Pieniądze lubią ryk

Weronika A. Kosmala
opublikowano: 29-01-2017, 22:00

Nie lubią ciszy, wolą uderzenie i rozdarcie. Na rynku plakatów drożeją takie, które robią hałas. Trafiające w sedno, czasem aż do bólu.

Nuda potrafi być zabójcza, a dla kapitału szczególnie, jeśli zostanie ulokowany w mdłe plakaty. To, co bez wyrazu, okazuje się też bez inwestycyjnego potencjału — jak powielana bez umiaru twarz Audrey Hepburn, zwrócona do salonów fryzjerskich i pizzerii. O unikatowości i tak nie ma mowy, bo na tym rynku nie o to chodzi, ale szukać należy druków, które są jednocześnie rzadkie i bardzo rozpoznawalne. Poza względnie dobrym stanem zachowania przed inwestycją mamy więc dwa czynniki do analizy: podaż na rynku i pazur.

Cena 3 tys. zł za „Wozzeck” Jana Lenicy dowodzi, że w plakaty wciąż można inwestować od niskiego progu, ale na zysk trzeba poczekać.
Zobacz więcej

CO TERAZ:

Cena 3 tys. zł za „Wozzeck” Jana Lenicy dowodzi, że w plakaty wciąż można inwestować od niskiego progu, ale na zysk trzeba poczekać. Desa Unicum

Niskie progi

W katalogu z 26 stycznia łatwo dało się wyłowić przykłady dobrych, średnich i nieskończenie długoterminowych inwestycji — z Janem Lenicą na czele i szubienicą na zakończenie. Ceny, od których można było licytować w Desie Unicum, zaczynały się od 100 zł, a dochodziły do 3,5 tys. zł, co może nasuwać przypuszczenie, że albo coś było nie tak z dziełami, albo mogły być niedoszacowane.

Niskie ceny wywoławcze plakatów dowodzą jednak, że nawet te najlepiej rokujące mogą się wiązać z wydatkiem kilkuset lub kilku tysięcy złotych — dużo na ten temat można się nauczyć właśnie z pracy Jana Lenicy, krzyczącej i czerwonej jak żywe mięso. Plakat do opery „Wozzeck” Albana Berga opisywany bywa jako prawdziwa ikona lat 60., mimo że sam spektakl wycofano, prawdopodobnie z przyczyn politycznych, jeszcze przed premierą.

Autor dramatycznego obrazu nie miał wielu możliwości, żeby czerpać z nurtów zachodnich, a zdobył złoty medal na międzynarodowym biennale tej branży, dlatego cena końcowa na poziomie 3 tys. zł z pewnością nie jest wyrazem przesady. Pamiętając, że w portfelu nie zarobi plakat nijaki, zbyt dostępny i kiepsko zachowany, pozostają pytania o rzadkość i uszkodzenia. Wybierając spośród aktywów sprzed kilkudziesięciu lat, a w dodatku na najmniej trwałym podłożu z papieru, nie można mieć zbyt wysokich oczekiwań.

Lśniący, nienaruszony i niepożółkły plakat byłby prawdopodobnie falsyfikatem, dlatego jeśli ten konkretny egzemplarz oznaczony jest w katalogu jako „bardzo dobrze zachowany”, warto zwrócić na niego uwagę. Do wiedzy o rzadkości w obieguda się dochodzić samemu, ale prościej jest zwrócić się do ekspertów — potwierdziliby, że plakat Lenicy raczej nie należy do grupy niechcianych i zalegających w galeriach. Zalegają te, które o siebie nie walczą.

Plakaty strzelają

Na rynku plakat może się przebić na kilka sposobów, ale jeśli nie jest poświęcony żadnemu z kultowych filmów, musi się bronić ostrością języka, trafnością. Określenie, które może się przydać początkującemu inwestorowi, to tzw. polska szkoła plakatu — chociaż nie była nigdy formalną grupą, scalał ją przekaz pełny aluzji i czystej artystyczności, często zbyt głęboki jak na panujący socrealizm. Jan Lenica, Waldemar Świerzy czy poszukiwany też przez zagranicznych kolekcjonerów Roman Cieślewicz to jedne z najwyżej cenionych postaci, które przykuwały uwagę przechodnia plakatem filmowym, operowym, a nawet promującym cyrk.

Wnioskując jednak po cenach, istotne jest nie tyle samo nazwisko, co temat papierowego dzieła — do licytacji tych mniej lub bardziej ponurych można było przystąpić, mając do dyspozycji 100 zł. Od 200 zł szedł pod młotek „Nie niszcz sam siebie!” — z zarumienioną ofiarą, w której plecy wbija się butelka — a od połowy tej kwoty m.in. „Werdykt” ze smutną twarzą w pętli ze sznura i „Danton” z nieszkodliwą flagą na plakacie, ale gilotyną w domyśle.

Z punktu widzenia chcącego zarobić posępniejsze wątki lepiej zostawić na koniec, bo rynkiem wszystkich dzieł sztuki rządzi zasada, że to, co gorzej nastraja, znacznie trudniej się sprzedaje. Scena myśliwska z rozprutym zającem na pierwszym planie czy portret mniej urodziwej damy zwykle trochę dłużej czekają na nabywcę niż ułani na lśniących koniach i gładkie, regularne popiersia, najlepiej nagie. Pytanie więc, jak to się ma do wspomnianego pazura z rynku plakatu. Jak się okazuje, nie stoi w sprzeczności, bo przekaz plakacistów nie jest bezpośredni, tylko uderzający prostym symbolem.

Przykładowa praca Waldemara Świeżego, licytowana od 800 zł, może sporo rozjaśnić: „Ziemia obiecana” przedstawia postać w kapeluszu i białym szaliku, czyli w pełni spodziewaną. Całość jest jednak bardzo ciemna, a twarz jakby okopcona, czarna i w pewnym sensie odebrana temu, kto dał się zamroczyć. Spod szalika wypływa czerwona plama. Od razu się układa — Borowiecki w pałacu wyłożonym drewnem na połysk, za oknami dym, a w dymie pierwszy strzał.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika A. Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu