Część z was doskonale pamięta czasy fascynacji plastikiem. Czasy, w których mleko w kartonie było lepsze od tego w butelce — bo było w kartonie, niemieckie ciasto w folii od babcinej baby drożdżowej — bo niemieckie, a wędlina paczkowana od tej z wędzarni — bo w plastiku. Taka ekscytacja życiem „zachodnim”.

No i co żeście narobili? Tak bardzo przeszkadzały wam niebadane kurczaki z bazaru pod halą Mirowską? Czy niekształtne pomidory? I kapusta w drewnianych beczkach? Poważnie? To wcinajcie to piękne, kształtne… GMO.
Zdrowa żywność
Też się zastanawiacie, patrząc na regały z napisem „zdrowa żywność”, nad tym, jakie jedzenie jest w regałach bez takiego napisu? Trujące czy co? Albo przynajmniej niezdrowe? Skoro tak, to dlaczego wolno ją sprzedawać, a śledzi z dębowych beczek to już nie? O co chodzi? No jasne, że o pieniądze. Ogromne. W przypadku tego tekstu chodzi o 11 mld dolarów.
Tyle pochłonęło zaprojektowanie nowego Volvo XC90 i wepchnięcie go na półkę ze „zdrową żywnością”. Volvo XC90 — to nowe jest przełomowe. Epokowe nawet. Głównie dla samego Volvo, ale dla rynku też. I nie chodzi wcale o to, że poprzednią od obecnej generacji dzieli aż 13 lat. Chodzi o to, że to samochód zupełnie wyjątkowy. Powiedziałbym nawet: rewolucyjny.
Otóż Szwedom (tak, Szwedom, nie Chińczykom) udało się połączyć w doskonały sposób modę z tradycją i wymagania prawne ze smakiem przeszłości. Coś jak paczkowana i przebadana milionem testów wędlina, ale pachnąca prawdziwym bukowym dymem, okraszona prawdziwym tłuszczykiem i na dodatek dla wegan. O, i nie tucząca jeszcze! Tak, tak to możliwe. Ale wymagało wydania wspomnianej sumy (i to zawdzięczamy Chińczykom) i ogromnego nakładu pracy. Auto powstało od zera. Od czystej kartki papieru. Cztery lata później zadebiutował nowy XC90. Oczywiście wpakowanie wielkiej sumy i ogromu pracy nie musi gwarantować sukcesu (patrz Euro 2012), ale może (patrz FIFA). Volvo jest gdzieś pomiędzy.
Porażenie porażką
Wbrew zasadzie, że się o nim nie dyskutuje, dziś wygląd jest ważny. Jeśli nie najważniejszy. I oszukiwanie jest ważne. Jeśli nie najważniejsze. Większość aut z segmentu premium można zamówić z pakietami, które powodują, że auta owe wyglądają na coś, czym nie są (pakiety sportowe). Wizu-
Droższy niż most.
Projektowanie i budowanie XC90 trwało cztery lata. W jego powstanie zainwestowano równowartość 40 mld zł, czyli dwa razy więcej niż w budowę mostu łączącego Szwecję z Danią.
alnie cyganią otoczenie. Ogromna większość poddała się już rygorom downsizingu, ale uparcie mataczy, że pod maskami skrywa wielocylindowego potwora. Mataczy z głośników oczywiście. Volvo XC90 też to potrafi. Ale do tego jest piękny. Obłędnie ładny. Nie tyle może się podobać, co podobać się musi. To bez dwóch zdań najpiękniejszy nowy SUV na rynku. Każdym. Ale należy też do zjawisk, które kompletnie nie są fotogeniczne. Na żywo porażenie, na zdjęciach porażka. Nieczęsto w samochodzie podoba mi się wszystko. Totalnie i kompletnie. Nie myślę o rozwiązaniach (o nich za chwilę), ale wyłącznie o wzornictwie. Tak eleganckiego SUV-a nie widziałem, odkąd żyję. Od kluczyka przez wlew paliwa po wentyle. Jest piękny. I basta. Reklamacji nie przyjmuję. Jak mogło mi się podobać BMW X5? Przy XC90 wygląda jak radziecka kulomiotka przy Mirandzie Kerr. Jeśli mi nie wierzysz, idź do salonu. Podotykaj XC90. Wejdź do środka. Serio, zdjęcia nie oddają obłędnego piękna tego auta. To jakby porównywać fotos Mirandy ze zjedzeniem z nią kolacji… ze śniadaniem.
