Pierwszy taki bohater

Adam Sofuł
opublikowano: 2008-05-09 00:00

Niewielu polskich sportowców stało się narodowymi bohaterami. Bo trzeba wiedzieć, gdzie zwyciężać i z kim.

Niewielu polskich sportowców stało się narodowymi bohaterami. Bo trzeba wiedzieć, gdzie zwyciężać i z kim.

Tego dnia Polska oszalała. Stanisław Królak (na zdjęciu u góry) jako pierwszy Polak został indywidualnym zwycięzcą Wyścigu Pokoju — wówczas jednej z najważniejszych amatorskich kolarskich imprez na świecie. Po nim zwyciężali — i to nieraz — Ryszard Szurkowski i Tadeusz Szozda.

Legendarna pompka

Radość panowała nie tylko z tego powodu, że Królak okazał się lepszy od innych kolarzy, ale również z tego, że rywale z bratnich krajów socjalistycznych (zwłaszcza jednego) — okazali się od niego gorsi. Entuzjazm można porównać z o trzy lata wcześniejszym sukcesem polskich bokserów na mistrzostwach Europy, gdzie pięściarze zdobyli pięć złotych medali (w trzech finałach gromiąc bokserów ZSRR), oraz słynnym meczem z 1957 r., w którym Gerard Cieślik dwoma bramkami przypieczętował zwycięstwo polskich piłkarzy nad drużyną ZSRR.

O zwycięstwie Królaka krążyły legendy — że w tunelach młócił pompką rowerową zaczepnych rywali zza Buga. Nie pomogły wielokrotne zaprzeczenia — ulica wiedziała swoje i bardzo jej się to podobało. Bardziej wtajemniczeni twierdzili, że, owszem, Królak potraktował pompką, ale nie kolarza radzieckiego, lecz Włocha.

Źródła tej legendy były bardzo prozaiczne. Na etapie do Karl-Marx-Stadt (dziś Chemnitz) długi czas przed peletonem uciekał Włoch Aurelio Cestari w błękitnej koszulce. Wówczas przebieg wyścigu nie był relacjonowany z helikopterów, komentatorzy radiowi na kilkanaście kilometrów przed metą minęli Cestariego i ruszyli na stadion relacjonować finisz. Kiedy wjechał kolarz w niebieskiej koszulce, wszyscy myśleli, że to właśnie Włoch, ale to był Królak (Polacy jechali wówczas w błękitnych koszulkach lidera drużynowego). I powstały podejrzenia — do stadionu prowadził Włoch, a z tunelu wyjechał Królak. A Włocha brak. Tak powstają legendy.

Niepotrzebny bohater

Stanisław Królak wielokrotnie zaprzeczał, że używał pompki wobec kolarzy ZSRR: „Nawet bym nie musiał, sama postura by wystarczyła”. Jednak niewykluczone, że ta właśnie legenda mu zaszkodziła. Odbierał tysiące gratulacji, był zapraszany na setki spotkań z kibicami. Nie odmawiał przejechania dla kibiców kilku okrążeń po stadionie za tysiąc złotych. Wyrok — dyskwalifikacja na trzy lata. Bohater narodowy nie mógł być zawodowcem.

Odwieszono go wprawdzie po roku, ale przerwa w treningach zrobiła swoje. Triumf z 1956 r. pozostał największym sportowym sukcesem kolarza. „Wmanewrowano mnie. Dołączyło się kilka zbiegów okoliczności i stałem się wrogiem publicznym. Spadłem z piedestału, no, ale sam się pchałem na afisz i tego było za wiele” — wspominał Królak.

Wyścig wojny

Jak większość imprez sportowych w krajach bloku wschodniego także Wyścig Pokoju miał służyć zacieśnianiu braterskich więzów w socjalistycznej wspólnocie. Czasem służył także innym celom — w 1986 r. prolog rozegrano w Kijowie, tuż po katastrofie w Czarnobylu. Kolarski peleton miał udowodnić, że nie ma zagrożenia. W praktyce z braterstwem bywało różnie. Iskrzyło zwłaszcza między NRD i Czechosłowacją oraz między Polską i ZSRR. „Myśmy się po prostu z urzędu nie lubili i chy- ba nietrudno to zrozumieć” — wspominał w jednym z wywiadów Królak. Zawierano dość egzotyczne na pozór sojusze. Polacy przeważnie współpracowali z Niemcami, Czesi trzymali z Rosjanami.

Jeden z późniejszych bohaterów tej imprezy Tadeusz Mytnik nazwał ją wyścigiem wojny. I, paradoksalnie, wraz z końcem zimnej wojny skończył się również Wyścig Pokoju. Próbowano go wprawdzie reaktywować, ale nie zdobył takiej rangi. Teraz pora na nowych mistrzów. Ale z kim musieliby wygrać, żeby zostać