Piłka, biznes, UE, czarna rozpacz

Jarosław Sroka
opublikowano: 2002-06-17 00:00

Współczesna piłka jest jak współczesny biznes. Nie ma w niej miejsca dla amatorów, którzy na targi komputerowe przyjeżdżają handlować węglem. A drużyna Jerzego Engela taki właśnie numer wykręciła. Po meczu z Koreą boisko opuszczała bardzo zdziwiona, że mozolnie taszczony znad Wisły towar nie znalazł nabywcy, bo jednoznacznie przegrał z ofertą azjatycką — świeżą, młodzieńczą i chyba bardzo perspektywiczną. Z kolei lanie, które zafundowała nam Portugalia, dobitnie dowodzi, że na rynkach Unii Europejskiej także nie mamy czego szukać. Z tym węglem. No, i Amerykanie. Tym razem nasz produkt — nieco bardziej przetworzony — okazał się bardziej udany, ale co z tego, skoro do konkursu został zgłoszony już po sezonie.

Jak dobrze pójdzie, to za dwa lata Polska zostanie członkiem wspólnoty europejskiej. Konfrontacja z zachodnimi konkurentami, niezależnie od dyscyplin, może być dla nas równie bolesna, jak dla naszych nożnych kopaczy. Zamiast uparcie trenować, organizować mecze towarzyskie, pielęgnować co zdolniejszych trampkarzy, zamykamy się na naszym prowincjonalnym podwórku, by oddawać się ulubionemu zajęciu — grze na jedną bramkę. Zapominamy, że w ten sposób rodzime firmy nigdy nie staną się bardziej konkurencyjne, innowacyjne, nie zdobędą też umiejętności wychodzenia na pozycje strzeleckie przy międzynarodowych przetargach. Co gorsza — drużyna narodowa wciąż zdominowana jest przez nieustępliwych, starych kadrowiczów, którzy uparcie nie chcą grać w ligach zawodowych. Preferują kopanie pod kuratelą państwowego mecenasa, hojnego i niezbyt wymagającego. A co żwawsi, prywatni, są systematycznie faulowani.

Wnioski? Nie chce mi się — idę do szatni.