Przez kilka miesięcy stawiałem w Danych Dnia tezę, że po wyjściu gospodarki z recesji wzrost płac w gospodarce może być szybszy niż przed kryzysem. Rynek pracy się bowiem rozgrzewa. I wciąż widać, że teza ta znajduje potwierdzenie, płace istotnie rosną szybciej niż w latach 2017-19. Ale widać też pewien spadek temperatury na rynku pracy. Używając analogii pogodowej, przechodzimy z fali upałów do zwykłego lata. Pokazałem to na prawym panelu załączonego wykresu.
W lipcu przeciętne wynagrodzenie w przedsiębiorstwach niefinansowych zatrudniających co najmniej dziesięć osób wyniosło 5852 zł, czyli o 8,7 proc. więcej niż przed rokiem. Poziom wynagrodzenia po odsezonowaniu jest zgodny z przedkryzysowym trendem, czyli możemy powiedzieć, że jest ono tam, gdzie byłoby bez kryzysu. Widać to na lewym panelu załączonego wykresu.
Lepiej patrzeć jednak na zmiany miesięczne, ponieważ w nich nie widać efektów niskiej bazy sprzed roku. Jeszcze do maja płace rosły w średnim tempie ok. 0,8 proc. miesięcznie, co przekładałoby się na niemal 10-procentowy wzrost w ujęciu rocznym, gdyby trend został utrzymany. Teraz jednak średni wzrost wynosi 0,6 proc., co przekłada się na ok. 7-procentowy wzrost w ujęciu rocznym. To więcej niż dwa-trzy lata temu, ale nie jest już wzrost, który można by uznać za ryzykowny dla gospodarki. Jeżeli realna wydajność pracy rośnie w tempie 3-4 proc., to wzrost płac w tempie 7 proc. nie prowadzi do bardzo wysokiej presji inflacyjnej.

Dane o wynagrodzeniach są zatem pierwszym od dawna sygnałem, który może wspierać tezę, że w perspektywie kilku kwartałów dojdzie do spowolnienia inflacji. Relacja płac i wydajności jest bowiem kluczowym wskaźnikiem dla średniookresowych perspektyw inflacyjnych. Choć nie mówimy raczej o powrocie inflacji do celu banku centralnego w wysokości 2,5 proc., przy obecnym wzroście płac będzie ona wciąż wyższa, może nawet wyraźnie wyższa niż ten cel przez długi okres. Obecnie wynosi 5 proc., a w przyszłym roku może być zbliżona do 4 proc.
W środę poznaliśmy też dane o zatrudnieniu w przedsiębiorstwach. Wzrosło ono o 1,8 proc. rok do roku, ale były to dane słabsze od oczekiwań. W ciągu miesiąca zatrudnienie niemal nie uległo zmianie, mimo że gospodarka ewidentnie jest na etapie szybkiego wzrostu. Zatrudnienie jest wciąż o ok. 40 tys. etatów niższe niż pod koniec 2019 r. Wygląda na to, że przywracanie zatrudnienia w firmach do stanu normalności potrwa jeszcze wiele miesięcy. Jest to związane z przekształceniami strukturalnymi, które mają miejsce w gospodarce – pracownicy przemieszczają się między branżami, a zmiana kwalifikacji trwa długo. Wypływa z tego jeszcze jeden ważny wniosek. Jeżeli wzrost gospodarczy zaskakuje na plus, a zatrudnienie na minus, to znaczy, że wydajność pracy jest znacznie wyższa od oczekiwań. Podejrzewam, że etap reorganizacji pracy po wstrząsie z 2020 roku sprzyja podnoszeniu efektywności.
Przy czym trzeba pamiętać, że wszystkie dane miesięczne dotyczące płac i zatrudnienia obejmują tylko grupę ok. 6,5 mln osób pracujących w małych, średnich i dużych firmach poza sektorem finansowym. Nie ma tu sektora publicznego, banków, firm ubezpieczeniowych, mikroprzedsiębiorstw. Niestety duża część gospodarki jest w danych wysokiej częstotliwości niewidoczna. Dlatego analizowanie zmian makroekonomicznych z miesiąca na miesiąc przypomina trochę poruszanie się po omacku.