Plastik plastikiem
Kiedy wreszcie wstałem z kolan, powalony blaskiem piękna linii nadwozia (żeby było jasne: XC90 jest piękne jak na SUV-a, wiadomo, że najpiękniejsze są nadwozia coupe), to znowu usiadłem. Tym razem w środku. Tu też jest przepięknie. Żadne opisy nie oddadzą tego, jak tu jest. Podobnie jak zdjęcia. Przedstawiciele marki zapewniają, że materiały to najwyższa półka. Wypada wierzyć, że skóra to skóra, drewno to drewno. I nawet mimo że plastik to pewnie plastik, wszystko wygląda naprawdę dobrze. A co najważniejsze, wespół z aparycją zewnętrza pazurami trzyma się czegoś, co nazywa się skandynawskim designem. Do tego szponami trzyma się przeszłości. Co to znaczy? Znaczy, że ma ducha Volvo.
Ten sam klimat. To samo odczucie za kierownicą i to samo poczucie bezpieczeństwa. Oczywiście to — wracając do porównań kulinarnych — nie jest wolny od GMO, pachnący i ciepły od słońca pomidor z krzaka. Ale motoryzacyjne GMO (liczne systemy bezpieczeństwa, elektronicznie nianie, ograniczone pojemności) są tu mało wyczuwalne, a co najważniejsze, nie zatraciły charakteru Volvo. To Szwed pełną gębą (maską?) i ani trochę nie trąci chińszczyzną. Trąci za to nowoczesnością. Aż za bardzo. Siadając za kierownicą, zrozumiałem, jak musiała się poczuć moja babcia, gdy w 1998 r. pokazałem jej swój pierwszy telefon komórkowy. Wszystko tu inaczej. Dosłownie i w przenośni.
Jeśli obsługa wszystkich innych samochodów jest taka jak obsługa komputerów PC, to Volvo XC90 to jest Mac. Z tej perspektywy rozumiem, co miał na myśli pan, który prowadził konferencję, gdy mówił: „Kiedy ktoś się przesiądzie do XC90, już nigdy nie będzie chciał zmieniać tego auta”. To jasne. Trzy lata studiów instrukcji obsługi poszłyby na marne. A zupełnie serio: cały ten system jest nie tyle skomplikowany, co zupełnie inny. Ale (graficznie) też przępiękny.
Nowy Jork pod Goeteborgiem
Nowe XC90 to zupełnie nowa płyta podłogowa, zawieszenie i rodzaje silników. Nowe są systemy bezpieczeństwa i nawet logo jest nowe. Astronomiczna kwota, jaką wydano na ten samochód, nawet w przypadku niepowodzenia (w co szczerze wątpię) nie pójdzie jednak na marne. Przez najbliższe cztery lata zaprojektowane do XC90 podzespoły trafią do aż siedmiu nowych modeli Volvo, m.in. S90. Powodzenie projektu jest niemal pewne. Wprowadzona jeszcze w ubiegłym roku do sprzedaży limitowana wersja First Edition (1927 sztuk — data powstania firmy Volvo) rozeszła się jak klapki w Lidlu. Ale… jest jedno ale. Volvo XC90 jest jak Nowy Jork. Albo się w nim zakochasz bez pamięci, albo bez pamięci znienawidzisz.
Jeździ jak BMW X5 (to komplement), trzyma klimat starej szkoły (to też komplement), ale jest do bólu nowoczesny (to obelga). Tak, jest farbowanym lisem. Tak, emituje dźwięk z głośników. I tak, pilnuje się jak nadgorliwy ratownik. Ale wytwarza taki klimat, że czuć ducha przeszłości. Owszem, jestem już stary (no, prawie jestem) i lubię szelest papieru, kiedy czytam książkę.
Lubię dźwięk starych aut. I wiem, że nowoczesne urządzenia doskonale imitują dźwięki i doznania. Że są doskonalsze i bezpieczniejsze. Ale jestem zapachowcem, dla którego taki e-book to już nie jest prawdziwe czytanie, że o audiobookach nie wspomnę. Volvo należy do tej samej grupy co e-booki. I to nie tyle moda, co konieczność. Ale kto mi zabroni tęsknić za szelestem i zapachem papieru za kierownicą takiego „oszusta”? &
© Ⓟ
