Minister finansów chce przekonać premiera do wyższych wydatków w 2006 r. Rynek na razie nie reaguje.
Teresa Lubińska, zaprzysiężona w poniedziałek minister finansów, chce zwiększyć wydatki na edukację i wysokie technologie. W efekcie przyszłoroczny deficyt budżetowy zamiast 30 mld zł, o których od dawna mówi premier Kazimierz Marcinkiewicz, byłby zbliżony do tego, który zostawił rząd Marka Belki, i wyniósłby 31-32 mld zł.
— To jest moja osobista prośba, by deficyt był nieco wyższy — podkreślała Teresa Lubińska.
Tymczasem Jerzy Pruski, wiceprezes NBP, wezwał wczoraj rząd do ograniczania deficytu, co pozwoliłoby na spełnienie kryteriów związanych z przystąpieniem Polski do strefy euro.
— Mamy plan konwergencji, który jest autorstwa polskiego rządu i który zakłada stopniowe ograniczanie deficytu. I należy sobie życzyć, by ten plan był realizowany — mówi Jerzy Pruski.
Zdaniem Marcina Mroza, ekonomisty Societe-Generale, wypowiedź pani minister jest odzwierciedleniem rozdźwięku panującego wewnątrz rządu.
— Z jednej strony widzimy chęć do zwiększania wydatków, z drugiej — do utrzymywania polityki fiskalnej w ryzach. Widać, że w rządzie ścierają się różne koncepcje. Rynek potraktował jednak tę informację z dystansem i nie zareagował — komentuje Marcin Mróz.
Jego zdaniem, brak reakcji inwestorów wynika z niepewności co do uzyskania wotum zaufania dla całego rządu premiera Marcinkiewicza, jak też jego wcześniejszej zapowiedzi, zgodnie z którą konstruowanie budżetu odbywałoby się w kancelarii premiera, a nie w resorcie finansów, co ograniczyłoby decyzyjną rolę ministerstwa.