Pójdźże prezesie, ja cię uczyć każę

Kama Veymont
17-06-2005, 00:00

Wyznacznikiem sukcesu finansowego w PRL był polonez, wczasy nad Morzem Czarnym i zakupy w Peweksie. Dziś nie tyle liczy się stan konta, co ekskluzywne opakowanie.

Koleżanka z podstawówki, córka prywaciarza spod Warszawy, zrobiła furorę, przynosząc kiedyś na prywatkę coca-colę w puszkach. Ludzi z tzw. pieniędzmi rozpoznawało się na ulicy po strojach odróżniających się jakoś od wszechogarniającej szarzyzny. Ale o ówczesnych biznesmenach, zwykle hodujących pieczarki lub goździki, mówiło się pogardliwie — badylarze. Stanowili mniejszość, ukrywającą się przed zawistnym okiem społeczeństwa (i władzy) w zaciszu swoich szklarni.

Po zmianie systemu biznesmeni wyszli z podziemia, ale przede wszystkim doszło do głosu nowe pokolenie, dla którego pieniądze przestały być czymś wstydliwym. Jednak te pierwsze „kapitalistyczne” pieniądze zarabiane były często w gorączkowym pośpiechu, na oślep, bez solidnej edukacji czy jakiegokolwiek bądź przygotowania. Wystarczała smykałka do biznesu, obrotność i pomysł. Ta faza skończyła się szybko, ustępując miejsca epoce marketingu, public relations i MBA.

I właśnie wtedy, kiedy zwykły samochód został zastąpiony bardzo dobrym samochodem, a mieszkanie w bloku — domem za miastem, okazało się, że to jednak nie wszystko. Wizerunek człowieka sukcesu stał się o wiele bardziej skomplikowany niż wyciąg z konta... I nie da się go zbudować jedynie za pomocą najnowszego modelu mercedesa.

Niektórzy biznesmeni nadrabiają więc zaległości po godzinach: uczą się języków, biorą lekcje międzynarodowej etykiety, korepetycje u stylistów, uczą się nowych sportów (na topie jest golf), studiują wina, i — bywa — urządzają domowe biblioteki, mające dać wyobrażenie o ich zainteresowaniach i potencjale intelektualnym.

W ten sposób wokół biznesu „zasadniczego” powstają rozmaite firmy ten biznes obsługujące. Zdaniem specjalistów to dopiero jest w „dzisiejszych czasach” pomysł na… dobry biznes.

Szpinak na zębach

Interaktywny wykład Ireny Kamińskiej-Radomskiej z etykiety biznesu w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. L. Koźmińskiego zaczyna się od quizu. Słuchacze muszą rozstrzygnąć, czy należy podnieść widelec, który upadł nam w restauracji podczas biznesowego lunchu, czy powiedzieć przełożonemu, że do zęba przykleił mu się szpinak, czy można położyć małą torebkę na stole konferencyjnym, a także, kto pierwszy wychodzi z windy i ile centymetrów mankietu może wystawać z rękawa garnituru... Zwycięzca, który udzielił najwięcej poprawnych odpowiedzi, dostaje w nagrodę… cukierka, o którym wiadomo, że ma tylko dwie kalorie.

Etykieta pochodzi od francuskiego „etiquette” (kawałek papieru) i odwołuje się do tradycji z czasów Ludwika XIV, kiedy „etykietami” oznaczano te miejsca w ogrodach królewskich, których nie wolno było deptać. W metaforycznym sensie to znaczenie przetrwało do dziś, bo o cóż innego w etykiecie chodzi, jak właśnie o „niedeptanie” wrażliwej struktury psychicznej innego człowieka?

Międzynarodowego języka kurtuazji Irena Radomska uczyła się w Waszyngtonie, pod okiem tamtejszych sław w dziedzinie public relations, m.in. Jonathana Mollera i Dorothei Johnson. Uzyskana w USA licencja trenera etykiety biznesu umożliwiła jej po powrocie założenie w Polsce szkoły: Protocol School of Poland.

— Znajomość etykiety ma państwu w biznesie pomóc, a nie przeszkodzić! — mówi Irena Radomska, podczas gdy wzrok uczestników szkolenia przyciąga duży plastikowy kontener na kółkach, który odgrywa istotną rolę we wszystkich jej wykładach. Jest niczym magiczna torba pana Kleksa, z której w razie potrzeby można wyciągnąć wszystko.

Tym razem właścicielka kontenera wyjmuje z niego… kompletną zastawę stołową do siedmiodaniowego obiadu.

