Po zielonej stronie życia

AGNIESZKA RODOWICZ
27-07-2017, 22:00

Co jeść przez tydzień w lesie, jak wyjść z przerębla, spać zimą w namiocie? Łukasz Tulej (z lewej) i Remigiusz Romaniuk uczą tego na warsztatach survivalu.

łŁukasz Tulej pochodzi z Wólki Węglowej, nieco wiejskiej części Warszawy przylegającej do Puszczy Kampinoskiej. Remigiusz Romaniuk jest z Bielan, więc do tego podstołecznego lasu też miał niedaleko. Tam się poznali.

Czym skorupka za młodu...

Dziadek Łukasza Tuleja zabierał całą dzieciarnię z okolicy na wycieczki do lasu. — Zimą paliliśmy ogniska, latem spaliśmy w szałasach. Wryło mi się to w pamięć — mówi Łukasz Tulej. Po szkole średniej zaczął studiować socjologię i informatykę, ale musiał szybko pójść do pracy. Trafił do korporacji. Zajmował się systemami telekomunikacyjnymi. I piął po szczeblach kariery. Dyrygował coraz większą liczbą ludzi, coraz więcej zarabiał.

— Tyle że z każdym projektem pędziliśmy. Wszystko było na czas, na deadline, na wczoraj. Kilku moich kolegów nie wytrzymało tego tempa — wspomina Łukasz Tulej. Zadał sobie pytanie, czy to, co robi, jest warte życia? I co takiego dobrego zrobił przez 10 lat pracy? Doszedł do wniosku, że wdrożył system usprawniający obieg informacji, przez co kilkadziesiąt tysięcy osób straciło pracę.

— Jestem idealistą, więc ciężko mi było z tym odkryciem — przyznaje Łukasz Tulej. Poszedł to lasu, by wszystko przemyśleć. Interesował się historią, więc doszedł do wniosku, że człowiek nie potrzebuje wiele, by przetrwać: miejsca do spania, jedzenia, bezpieczeństwa. Chodząc do lasu, uczył się, jak znaleźć wodę, rozpalić ognisko, zbudować schronienie. W 2011 r. odbył kurs instruktora rekreacji ruchowej, potem zdobył uprawnienia instruktora sztuki przetrwania. I zaczął organizować warsztaty survivalu. Remigiusza Romaniuka w dzieciństwie ojciec stale zabierał w plener. Spali w namiotach. Potem razem z bratem zaczął jeździć w góry. Skończył technikum elektroniczne, pracował w służbie cywilnej, jako konsultant telefoniczny, marketingowiec, handlowiec.

Za biurkiem. Weekendy spędzał w lesie. Gdy miał 20 lat, wpadł na pomysł organizowania dla dzieci obozów, na których mieszkały w namiotach i same gotowały. Razem z bratem i żoną urządzali te obozy przez dziewięć lat. W tym czasie także odbył kurs instruktora survivalu.

— W 2008 r. złamałem kostkę. Wspólnicy nie chcieli przejąć na jakiś czas odpowiedzialności za obozy, więc pomysł upadł — opowiada Remigiusz Romaniuk. Coraz częściej wybywał do lasu. I coraz ważniejsze było dla niego nie tyle chodzenie po szlakach, ile bycie w nim. Dobę, dwie, trzy. I radzenie sobie przy pomocy nożyka, kawałka plandeki, hamaka. W 2012 r. Łukasz Tulej zorganizował pierwszy KPN Trekking — wiosenną wycieczkę po Kampinoskim Parku Narodowym. Remigiusz Romaniuk wziął udział w tej imprezie.

— Miało być 20 km z małym hakiem. Stwierdziłem, że noga na tyle mi już wydobrzała, że dam radę. Przeszliśmy ponad 30 km. Przy -10 stopniach i 20 centymetrach śniegu! Taka wiosna była — wspomina. — Wyłapałem Remka z tłumu. Bo wiedział więcej niż inni i bezpiecznie się zachowywał, gdy na przykład szliśmy po zamarzniętym jeziorze — mówi Łukasz Tulej. Od słowa do słowa i zaczęli razem prowadzić zajęcia. Jako Zielona Strona.

ABC przetrwania

— W survivalu chodzi o to, żeby przetrwać w jak najlepszej kondycji psychicznej i fizycznej. Tego uczymy — wyjaśnia Łukasz Tulej. Podstawową wiedzę przekazują na zajęciach „ABC przetrwania”. Mogą w nich brać udział także rodzice z dziećmi. Wszyscy uczą się współpracy przy prostych obozowych zajęciach, na przykład rozpalaniu ognia, budowaniu schronienia, uzdatnianiu wody, nawigacji i orientacji w terenie, rozpoznawaniu roślin jadalnych i leczniczych. Warsztaty trwają cztery godziny i kosztują 123 zł.

Przekrój społeczeństwa.

