Czytasz dzięki

Pieniądze, których nikt nie chce

Emil Szweda, Obligacje.pl
opublikowano: 02-10-2020, 16:53

Obawy o zasobność kieszeni inwestorów instytucjonalnych okazały się bezzasadne. Ronson chciał uplasować papiery za 55 mln zł. Pozyskał 100 mln zł, a mógł 150 mln zł. Płynność wylewa się zewsząd.

Nie chodzi już o COVID, w każdym razie nie o to, czy emitenci obligacji zdołają poradzić sobie z jego długoterminowymi skutkami. Na podstawie raportów półrocznych można dojść do przekonania, że większość emitentów podeszła to tematu poważnie i przygotowała bilans na trudniejsze czasy. Lub inaczej – już wcześniej była przygotowana na to, że okres prosperity może się skończyć. Bardziej chodzi o to, że choć druga fala pandemii stała się faktem zanim pożegnaliśmy pierwszą, pieniędzy na rynku przybyło tak dużo, że coraz trudniej o pomysł na ich zagospodarowanie. Choć minister finansów podrzuciłby pewnie kilka tropów.

Lecz właśnie jemu (i poprzednikom) ten problem zawdzięczamy. O czym mowa? Podaż pieniądza M3 rośnie o dużych kilkanaście procent w skali roku od kilku miesięcy. Po raz ostatni takie tempo wzrostu obserwowaliśmy w latach 2006-07 i pamiętamy jakie były konsekwencje. Oczywiście, nie jest tak, że w Polsce trzasnęły szelki, a reszta świata zaciska pasa. Przeciwnie. W USA podaż pieniądza rośnie o 25 proc. co jest wydarzeniem bez precedensu (przed kryzysem sprzed ponad dekady było to nieco ponad 17 proc.).

Co narodzi się z takiej góry pieniędzy? Intuicja podpowiada, że bańka podobna do tej nieruchomościowej czy internetowej. Wystarczy spojrzeć, gdzie podążają kreowane pieniądze, by przekonać się, od którego miejsca powinniśmy trzymać się z daleka. Tak, jeden rynek i akcje kilku spółek rzucają się w oczy aż nazbyt wyraźnie, lecz oczywiste tropy bywają mylące. Dużo mniej oczywistym są rentowności obligacji skarbowych – tym niższe, im więcej długu emitują państwa. Cóż jednak począć, skoro posiadacze gotówki chcą ją gdzieś ulokować, a głosy o zadłużeniu zbyt wielkim by podnieść stopy, są powtarzane, lecz słyszane słabo.

Wróćmy do Polski, gdzie historycznie indywidualni inwestorzy cenili lokaty ponad inne formy oszczędzania czy inwestowania od denominacji (i opanowania inflacji) do połowy pierwszej dekady XXI wieku. Wysokie odsetki przewyższające inflację były wystarczającą zachętą. Po pęknięciu bańki kredytowej stan środków na rachunkach bieżących i lokatach wyrównał się i ten stan utrzymał się do czasu, w którym inflacja spadała. Od 2016 r. więcej pieniędzy trzymamy na rachunkach bieżących, bo lokaty przestały chronić przed inflacją. Zamiast 1 czy 2 proc. lepiej mieć pieniądze pod ręką czy choćby poduszką. W marcu tego roku pieniędzy na rachunkach bieżących mieliśmy już dwukrotnie więcej niż na lokatach, a w sierpniu – trzykrotnie. Lokaty dają średnio – policzył NBP – 0,14 proc. w skali roku. Łącznie z walutowymi środkami daje to prawie 1 bln złotych gotówki, której posiadacze chcieliby ją ulokować lepiej niż za 1,4 zł zysku (minus podatek) od każdego tysiąca. Gdyby nie fakt, że za stan WIG20 odpowiadają głównie firmy państwowe, zapewne i u nas indeksy giełdowe zaszłyby wysoko. Ale jest jak jest – do zainwestowania jest góra forsy, którą podgryza 3-proc. inflacja. Przez 10 lat w takich warunkach siła nabywcza tych pieniędzy spadnie o 27 proc., cierpliwość nie zostanie więc nagrodzona. Drogi i coraz mniej perspektywiczny w kontekście zmian demograficznych rynek mieszkaniowy przestaje być odpowiedzią dla wszystkich. Rozsądny pomysł może dać tylko rynek kapitałowy (bo kupowanie obligacji skarbowych jest zarabianiem na narkotykowym głodzie; przez jakiś czas jest łatwe, ale w pewnym momencie delikwent traci wiarygodność), którego częścią jest rynek obligacji. A emisja Ronsona jest wycinkiem tej części.
 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Emil Szweda, Obligacje.pl

Polecane