— Po naszych szkoleniach biznesmeni nie boją się już ani homara w restauracji, ani „niskokontekstowego” niemieckiego stylu negocjacji, ani „białej muszki” na zaproszeniu od ambasadora — zapewnia Radomska, podczas gdy uczestnicy zajęć zapoznają się z intrygującą liczbą sztućców, wobec których banalny podział na nóż, łyżkę i widelec jest niczym wierzchołek góry lodowej...

— Moim ulubionym rekwizytem jest jednak krawat, nie zajmuje tyle miejsca, a o ilu ważnych rzeczach decyduje! — śmieje się Radomska.

Krawat to jedna z nielicznych możliwości zaakcentowania indywidualności w ogólnie rygorystycznym stroju biznesmena. Uczestnicy zajęć z etykiety dowiadują się, że wprawdzie powinien być jedwabny, z wełnianym wypełnieniem pod podszewką i uszyty ręcznie, ale już wzór (kwiaty i papugi to górna granica wyszukania), kolor (byle nie za jaskrawy), długość i rodzaj węzła pozostawiają pewne pole do manewru. Trzeba też pamiętać, że nie należy zakładać tego samego krawata dwa dni z rzędu. Po dniu noszenia wymaga „odpoczynku” w szafie, w przeciwnym razie zemści się wrażeniem, że się w nim spędziło także noc…

— Zawsze staram się być jak najlepiej przygotowana do zajęć. Największe wrażenie na słuchaczach zrobiłam wtedy, gdy okazało się, że mam przy sobie… zapasową żarówkę do rzutnika! — śmieje się Irena Radomska.

Czwartkowe obiady

Jedną z głównych form działalności Protocol School of Poland są prywatne seminaria dla menedżerów z dużych korporacji. Wśród stałych klientów Irena Radomska ma Polską Telefonię Cyfrową, Pol-komtel, Avis, ING Bank Śląski.

M.in. dla nich Protocol School of Poland (przy współpracy Centrum Wina) organizuje „obiady czwartkowe” w hotelu Sheraton. To autentyczne obiady, podczas których biznesmeni sprawdzali teorię w praktyce, a także rozstrzygali na bieżąco: co zrobić z ością, co z pestką, a co z odciskiem szminki na krawędzi kieliszka. Na zakończenie otrzymywali płytę DVD z nagranym podczas sesji materiałem filmowym.

Kamera oddaje nieocenione przysługi. Bezlitośnie odsłania potknięcia w etykiecie, pozwalając uczestnikom na chłodno, przy pomocy oka z zewnątrz, przeanalizować swoje słabe punkty — mówi Radomska.

Szkolenia dla członków korporacji są z reguły zamknięte i chronione tajemnicą, ponieważ konieczność uczenia się etykiety — oczywista na pewnym szczeblu biznesowej kariery — jest jednocześnie powszechnie utożsamiana z wstydliwym brakiem ogłady.

Efektowna biblioteka

— Obawa przed opinią otoczenia, wstyd przed ujawnieniem własnej niewiedzy to moi naturalni przeciwnicy w rozwoju biznesu — mówi Beata Pankau, właścicielka niedawno założonej firmy o nazwie Pro Libro.

Jej działalność pozostaje anonimowa i raczej nie może liczyć na referencje, z których zdobyciem nie miałby najmniejszych kłopotów dobry, przekazywany sobie z rąk do rąk hydraulik. Posiadaczka dwóch humanistycznych fakultetów założyła bowiem firmę, której celem jest tworzenie intelektualnego wizerunku biznesmenów, poprzez — między innymi — budowanie od podstaw ich domowych bibliotek.

„Nawet jeśli nigdy dotąd nie miałeś czasu na lekturę, stworzymy ci bibliotekę, która odpowiada twojemu intelektualnemu temperamentowi” — czytamy w katalogu Pro Libro.

Pytana, do kogo właściwie kierowana jest oferta firmy, Beata Pankau mówi:

— Do wszystkich, którzy chcą, by ich gabinet lub domowa biblioteka stały się miejscem żywym, godnie reprezentującym właściciela i świadczącym o jego szerokich zainteresowaniach. Chodzi o księgozbiór z prawdziwego zdarzenia, a nie o cztery metry książek kupione na wyprzedaży w supermarkecie...

Pierwsze spotkanie z klientem to rozmowa służąca poznaniu jego upodobań i potrzeb.

Klient, nazwijmy go A, może być człowiekiem zasadniczo nie czytającym niczego poza poranną prasą, ale jednocześnie mającym ambicje posiadania księgozbioru komplementarnego z jego rozbudowaną kolekcją miniaturowych motocykli (zadanie: kupujemy światowe wydawnictwa i albumy motoryzacyjne, dodatkowo prenumerujemy jedno z fachowych pism dotyczących tej tematyki).

Klient B najczęściej czyta książki w pociągu i zwykle zostawia je w roztargnieniu w przedziale po zakończeniu podróży (być może należałoby mu zaproponować stworzenie kolekcji współczesnej beletrystyki, wydanej w twardych okładkach).

Klient C czyta okazjonalnie i — jak sam twierdzi, z braku czasu —pobieżnie, ale w swoim gabinecie chciałby dodać sobie powagi dramatami Szekspira (proponujemy „Dzieła wszystkie”, w skórzanej oprawie, w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego).

Ekskluzywność oferty polega na „szyciu na miarę”. Zdaniem Beaty Pankau nie istnieją gorsze i lepsze gatunki książek: nie ma sensu tworzyć komuś zbioru najwybitniejszych poetów angielskich, jeśli tak naprawdę relaksuje się przy czytaniu kryminałów. Powieść kryminalna może być również ozdobą i głównym działem domowej biblioteki, pod warunkiem że zawiera reprezentatywne pozycje gatunku i wystarczającą pulę uznanych w świecie nazwisk.

Jest jeszcze jeden, bardzo rzadki typ klienta: nazwijmy go D.

— D to prawdziwy rarytas: nie tylko dużo i chętnie czyta, ale ma do tego szerokie, przekrojowe zainteresowania. Pod typem D ukrywa się na ogół kobieta — relacjonuje Pankau.

— Niestety, nie mam czasu na samodzielne uporządkowanie mojego księgozbioru, który powstawał przez 25 lat i liczy 5000 książek — potwierdza Magda Aleksandrowicz, jedyna klientka Pro Libro, która zgodziła się na ujawnienie swojego nazwiska.

Na co dzień Aleksandrowicz zajmuje się doradztwem podatkowym i księgowością.

— Wiem, że gdybym spróbowała sama się tym zająć, usiadłabym na podłodze i zaczęła czytać. A jest jeszcze kot, dwa psy, córka zdająca maturę — nie dałabym rady. Po rozwodzie z mężem z kolekcji ubyły atlasy geograficzne, ekonomia, socjologia, ale za to pojawiły się np. książki o nurkowaniu. Marzę o tym, by to uporządkować, skatalogować, co niepotrzebne — wyrzucić, a dokupić to, o czym nawet nie wiem, że się pojawiło na rynku. Potrzebuję więc specjalisty — wyjaśnia Magda Aleksandrowicz.

— Raz stworzonej biblioteki trzeba doglądać jak ogrodu. Bez pielęgnacji pojawiają się w niej chwasty, które niszczą wewnę- trzny porządek i wprowadzają chaos. Dla znawcy jest on równie widoczny, jak przerośnięty mleczami trawnik — mówi Beata Pankau.

Pro Libro zajmuje się więc także nadzorem nad powierzonymi jej księgozbiorami, trzymaniem ręki na pulsie w zakresie nowości i sprowadzaniem z zagranicy niedostępnych w Polsce pozycji.

Trzymając się botanicznych porównań, warto również pamiętać, że wśród książek trafiają się prawdziwe orchidee: Owidiusz wydany na papirusie, Poświatowska na papierze czerpanym czy Pawlikowska-Jasnorzewska w oprawie z jedwabiu. To oferta dla klientów typu E, których bardziej od treści książek interesuje ich strona wizualna, a niekiedy także spora wartość materialna.

— Polscy biznesmeni, coś w rodzaju naszej klasy średniej, mają z reguły pochodzenie nieinteligenckie. Rzutuje to na ich życiowe wybory i zainteresowania. Niemniej starają się oni stworzyć obraz grupy mającej wspólny kod zachowań i aspiracji. Jeśli jednak pytamy o jakość wewnętrzną pewnych zachowań, to czy aranżacja domowej biblioteki pójdzie w parze z czytaniem? Mam wątpliwości — mówi prof. Paweł Śpiewak, socjolog.

Można na to spojrzeć z innej jeszcze strony: zewnętrzny szpan z czasem może zaprocentować „uwewnętrznieniem” pewnych wartości. 80 proc. ludzi w Polsce docenia wartość wiedzy i edukacji. Kupno książek daje się więc potraktować jako inwestycja już niekoniecznie we własny rozwój, ale np. w dzieci.

Wejście do Unii wymusiło u nas pewne pozytywne zmiany zachowań, pojawiły się subtelniejsze kryteria różnicowania statusu społecznego, takie jak obycie, znajomość języków obcych itp. Biznes powstały wokół obsługi tych problemów ma więc szansę się roz- wijać.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kama Veymont

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Pójdźże prezesie, ja cię uczyć każę