Tak jak w latach ubiegłych porównaliśmy rachunki maklerskie z myślą o aktywnych inwestorach indywidualnych. Nasze zestawienie przygotowaliśmy po raz ósmy.

Założyliśmy, że aktywny inwestor co roku dokonuje transakcji za 600 tys. zł. Już w zeszłym roku wartość tę uznaliśmy za właściwą m.in. po konsultacjach z domami maklerskimi. W tym roku wsparliśmy się jeszcze informacjami Ministerstwa Finansów o rozliczeniach „giełdowych” PIT-ów. Wynika z nich, że suma pięcioletnich średnich kroczących uwzględnionych w „giełdowych” PIT-ach przychodów i kosztów ich uzyskania również oscyluje wokół 600 tys. zł. Można więc założyć, że mniej więcej takich obrotów dokonuje co roku ktoś, kto rzeczywiście potrzebuje rachunku maklerskiego. Może być to inwestor bogatszy dokonujący zaledwie kilku transakcji rocznie, jak i mniej zasobny, ale bardziej aktywny.
Czynniki decydujące o atrakcyjności rachunku podzieliliśmy na dwie grupy, które umownie można nazwać kosztową i komfortową. Biorąc pod uwagę całokształt, wygrała oferta Biura Maklerskiego Banku Pekao, które już w dwóch poprzednich latach zajmowało 2-3 miejsce w naszym zestawieniu.
Trzeba zapłacić…
Jeśli chodzi o koszty korzystania z rachunku maklerskiego, to składają się one z dwóch głównych elementów: abonamentu i prowizji od transakcji. Opłatę abonamentową za samo prowadzenie rachunku pobiera mniej więcej połowa brokerów. Reszta sobie ją odpuściła. Pekao należy do pierwszej grupy. Za samo prowadzenie rachunku kasuje 60 zł rocznie, co jest kwotą raczej typową wśród domów maklerskich mających taką opłatę.
Dla wyliczenia kosztów prowizji założyliśmy, że nasz inwestor operuje wyłącznie na rynku akcji, gdyż obligacje mają marginalne znaczenie w handlu na GPW, a kontrakty terminowe są instrumentem o charakterze jawnie spekulacyjnym. Jak w latach ubiegłych szukaliśmy zaś rachunku dla inwestora, a nie spekulanta. Z tego samego powodu zignorowaliśmy stawki za daytrading. Założyliśmy za to, że nasz inwestor składa zlecenia na raczej płynne spółki, ale w każdym półroczu zdarzy mu się przeprowadzić trzy stosunkowo małe transakcje. Ich wartość określiliśmy na 477, 957 i 971 zł. To najmniejsze ilorazy średnich obrotów sesyjnych spółek z NewConnect, które w 2019 r. notowały dzienne obroty powyżej 30 tys. zł, i średniej liczby transakcji zawieranych w 2019 r. dziennie na tych papierach.
Zakładając, że obroty generowane przez naszego inwestora rozkładają się w miarę równo w ciągu roku, zestawiliśmy je z tabelami opłat domów maklerskich. Nie braliśmy jednak pod uwagę możliwości wynikających z indywidualnego negocjowania prowizji, promocji czy wszelkiego rodzaju ofert wiązanych. Premiujemy w ten sposób rozwiązania bardziej transparentne. Pekao nie okazało się tak tanie jak Dom Maklerski Banku BPS ze stawką 0,13 proc. czy ING Bank Śląski proponujący 0,19 proc. Inwestorowi o takiej charakterystyce, jaką założyliśmy już w standardowym cenniku, oferuje jednak prowizję symbolicznie niższą niż 0,38-0,39 proc., będące podstawą ofert większości domów maklerskich. Pekao wyraźnie punktuje pod względem opłat za dostęp do pięciu linii arkusza zleceń. Podgląd pięciu ofert podnosi jakość informacji na temat głębokości rynku i tym samym wyceny akcji, jaką otrzymuje inwestor.
Jednocześnie polityka taryfowa brokerów, a nawet podejście do opodatkowania tej usługi dostarczanej klientom indywidualnym spowodowały w ostatnich latach znaczne zróżnicowanie stawek. Równocześnie coraz trudniej uzyskać zwolnienie z tej opłaty za same obroty generowane na rachunku. Bez takiej zniżki dostęp do pięciu linii arkusza zleceń potrafi kosztować ponad 1,5 tys. zł rocznie. W Pekao jest to niemal o 500 zł mniej.
Taka różnica to więcej niż 20 proc. prowizji od transakcji, jakie w ciągu roku zapłaci nasz inwestor w większości biur maklerskich. Z mniejszych opłat związanych z obsługą rachunku uwzględniliśmy jeszcze trzy przelewy internetowe do banku spoza grupy kapitałowej brokera oraz opłatę za wydanie jednego świadectwa depozytowego uprawniającego do wizyty na walnym zgromadzeniu. Nawet stosunkowo drobni inwestorzy powinni być w tym zakresie aktywni, a z badań Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych wynika, że osoby z portfelem przekraczającym 100 tys. zł zaczynają już bywać na walnych zgromadzeniach.
…i patrzeć na zegarek
Poza kwestiami typowo cennikowymi przyjrzeliśmy się też temu, co można określić jako komfort obsługi. Podstawowym czynnikiem, jaki braliśmy pod uwagę w ocenie tego aspektu, był czas, jaki nasz inwestor może dzięki czemuś zyskać lub stracić. Punktem wyjścia dla obliczeń dotyczących komfortu obsługi był status materialny naszego inwestora. Założyliśmy, że nie jest krezusem, ale zarabia ponadprzeciętnie. Równowartość przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłaty nagród z zysku z ubiegłego roku (5167,98 zł) dostaje do
ręki. W myśl zasady „czas to pieniądz” każda godzina urwania się z pracy lub spóźnienia może go więc kosztować 32,30 zł. Niezręcznie jest rozmawiać w pracy na tematy związane z obsługą rachunku. Premiowaliśmy więc obsługę telefoniczną poza godzinami 8-18. Każdą godzinę poza tymi widełkami wyceniliśmy na osiem godzin pracy naszego inwestora rocznie. Uwzględnialiśmy jednak wyłącznie kontakt z żywym człowiekiem. Wiadomo bowiem, że w systemach automatycznych wiele rzeczy jest nie do załatwienia.
Czas pracy konsultantów call center wywindował na drugie miejsce Alior Bank. Godzinami pracy telecentrum Alior wciąż się zdecydowanie wyróżnia na tle konkurencji. Widać jednak, że tnie koszty. Nie jest to już obsługa całodobowa jak jeszcze rok temu, kiedy jego ofertę oceniliśmy najwyżej.
Przy tej okazji warto podkreślić, że oceniamy właśnie ofertę, a nie faktyczne aspekty jej funkcjonowania wynikające z kompetencji pracowników, intuicyjności czy awaryjności systemów IT. Pod tym ostatnim względem Alior nie ma ostatnio dobrej passy, o czym zresztą pisaliśmy w „PB”. Uważamy jednak, że nie powinno to wpływać na ocenę w naszym rankingu, gdyż awaryjność Aliora w latach ubiegłych nie odbiegała od rynkowych standardów i zakładamy, że bank raczej prędzej niż później usunie problemy trapiące jego biuro maklerskie. Telecentrum Pekao nie pracuje tak długo jak Aliora, ale i tak jest jednym z zaledwie czterech, których godziny pracy wykraczają poza 8-18.
Tak jak Alior skrócił godziny obsługi telefonicznej, tak inne domy maklerskie już kilka lat temu zmniejszały liczbę placówek. Tymczasem tak jak w latach ubiegłych premiowaliśmy posiadanie oddziałów, i to własnych, a nie np. ogólnobankowych, w których z wiedzą pracowników na temat działalności biur maklerskich bywa różnie. Nie braliśmy jednak pod uwagę samej liczby placówek, ale lokalizację możliwie blisko potencjalnych klientów, a więc w największych miastach, a nie np. w Szepietowie (jeden z domów maklerskich ma tam oddział). Pomijając to, że w największych miastach mieszka najwięcej ludzi, to najłatwiej do nich dojechać z mniejszych miejscowości.
Za pewien standard uznaliśmy posiadanie placówki w każdym mieście liczącym ponad 150 tys. mieszkańców. Takich miast jest 23. Uznaliśmy jednak, że aglomeracja śląska jest jednym wielkim miastem i jej podział na gminy jest dość sztuczny. Założyliśmy więc, że wystarczy posiadać placówkę w jednym z pięciu miast liczących ponad 150 tys. mieszkańców, a wchodzących w skład aglomeracji: Katowicach, Sosnowcu, Gliwicach, Zabrzu lub Bytomiu. Podobnie potraktowaliśmy Gdańsk i Gdynię. W efekcie zostało nam 18 miast i aglomeracji. Za brak placówki w którymkolwiek z tych ośrodków dopisywaliśmy do kosztów prowadzenia rachunku równowartość dwóch godzin pracy naszego inwestora. To w zasadzie nie wystarczy, by pojechać gdzieś dalej i coś załatwić, ale sprawy, które najlepiej załatwić w placówce, są jednak stosunkowo rzadkie. Nie premiowaliśmy w żaden sposób posiadania więcej niż jednej placówki w danym mieście lub aglomeracji.
Pod względem sieci oddziałów wyspecjalizowanych w obsłudze maklerskiej najlepiej wypadło Pekao, nieznacznie wyprzedzając PKO Bank Polski i mBank, z usługą pod szyldem Domu Maklerskiego (a nie eMaklera). Właściwie tylko o tych trzech brokerach da się jeszcze powiedzieć, że mają ogólnopolską sieć własnych, wyspecjalizowanych placówek. Premiowaliśmy udostępnianie klientom mobilnych aplikacji do składania zaleceń. Różnorakie aplikacje na smartfony są bardzo popularne, są też bardziej poręczne niż mobilne serwisy WWW, dlatego brak takiego kanału dostępu do rachunku maklerskiego wyceniliśmy na równowartość ośmiu godzin w roku. I nie jest to wcale czynnik zupełnie nieistotny dla oceny oferty biur maklerskich. Mimo upływu dwóch dekad XXI w. kilku brokerów wciąż nie dorobiło się takiej aplikacji.
Choć przedmiotem naszego rankingu są rachunki prowadzone na zasadach ogólnych, to premiowaliśmy prowadzenie przez to samo biuro maklerskie rachunków z umową IKE i IKZE. Z danych KNF wynika, że zarówno przeciętna wartość wpłat na maklerskie IKE i IKZE, jak i zgromadzonych na nich aktywów jest wyraźnie wyższa od średniej dla ogółu instytucji finansowych. Dyskomfort inwestora związany z brakiem IKE lub IKZE w macierzystym domu maklerskim wyceniliśmy uznaniowo na 150 zł rocznie.
Taką samą stawkę przypisaliśmy brakowi dostępu do giełd zagranicznych. Każdego złotego wydanego przez naszego inwestora z tytułu opłat i prowizji oraz złotego „przeliczeniowego” wynikającego z oceny komfortu oferty traktowaliśmy jako punkt karny. Kto zebrał ich najmniej, ten wygrał. Na potrzeby samej prezentacji wyników uznaliśmy, że zwycięzca otrzymał 100 pkt, a wyniki pozostałych przeliczyliśmy w stosunku do wyniku lidera.
IPO uwzględnione i nie
Tak jak w latach ubiegłych założyliśmy, że nasz inwestor jest zainteresowany ofertami pierwotnymi. Jako że zazwyczaj nie biorą w nich udziału wszystkie domy maklerskie, a prowizje są niższe niż standardowe, do wyliczenia kosztów udziału w IPO chcieliśmy posłużyć się trzema największymi ofertami z zeszłego roku. W przypadku brokerów biorących w nich udział planowaliśmy posłużyć się rzeczywistymi kosztami zapisów. Pozostałym planowaliśmy przypisać koszty, jakie poniósłby ich klient, zapisując się na akcje u konkurenta o najniższej opłacie za transfer instrumentów do innej instytucji, niepobierającego jednocześnie opłaty za samo prowadzenie rachunku, doliczając wartość czterech godzin pracy naszego inwestora za każdą ofertę, z której nie mógł skorzystać w swoim macierzystym biurze. To ekwiwalent czasu, jaki musiałby poświęcić na otwieranie i zamykanie rachunku tylko po to, by wziąć udział w ofercie pierwotnej. Ponieważ jednak w przypadku rynku wtórnego zakładamy, że nasz inwestor jest zainteresowany spółkami względnie płynnymi, uznaliśmy, że oferty publiczne również powinny mieć pewną skalę. Tak jak dotychczas za poziom minimalny uznaliśmy 100 mln zł. Tyle że w 2019 r. żadnej takiej oferty nie było. Uznaliśmy więc, że choć ogólna zasada pozostaje składową naszego rankingu, to w tym roku w żaden sposób nie wpłynie na wynik. Podobnie było rok temu, kiedy do takiej sytuacji doszło po raz pierwszy.
Poza zestawieniem
Tak jak co roku w naszym rankingu uwzględniamy tylko domy maklerskie będące uczestnikami Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Z tego powodu nie kwalifikuje się X-Trade Brokers, który deklaruje, że poza kontraktami CFD pozwala na handel samymi akcjami. Nie dość, że nie jest uczestnikiem KDPW, to jego oferta dotyczy tylko około połowy akcji z rynku głównego GPW. Nie ma też Ipopemy Securities, która nie odpowiedziała na nasze pytanie dotyczące nieprecyzyjnego zapisu w tabeli opłat i prowizji. Nie uwzględniliśmy też usług prowadzonych na zasadach niedostępnych już dla nowych klientów, np. rachunków dawnego DB Securities obsługiwanych obecnie przez Santander Bank Polska. Z podobnego powodu wyeliminowaliśmy ofertę dawnego Centralnego Domu Maklerskiego Pekao (CDM), niemal bliźniaczo podobną do tegorocznego zwycięzcy. Formalnie wciąż istnieje możliwość otwarcia rachunku w dawnym CDM, ale już w lecie 2019 r. jego klienci zostali przeniesieni z odrębnej spółki do banku, w którym równolegle istniało biuro maklerskie posługujące się inną licencją. Założenie jest takie, że drobne odrębności oferty dawnego CDM znikną jesienią 2020 r. Nie było więc sensu traktować ich jako oddzielnej pozycji.