Klientami Zielonej Strony są nauczyciele, urzędnicy, wojskowi, policjanci, pracownicy korporacji, fizyczni, lekarze, pielęgniarki... Kobiet jest około 20 proc., ale są lepiej przystosowane do przetrwania, zdeterminowane i zawzięte w działaniu.

— To tylko próbka tego, czym jest survival. Osoby zainteresowane konkretnymi sprawami mogą je zgłębiać na kolejnych warsztatach, np. dotyczących zielonej kuchni, spania w namiocie zimą, albo na zaawansowanym kursie survivalowym — wyjaśnia Remigiusz Romaniuk.

— Siłą człowieka jest przełamywanie słabości — mówi Łukasz Tulej. Lęk wysokości można na przykład oswoić, nocując w wiosce na drzewach. Zrobili ją w środku Puszczy Kampinoskiej we wsi Truskawka. Platformy ze stalowych ram i przeplecionych między nimi pasów (podobnych do tych w samochodach) zawisły na wysokości 1-4 metrów. Można też nocować w hamakach na różnych wysokościach. Kiedyś zostały przez alpinistów zainstalowane na 15 metrach Nocujący ludzie wchodzili na nie po drabinkach linowych, a zjeżdżali przy pomocy tzw. tyrolek.

— Dużo trudniejsze jest spanie na większej wysokości w hamaku — uważa Remigiusz Romaniuk. I dodaje, że na zamówienie mogą wioskę przewieźć w dowolne miejsce, gdzie są drzewa. Chętni mogą też zanocować w Bobrowej Chatce, bardzo urokliwym miejscu przy samej ścianie Puszczy Kampinoskiej. Jakiś czas temu Łukasz Tulej kupił tam kawałek ziemi.

— Ze społecznością Survival Warszawa zbudowaliśmy chatę, w której może spać kilkanaście osób. Ma centralne ognisko na wzór jurt mongolskich, ale cała jest z drewna. Od niedawna każdy może w niej zanocować. Jedyny warunek: dbanie o porządek — mówi. Nadal organizują co roku KPN Trekking. I zawsze mają więcej chętnych niż miejsc. — Nigdy nam się nie powtórzyła pogoda, warunki, poziom wody czy rozwijająca się zieleń. Idziemy niemal tą samą trasą i za każdym razem jest inaczej — twierdzą Łukasz Tulej i Remigiusz Romaniuk. Instruktorzy Zielonej Strony stawiają przede wszystkim na praktykę, zgodnie z powiedze-

niem Konfucjusza: „Powiedz mi, a zapomnę, pokaż mi, a zapamiętam, daj mi zrobić, a zrozumiem”. Uczestnicy odbywającego się co roku Winter Mazury Challenge (350 zł od osoby) przez trzy dni zmagają się z pogodą i trudnymi warunkami. Śpią w namiotach lub hamakach albo na ziemi przy ognisku.

— Nigdy nie było tyle śniegu, by zbudować igloo. Nocowaliśmy za to w jamach śnieżnych przykrytych płachtą — opowiada Remigiusz Romaniuk. Uczestnicy rajdu uczą się prowadzenia pojazdów 4x4 i… wskakują do przerębla.

— To ćwiczenie, które jest u nas uważane za ekstremalne, a w krajach północnych jest serwowane dzieciom — zauważa Łukasz Tulej.

— Bo dopóki człowiek nie znajdzie się w takiej sytuacji, dopóty nie jest w stanie sobie wyobrazić, co się z nim będzie działo — mówi Remigiusz Romaniuk. W kontrolowanych warunkach uczą, jak opanować stres i odpowiednio reagować.

— Zachęcam ludzi do skakania w przerębel także po to, by się przełamali, zrobili coś nieprzyjemnego. Bo w życiu też często musimy robić rzeczy, na które nie mamy ochoty. Chociażby rano wstać i pójść do pracy — dodaje Łukasz Tulej. Podczas zimowego rajdu są też zajęcia z ratownictwa, zgodnie z zasadą: „Gdy umiesz dbać o siebie, zadbaj o innych”.

— Uczymy reagowania w razie wypadku. Chodzi o podstawowe umiejętności: udrożnienie dróg oddechowych, transport poszkodowanego, zabezpieczenie miejsca wypadku. Nasze szkolenia są na tyle efektywne, że już kilkakrotnie ich absolwenci ratowali ludzi — twierdzi Łukasz Tulej. Zielona Strona urządza też tygodniowe pobyty w lesie. Uczestnicy żywią się tylko tym, co w nim znajdą.

— Mniszek lekarski, pokrzywa, koniczyna, gwiazdnica... Jest tego bardzo dużo. Najszczęśliwsi są oczywiście wegetarianie — żartuje Łukasz Tulej.

Choć zdarza się, że survivalowcy jedzą też smażone owady — podobno z dodatkiem soli i przypraw smakują jak czipsy.

