i jego partner zaproponował Jackowi Szumlasowi, żeby go zastąpił. Polak przyjął ofertę. Dobrze nurkował, więc szybko wyrobił licencję instruktora nurkowania i zaczął uczyć turystów z USA i Europy. Wśród uczniów była rodzina niejakiego Johna Burrowsa z Londynu. Zaprzyjaźnili się.

Może zostałby dłużej na rajskiej wyspie, ale przyszedł rok 1986 – mistrzostwa świata w Meksyku. Na maleńkiej Harbour Island jakość sygnału telewizji satelitarnej była fatalna, telewizor śnieżył i rwał transmisje.

– Pomyślałem, że spakuję się i pojadę do siostry do Londynu i spokojnie obejrzę tam turniej – mówi.

Na miejscu okazało się, że dom jest zamknięty, bo siostra z rodziną jest na wakacjach we Włoszech. Jacek Szumlas przypomniał sobie o znajomym Brytyjczyku z kursu nurkowego, zadzwonił. Ten zaprosił go do siebie. Po miesiącu oglądania meczów, kiedy chciał już wracać na Bahamy, gospodarz zaproponował mu współpracę w swojej firmie produkcyjnej w Soho: John Burrows Associates. Tak trafił w świat filmu.

Przypadek

Łódź
Łódź
Festiwal Forum Kina Europejskiego Cinergia (2019 r.). Jacek Szumlas zawdzięcza Romanowi Polańskiemu dwa spośród swoich ulubionych filmów: „Nóż w wodzie” i „Chinatown”.

Didżejowanie na rajskiej wyspie wynikało z potrzeby resetu po śmiertelnym wypadku samochodowym ojca, ale miało też głęboki związek z wielką pasją Jacka Szumlasa do muzyki. Na Harbour Island puszczał oczywiście głównie reggae i dub, ale też czasem przemycił coś, co też lubił: wczesnego Carlosa Santanę, Jimiego Hendrixa, Led Zeppelin, Cream czy Osibisa. No i oczywiście jazz z przełomu lat 50/60.

Z muzyką związana jest najpiękniejsza przygoda filmowa Jacka Szumlasa. To było w 1996 r.

– Czekałem na najnowszy film Wima Wendersa, który kupiłem już wcześniej. Zadzwoniłem do niego, by spytać, kiedy skończy podkładać muzykę. Odpowiedział, że jest obsuwa i że razem z Ry Cooderem są w Hawanie i pracują nad czymś innym, że to super projekt i żebyśmy przyjeżdżali z Agnieszką – opowiada Jacek Szumlas.

Spędzili na Kubie cztery tygodnie, w czasie kiedy Ry Cooder i Nick Gold nagrywali płytę solową z Ibrahimem Ferrerem, a Wim Wenders kręcił dokument „Buena Vista Social Club”.

– To jedna z najważniejszych dla mnie produkcji filmowych, do której mam bardzo osobisty stosunek. Od pobytu w Afryce pokochałem muzykę etniczną, doskonale znam wytwórnię Nicka Golda z World Circuit Records, od którego cała ta historia z Buena Vista wzięła początek. To, co przeżyliśmy w Hawanie, było unikatowe, bezcenne – twierdzi Jacek Szumlas.

Oczywiście kupił prawa na Polskę do filmu, który razem z soundtrackiem, podbił świat. W Polsce kina trochę kręciły nosem na „jakiś tam dokument o staruszkach na Kubie”, ale ostatecznie również u nas „Buena Vista Social Club” miał ogromne wzięcie.

Dwa lata później udało się sprowadzić zespół do Polski na festiwal Malta. Po niesamowitym koncercie była impreza, na której niezmordowani starsi panowie bawili się długo w noc. Jacek Szumlas postanowił się wreszcie pożegnać – Agnieszka była w ciąży. Na odchodnym Ibrahim Ferrer powiedział, że jeśli urodzi się syn, to muszą koniecznie dać mu na imię Bibin, a jeśli córka – Bibina. Siedem miesięcy później urodziły się bliźniaczki. Ojcem chrzestnym został John Malkovich.

Zrządzenie losu

Rok 1998
Rok 1998
Jacek Szumlas z Leonardo di Caprio i Johnem Malkovichem w Paryżu na planie filmu “Człowiek w żelaznej masce”.
archiwum prywatne

W 2016 r. BBC opublikowała listę 100 najlepszych filmów w historii kina, sporządzoną przez 177 krytyków filmowych. Na 55 uplasowała się „Ida” Pawła Pawlikowskiego. Trudno sobie dzisiaj wyobrazić, że zdobywca Oscara w 2015 r. po premierze w 2013 r. grany był w małych kinach, bo multipleksy go nie chciały. Być może dlatego kiedy film dostał nominację amerykańskiej Akademii Filmowej, to ani producenci, ani nawet sam reżyser niespecjalnie wierzyli w sukces. Jacek Szumlas, który „Idę” dystrybuował, wierzył.

– Od początku byłem przekonany, że ten kameralny czarno-biały film spodoba się nie tylko krytykom u nas, ale że doceni go świat – podkreśla.

Do tego stopnia, że w przeddzień ceremonii w Hollywood zamówił koszulki dla ekipy z Polski z nadrukiem „Ida”, na którym zamiast litery „I” była statuetka Oscara. Oprócz jednego polskiego fotografa tam na miejscu, Agnieszki Holland, jej córki Katarzyny i Jacka Szumlasa nikt nie chciał ich założyć. Dzisiaj to niemal relikwia.

„Ida” może nie była aż takim sukcesem komercyjnym Solopanu, ale dawała wielki prestiż. Film stał się też przyczyną poważnych problemów, w jakich znalazła się firma. Od początku budził kontrowersje, dyskusje, szczególnie po prawej stronie, gdzie zarzucano mu antypolski charakter i utrwalanie fałszywego obrazu II wojny światowej, wpisujące się w narrację książek Jana Grossa.

Jesienią 2015 r. do władzy doszedł PiS. W fotelu szefa TVP zasiadł Jacek Kurski. Telewizja nagle, z dnia na dzień całkowicie zerwała współpracę z Solopanem – w tym zakup filmów – po 25 latach współpracy. Koniec kropka.

– Zawsze interesowało mnie kino ambitne, nie kupowałem filmów czysto rozrywkowych i nie miałem relacji z prywatnymi telewizjami, w których dominuje komercyjna oferta. Jeszcze do 2015 r. TVP miała misję. Bywało nawet, że Jedynka biła się z Dwójką o praktycznie wszystkie filmy z naszego portfolio. No i nagle: „tej firmie już dziękujemy, a ten pan Solopan niech sp...” – mówi Jacek Szumlas.

Od pięciu lat Solopan nie ma już żadnych związków z telewizją. Jacek Szumlas jest chyba na cenzurowanym nie tylko ze względu na „Idę”, lecz towarzystwo, w jakim się obraca: Agnieszka Holland, Kazik Staszewski, Olga Tokarczuk, Krzysztof Piesiewicz, Marcin Wasilewski, Wojciech Smarzowski, prof. Jan Zielonka...

Obecnie Solopan żyje tylko ze współpracy z kinami, właściwie żył, bo COVID-19 zdemolował rynek filmowy na każdym poziomie. Po obchodach 30. rocznicy Solopanu w tym roku Jacek Szumlas miał w planach wyjazd do Stanów Zjednoczonych, żeby odpocząć, zresetować się, pomyśleć co dalej. Od miesięcy, jak wszyscy, siedzi zamknięty w warszawskim mieszkaniu. Z każdego kąta wygląda plakat, zdjęcie z odręcznymi życzeniami, pozdrowieniami a to Jacka Nicholsona, a to od Spike’a Lee, Emira Kusturicy, Jima Jarmuscha czy też Taika Waititi, z którym miał zrobić adaptację fabuły opartą na jego krótkometrażowym filmie „Two Cars, One Night”… Na razie nici z tego i czort wie, kiedy do projektu wrócą.

W salonie stoi ogromny monitor, tyleż do oglądania filmów co meczy, bo dawna miłość do piłki nie zgasła. Z równą pasją opowiada Jacek Szumlas o kinie, jak i o najnowszych talentach w Ajaksie Amsterdam.

– Chodzi mi po głowie projekt w stylu „Moneyball” tylko o Jurgenie Kloppie. Trzeba namówić Brada Pitta, który też uwielbia „Soccer i mamy samograj – ekscytuje się przedsiębiorca.

Zrządzenie losu, czy przypadek

Rocznica
Rocznica
Plakat autorstwa Andrzeja Pągowskiego z okazji 30-lecia Solopanu.
Jacek Szumlas

Śmierć matki, COVID-19, lockdown, odcięcie od znajomych za oceanem, 30. jubileusz Solopanu, ostracyzm telewizji – wszystko to sprawia, że Jacka Szumlasa nachodzą myśli, czy było warto, że może trzeba było inaczej? Może lepiej było pozostać programistą w ESA-Estec, osiąść na Zachodzie i nie wracać do Polski? Może.

– Zwykle w życiu nie byłem pewien, czy to, co robię, jest na pewno tym, co powinienem robić… Ale w jakim innym zawodzie – ja, kinoman –spotkałbym tylu twórców, a z niektórymi się zaprzyjaźnił. Gdzie poznałbym tylu fajnych ludzi, robił to, co uwielbiam i mógł się tak bawi pracując – mówi Jacek Szumlas.

W głębi serca pielęgnuje jednak dziecięce marzenie. Okazuje się, że nie tylko on zastanawiał się nad taką karierą – gdy w latach 90. zrobił dla TVP wywiad z Bernardo Bertoluccim, na koniec zapytał go, kim chciałby być, gdyby nie był reżyserem.

– „Jacek, jak to kim – piłkarzem oczywiście!” – odpowiedział mistrz – opowiada szef Solopanu.

Jacek Szumlas nie chciał rocznicowego tekstu, tym bardziej że okoliczności nie sprzyjają świętowaniu. Udało się jednak namówić go na wspomnienia. Na koniec wielogodzinnej rozmowy rzucił:

– Claro & Amen. Dobra, no to lecę, muszę nakarmić koty. Masz to?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane