Piękno, dobro, prawda rękawic

Wiesław Żyznowski swoją nadreaktywność wykorzystuje nie tylko w biznesie.

Wiesław Żyznowski swoją nadreaktywność wykorzystuje nie tylko w biznesie. Jego naznaczony zdrowym konserwatyzmem Mercator pnie się w górę. Ale dla przedsiębiorcy liczą się nie tylko rękawice medyczne i zysk. Równie ważne są: Platon, łemkowska chyża, wieliccy Żydzi i tajska wieś.

Wiesław Żyznowski:
Wyświetl galerię [1/2]

Wiesław Żyznowski:

STAWIAM NA CIĄGŁOŚĆ, KONTYNUACJĘ.KONSERWATYZM OPIERA SIĘNA CIĄGŁOŚCI WŁAŚNIE,NA ULEPSZANIU, SUBLIMOWANIU WYPRACOWANEJ NAJLEPSZEJ FORMY.PRZY CZYM TA MYŚL CENI NOWEFORMY TAKIE JAK POJAZDY TESLA. Marek Wiśniewski

Tym samym chcę być nie tyle szczęśliwym — to wyświechtane słowo — co być w drodze. Odyseuszem, niepewnym, czy dotrze do celu. A po dotarciu, osiągnięciu królestwa, znów dywagującym.

O czym? Czy przypadkiem jego miejsce nie jest jednak na morzu...” — ta konstatacja zakończyła historię, w której Wiesław Żyznowski ledwie uchylił drzwi do większej opowieści o sobie. Wówczas, trzy lata temu, z pasją opowiadał na łamach „PB Weekendu” o wydawnictwie, jakie założył po to, by na kartach papieru dokumentować dzieje kilku małych ojczyzn. Jednocześnie nawiązaniem do Homera zostawił echo niedopowiedzenia. Po latach „PB Weekend” nadstawia ucha jeszcze uważniej.

Wiesław Żyznowski to wciąż prezes i główny akcjonariusz krakowskiej spółki Mercator Medical, która zrobiła przez ten czas niebywały skok — i trwa jej świetna passa. Spółka sprzedaje kolejne miliony rękawic medycznych na nowe rynki, finansuje kolejne etapy ekspansji. Prezes szybko odpisuje na maila z propozycją spotkania. Kilka dni później, podczas wywiadu, nie wypowie ani jednej cyfry z ksiąg Mercatora, nie wystawi rynkowej prognozy, nie dokona przeglądu firmowego wojska. Za to, posiłkując się obficie triadą platońską, wartościami skupionymi wokół dobra, piękna i prawdy, wyłoży swój przepis na doskonalącą się osobowość prezesa i uszlachetnienie zdrowej chciwości biznesmena.

DNA na ścieżkach

Nie będzie to akt samozwańczy — do czynienia mamy bowiem z doktorem filozofii, którego spółka wyceniana jest na giełdzie na ponad 200 mln zł. W zestawieniu z tak ogromną sumą dla Wiesława Żyznowskiego nie mniej cenne są jednak doświadczenia, przemyślenia i wnioski, do jakich doszedł na drodze rozwoju Mercatora. Ktoś powie, że nad czym tu debatować, skoro można produkować miliony zysku ad hoc, ze smykałką i intuicją. Ale przyznajmy, że przemyślany biznes smakuje lepiej.

— Z racji wieku i doświadczeń mam czelność uważać siebie za człowieka postępującego „myślnie” cały czas, zgadzającego się z tym, że także w biznesie zastosowanie ma łacińska maksyma „skrót to objazd” — twierdzi 52-letni przedsiębiorca. Polytropos — człowiek podążający wieloma ścieżkami, zanurzający się w licznych nurtach, nadpłodny, nadreaktywy — to zagadnienie nurtuje go od lat. Zarazem świetnie oddaje cechy małopolskiego przedsiębiorcy.

— Nadaktywność, wychodzenie poza swój krąg towarzyszy mi od dziecka. To zaszczepiam również w Mercatorze — mówi Wiesław Żyznowski, kontrolujący firmę za pomocą wehikułu nazwanego Anabaza. To oczywiście kolejny filozoficzny trop, nawiązanie do greckiego zwrotu anabasis („iść do góry”) i do tytułu starożytnego dzieła Ksenofonta, opisującego greckich żołnierzy o DNA żeglarzy, dokonujących heroicznych czynów, przekraczających samych siebie w głębi wrogiego im lądu.

— Istota mojej aktywności to m.in. kontynuowanie biznesu w celu wznoszenia się wyżej, wychodzenie coraz bardziej poza strefę komfortu rodzinnych stron. Mercator z firmy bardzo krakowskiej stał się organizacją inwestującą na drugiej półkuli, w fabryki w Tajlandii. Z biegiem czasu chcemy oswajać te nowe obszary i wypuszczać się na kolejne eskapady — wyjaśnia prezes. Dziś, bogatszy o kilkadziesiąt lat w biznesie, nadałby Mercatorowi inną nazwę niż łacińską, oznaczającą pośrednika, ale też mieszczanina i geografa. Wybrałby coś z ukochanej starogreki, której nauce poświęcił długie lata. Po krótkim namyśle odpada jednak philokerdes, odpowiednik „miłośnika zysku”. Prawdopodobnie stanęłoby zatem na Anabasis. Pewne jest, że obyłoby się bez modernistycznych językowych wygibasów.

Matura z idealizmu

— Jestem konserwatystą w tym rozumieniu, że — tu myślę, że może trochę tetryczeję — widząc na ulicach kolejne nowe modele samochodów z coraz wymyślniejszymi błotnikami i lampami, odczuwam irytację tym nawałem zbędnej, nic nie wnoszącej pustej „nowości”. Ja stawiam na ciągłość, kontynuację. Konserwatyzm opiera się na ciągłości właśnie, na ulepszaniu, sublimowaniu wypracowanej najlepszej formy. Przy czym ta myśl ceni nowe formy, takie jak pojazdy Tesla.

Jako konserwatystę drażni mnie, że mamy na półce kilkanaście rodzajów masła, ale nie mamy tego najlepszego, jakie robiły nasze babcie. Zatem stawiam na popychanie spraw do przodu, zgłębianie ich, a nie skakanie z kwiatka na kwiatek. To pewnie w jakiejś perspektywie ogranicza rozwój Mercatora, ale z drugiej strony tak jest po prostu ładniej, bardziej pożytecznie społecznie, no i pewnie nieco bardziej idealistycznie — uważa Wiesław Żyznowski, kierowca siedmioletniego BMW (niebawem nowe, stare zaczęło się psuć).

Mercator w imię tej zasady od dekad rośnie krok po kroku i budując kolejną fabrykę w Azji, ma chrapkę na rynki amerykański i tzw. starej UE. Teraz krakowski gracz to niecałe dwa procent światowego rynku rękawic medycznych.

— Oczywiście moje plany wybiegają krok czy dwa naprzód, ale bądźmy szczerzy: teraz to nie my wprowadzamy innowacje w naszej branży. Dumni będziemy wówczas, gdy będziemy mieli coś do powiedzenia w tej dziedzinie globalnie. Teraz, jako organizacja, jesteśmy niedługo przed symboliczną maturą, ale daleko przed osiągalnym doktoratem.

To po nim śmielej zabierzemy głos w światowej dyskusji. Z moim doświadczeniem jestem na takim etapie, że bardziej podoba mi się firma mniejsza, ale mająca szanse na dojście do doskonałości w swej dziedzinie, z potencjałem na stopień naukowy. Nie kusi mnie organizacja być może większa i będąca w kilku klasach, ale bez perspektywy doktoratu w żadnej z dziedzin, którymi się para — analizuje przedsiębiorca. Dowód? Spółki blisko powiązane niegdyś z Mercatorem, zajmujące się m.in. poligrafią i handlem papierem, są już poza giełdową grupą.

Sedno w pejzażu

Zaraz jednak Wiesław Żyznowski przyznaje, że rezygnuje z pewnych szans biznesowych i kompromisów w imię sztywnej idei. Kostiumów przecież ma kilka i gdy wkłada ten z etykietką „prezes”, to generalny cel ma jeden: osiągać jak najwyższe zyski. Tyle że wciąż pół żartem, pół serio powtarza pracownikom, by za zyskami gonić inteligentnie. I podkreśla, że samo robienie pieniędzy i ewentualne rozdawanie ich w mechaniczny sposób jest formą nie do zniesienia. Warto być przy tym inteligentnym. Stąd, jak sam się śmieje, jego niemal zajadłe zamiłowanie do tematów społecznych. Rękawice medyczne też mieszczą się w tej kategorii.

— Bez wątpienia rękawice tego typu są światu potrzebne. Są więc dobre, a potrafią być piękne i mieć w sobie ziarno prawdy. Miałbym problem z wytwarzaniem czegoś niepotrzebnego dla świata — twierdzi filozof.

Do rzeczy absolutnie potrzebnych zalicza także wydawnictwo noszące jego nazwisko i finansowane z jego prywatnych pieniędzy. Nakładem Wydawnictwa Żyznowski, przy znacznym udziale żony Urszuli, ukazało się kilka pokaźnych i świetnie wydanych tomów. To m.in. książki dokumentujące dawne życie Wieliczki, niegdyś pełnej żydowskiej kultury i kolorytu. To też monografia wsi Siercza, z którą od lat jest związana rodzina Żyznowskich, i publikacje o Olchowcu.

Ta łemkowska osada w Beskidzie Niskim od lat jest drugim domem rodziny przedsiębiorcy. Tam Żyznowscy kupili i wyremontowali leciwą łemkowską chyżę, tam wpisali się w pejzaż kolejnej małej ojczyzny.

Świat z nitrylu

Wydawnictwo to także emanacja pisarskich ciągot prezesa Mercatora. Zbywa to skromnym określeniem „grafomaństwo”, ale od publicznego debiutu ponad dekadę temu (opowiadanie „Bez transfuzji”, wyróżnione w ogólnopolskim konkursie z inicjatywy Jerzego Pilcha) na papierze i na blogu często daje upust swojej nadpłodności. Poezja przetyka się tam z reporterskimi relacjami z Tajlandii lub Beskidu. Mieszankę uzupełniają filozoficzne wywody spisywane gdzieś na krańcach świata. Część tekstów ukazuje się w niszowej lub lokalnej prasie. W niedawnym wpisie o odwiedzinach w wiejskim chacie jednej z pracownic tajskiej fabryki Mercatora autor konstatuje, widząc „minimalistyczny dom” bez jakichkolwiek mebli: „Spędzanie czasu z innymi ludźmi bezpośrednio na podłodze nastraja wzajemnie czułością, delikatnością, skromnością, poczuciem równości tak fizycznej, jak i mentalnej; w takiej pozycji trudniej o wyniosłość czy arogancję, nie mówiąc o agresji. Mniejsza wygoda wyzwala u człowieka silniejsze czucie własnego ciała, a przez to samego życia.

Na podłodze od razu wychodzi z człowieka to, co pozostało w nim z dziecka, zresztą tam też często z dziećmi się bawimy, a jak w kimś nic z dziecka nie pozostało, to pewnie będzie się bronił przed spoczęciem na podłodze w towarzystwie innych.” Ponad połowę 2016 r. prezes filozof spędził właśnie w Tajlandii, pracując nad przygotowaniem procesu inwestycji w nową fabrykę, produkującą rękawice nie z lateksu naturalnego, lecz z nitrylu, powodującego mniej reakcji alergicznych. Sprzedaż produktów nitrylowych już przebija poziomy osiągalne dla lateksu. Zatem w Azji — swoim zwyczajem — Wiesław Żyznowski zadaniowo sprawdzał się w kostiumie prezesa i z lubością kolekcjonował okruchy dobra, prawdy i piękna.

Burczenie w brzuchu

„Człowiek zysku w filozofii i kulturze starożytnej Grecji” — brzmi tytuł pracy doktorskiej prezesa Mercatora. Napisał ją w dużej mierze po to, by zrozumieć siebie jak i innych ludzi biznesu. I tę wiedzę wykorzystać nie tylko dla wyższych zysków, ale też podzielenia się nią z innymi. Po krótkiej zachęcie Wiesław Żyznowski daje się namówić na wyciśnięcie esencji z jego 400-stronicowej rozprawy.

— Jak mawia Michał Bizoń, nauczyciel greki mój i mojego syna, starożytni Grecy wiedzieli o człowieku najwięcej, choć zachował się ledwie procent ich dzieł — podkreśla.

I wydziela dwa typy człowieka wedle Homera: to człowiek dzielny, skoncentrowany na swej chwale niczym Achilles, i człowiek wielowątkowy, interesujący się wszystkim — jego archetypem jest Odyseusz. A co na to Platon? Ten transponuje dwa główne wątki na trzy silniki napędzające wszystkich ludzi: o tych, którymi kieruje głowa, mawia per „miłośnicy mądrości” (philosophoi), są inni, napędzani przez ambicję, chęć zawojowania świata i odciśnięcia na nim swego piętna: to ludzie kierujący się sercem (philotimoi). — Do trzeciej kategorii zaliczam się ja — to ludzie kierujący się brzuchem, pożądliwościami, m.in. chciwością na pieniądze. Philokerdoi, miłośnicy zysku to rys dominujący wśród przedsiębiorców — twierdzi Wiesław Żyznowski.

Kończyć, jak trzeba

Świadomość dominacji ssania w żołądku dopinguje go do próby wyjścia poza siebie, poza strefę komfortu. A tej świadomości towarzyszy pewność, że z czasem przedsiębiorcza chciwość też będzie zmieniała swe oblicze. W zeszłym roku dyrektorem zarządzającym Mercatora został Leszek Michnowski, w poprzedniej pracy szef operacyjny w chemicznej Selenie. Można odnieść wrażenie, że Wiesław Żyznowski stopniowo przygotowuje firmę na to, że będzie z nią związany z poziomu nadzorcy i właściciela.

— Mamy świetny zespół fachowców. Na pewno kadencyjność na poziomie zarządu jest potrzebna, ludzie się wypalają, popełniają te same błędy. To jednak melodia przyszłości — uważa prezes.

Potem mimochodem przyznaje, że ambicji i ochoty na naukową habilitację nie porzucił, brakuje mu jednak czasu. A 16-letni syn Tomasz odgraża się, że rośnie między innymi po to, by w sztafecie pokoleń zapisać się jako ten, który z Mercatora uczyni światową, miliardową korporację. Teraz Mercator szykuje się do matury — zdawać ją będzie w Stanach Zjednoczonych, czyli największym rynku zbytu rękawic medycznych na świecie.

Oczywiście plany są dobre, konserwatywne. Bo „kto ciągle tworzy nowe, nigdy niczego nie zgłębi, więc niczego nie skończy tak, jak trzeba”. W drążeniu i ulepszaniu starego można poczuć nie tylko zyski, ale i długofalowe… szczęście?

— Tatarkiewicz pisze, że nie ma co gonić za szczęściem. Niech ono najwyżej będzie produktem ubocznym tego, co się robi. I gdyby słowo „szczęście” zastąpić satysfakcją, zaspokojeniem, takim produktem ubocznym — o, to tak. Tu się odnajduję w każdym z kostiumów — konkluduje Wiesław Żyznowski. &

Uśmiech skarbówki

— Już tak mam, lubię postrzegać wiele zjawisk inaczej, niż się je postrzega potocznie. Mam swoje spostrzeżenie: znajduję zalety w byciu traktowanym przedmiotowo. Z wierzchu jest to przecież niesympatyczne, gdy instytucja lub osoba traktuje nas zadaniowo, jako podawacza usługi na przykład, nie interesując się naszą sferą ludzką — zaczyna wywód Wiesław Żyznowski. A kończy go wyznaniem, że błogo uśmiecha się na słowa urzędnika skarbówki, mającego do niego pretensje o zbyt niskie daniny. Podobnie reaguje na składaną przez odbiorcę rękawic propozycję obniżenia ceny. Wtedy rozmówcy robią wielkie oczy: Jak to tak?

— Ależ to jest bardzo sympatyczny moment, bo takie postawienie sprawy jest szczere, prawdziwe. Dotykamy wówczas prawdy, jest moment absolutnej szczerości z obcym w sumie człowiekiem. To o tyle cenne, że nawet w relacjach z najbliższymi jesteśmy często nieszczerzy. No i tak sobie kolekcjonuję każdy moment prawdy, piękna, dobra. Rodzina już się przyzwyczaiła do mojego mędrkowania — śmieje się Wiesław Żyznowski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Piękno, dobro, prawda rękawic