— Przede wszystkim jednak uczymy, że przez tydzień można w ogóle nie jeść. Wystarczy pić, a organizm będzie czerpał z zapasów w ciele nawet przez miesiąc, dwa. Tyle że trzeba pić dużo więcej niż zwykle. Tydzień w lesie bez jedzenia nie jest wielkim wyczynem, a daje pojęcie, jak niewiele potrzeba do życia — dodaje Remigiusz Romaniuk.

Duży las do popisu

Początkowo na ich zajęcia przychodziło kilka osób. Teraz na niektórych mają grupy po 30, 40 uczestników. A pracują też przy wydarzeniach, w których bierze udział kilkaset osób. Nie lubią jednak takich imprez, bo tracą kontakt z uczestnikami. Trudno wtedy przekazać konkretną wiedzę. Raczej robią dobre „show”. A to nie jest ich założenie. Ale czasami ze względów finansowych takie imprezy obsługują.

— Survival to życiowa filozofia. Bo przetrwać musimy na co dzień. Szkolenia mogą w tym pomóc — mówi Łukasz Tulej. A Remigiusz Romaniuk dodaje, że survival to też uczenie zaradności.

— Dzieci nie są dzisiaj ani trochę samodzielne. Był na obozie chłopak, który w wieku 14 lat pierwszy raz w życiu smarował chleb masłem. Są 8-10-letnie dzieciaki, którym rodzice wiążą buty. Skakanie przez rzekę, budowanie schronienia, krzesanie ognia rozwija u dzieci — i u dorosłych — podstawowe umiejętności, takie jak trzymanie jedną ręką przedmiotu i wykonywanie drugą innej czynności. Już coś takiego jest dla nich wyzwaniem, bo na co dzień stukają w telefony i przesuwają palcem po tablecie — mówi Remigiusz Romaniuk. Łukasz Tulej uzupełnia, że survival obejmuje szeroką wiedzę: od fizyki po psychologię.

— Dlatego współpracujemy z różnymi specjalistami: kierowcami offroadowymi, psychologami, ratownikami — mówi.

Klientami Zielonej Strony są nauczyciele, urzędnicy, wojskowi, policjanci, pracownicy korporacji, fizyczni, lekarze, pielęgniarki... Cały przekrój społeczeństwa. Kobiet jest około 20 proc.

— Są lepiej przystosowane do przetrwania, zdeterminowane i zawzięte w działaniu. Dużo lepiej radzą sobie z trudnymi warunkami i stresem — przyznaje Łukasz Tulej.

— Większość osób trafia do nas z polecenia, część przez portale społecznościowe, stronę WWW, z prowadzonych przez nas imprez — informuje Remigiusz Romaniuk. Coraz częściej organizują zajęcia dla klientów instytucjonalnych, np. domów kultury. — Gdy na początku zajęć pytam dzieci, czy były kiedyś z rodzicami na biwaku, już tylko 30 proc. odpowiada, że tak. Mówi się dużo o ochronie przyrody, a nic o niej nie wiemy. Ludzie wpadają w paranoję, gdy zobaczą kleszcza. A on na zagnieżdżenie potrzebuje kilku godzin. Wystarczy go więc spokojnie zdjąć i nie będzie żadnej infekcji. Społeczeństwo jest przez media raczej zastraszane, niż informowane. Staramy się zapełnić tę lukę w wiedzy — opowiada Łukasz Tulej. Dotychczas każdy z nich zainwestował w firmę jakieś 20 tys. zł i kawał życia — w ziemię, budowę wioski, strony WWW, promocję, sprzęt…

— Choć z założenia chcemy mieć sprzętu jak najmniej, by pokazywać, że można sobie poradzić, mając jeden nóż za 20 zł. Ale mamy też po 20 lat doświadczenia w lesie. Trudno to wycenić — mówi Remigiusz Romaniuk.

— Planujemy stworzyć w Polsce szkołę przetrwania z prawdziwego zdarzenia — zapowiada Łukasz Tulej. — Chcielibyśmy, by była zarówno miejscem rekreacji, jak i rozwoju osobistego — dodaje Remigiusz Romaniuk. Są na początku drogi, ale mają już bardzo solidną bazę: sprzęt, wiedzę, zaplecze, lokalizację i wizję. I coraz więcej klientów. A polski rynek survivalowy w porównaniu z Europą Zachodnią jest młody. Mają więc duże pole (i las) do popisu. 

Przełamywanie słabości.Na kursie survivalowym można się nauczyć m.in. orientacji w terenie i przygotowywania posiłków z leśnych roślin. Oswoić lęk wysokości pomogą noclegi na platformach lub w hamakach zawieszonych na drzewach. Zimą uczestnicy są zachęcani m.in. do... wskoczenia do przerębla. Dzięki temu w kontrolowanych warunkach uczą się, jak opanować stres.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: AGNIESZKA RODOWICZ

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Po zielonej stronie życia