Nic dziwnego, że zielony kolor życiodajnych oaz jest barwą muzułmańskiego raju. W Jordanii 80 proc. powierzchni zajmuje pustynia, w Syrii — stanowi 1/3 kraju.
W osadzie Rum w Jordanii jak wszędzie: sklepy, domy... Wielbłądy wystawiają szyje z niskich zagród w kierunku, gdzie kończy się asfalt. Tam jest ich wybieg...
Jak wygląda pustynia, uważana za jedną z najpiękniejszych na świecie? Wielkie skaliste wzniesienia, bezmiar czerwonego piasku. Poza tym nic... Może dlatego odczuwamy swoją zbędność w tym krajobrazie.
Do najdalszych atrakcji: beduińskich rzeźb w skałach oraz napisów i inskrypcji pozostawionych przez plemiona Tamudów i Kufów, trzeba dojechać jeepem z napędem na cztery koła. To pustynny rajd: trudny teren, zawrotna prędkość, mistrzowski styl jazdy. Gdy tylko na sekundę staje samochód, piekielnie pali słońce.
Szukamy schronienia w licznych formacjach skalnych — niszach, wnękach lub pod mostami i łukami, które dają cień. To sposób na przetrwanie pięćdziesięciostopniowego upału. Z bezchmurnego nieba leje się żar, pod nogami ziemia od dawna niezwilżona kroplą deszczu.
Suszę da się tu nawet usłyszeć — w chrapliwych dźwiękach, wydawanych przez miejscowych ludzi. Mowa brzmi tak, jakby głos wydobywał z siebie ktoś duszony (klimat powoduje silniejsze ściśnięcie mięśni z tyłu krtani). Trudne dla ucha są słowa — czyste, twarde, dosadnie dźwięczne. Jak w słowie alhambra (czerwony) — z charakterystycznym gardłowym „h” i warczącym „r”.
Co można robić na pustyni? Czekać. Nasz opiekun Adi radzi obejrzeć zachód słońca. To najpiękniejsze przedstawienie, jakie do tej pory widziałam. Światło ślizga się po skałach, przybierając w okamgnieniu coraz to inne barwy. Pozostawieni bez zajęcia myślimy, jemy, śpimy, myślimy... Adi kocha pustynię za to, że daje mu wolność. Mówi, że tylko w tym miejscu obojętnieją inne smaki życia, oddalają się pokusy cielesne, znika chęć posiadania. A gorący wiatr wpycha słowa z powrotem do gardła.
Z Beduinami — koczownikami, którzy, hodując wielbłądy, przemierzają pustynie i półpustynie w poszukiwaniu jedzenia — łączy nas potrzeba ruchu, bycia w drodze. Docieramy do Wadi Musa, osady w dolinie kiedyś zamieszkanej tylko przez nich, obecnie zabetonowanej hotelami, restauracjami i sklepami centrum turystycznego. Wokół królują góry — potężne skalne płaskowyże, pocięte głębokimi, czasem i na kilkaset metrów, kanionami.
Nabatejczycy jeszcze w czasach przedrzymskich (III wiek p.n.e.) wykuli w tych skałach olbrzymie, piękne miasto. Od koloru kruszcu zaczęto je nazywać różowym. Petra, mimo licznych trzęsień ziemi, przetrwała w bardzo dobrym stanie. Swoistą bramę do miasta stanowi szeroka na kilka metrów, a głęboka na ponad 200 m skalna gardziel. Siq, tak nazwano ten korytarz, wije się przez 1,5 km. Kończy się nagle, wychodząc wprost na fasadę wykutego w skalnej ścianie Skarbca (tu kręcono III część Indiany Jonesa — „Ostatnią krucjatę”). Widok imponujący: 30 metrów wysokości... W jaki sposób ludzie zdołali zrobić coś tak precyzyjnego i wielkiego? Większość interesujących obiektów: świątynie, grobowce, magazyny, stajnie, znajduje się na okolicznych szczytach i trzeba się do nich wspiąć. Polecam pięciogodzinną wycieczkę na górę Harun, z grobem Aarona. Widok ze szczytu naprawdę robi duże wrażenie.
Kiedyś we wszystkich kierunkach świata podążały tędy kupieckie karawany. Teraz można łatwo zabłądzić lub utknąć w ślepym zaułku. Nie ma znakowanych szlaków, schroniska są czystą fantazją, a dokładne mapy ma chyba tylko wojsko. Przejścia znają oczywiście także Beduini. Niebezpiecznie robi się w tej okolicy w porze deszczowej — gigantyczne uskoki i rozpadliny to koryta „niewidzialnych” rzek, pędzą tędy wielkie masy wody. Jeśli zaskoczą, nie ma ratunku. Ruszają i znikają nagle.
Na skutek zalania deszczem ognia i siarki znikły z powierzchni zajmowanej dziś przez Morze Martwe biblijne miasta Sodoma i Gomora. Tak naprawdę to jezioro, a nie morze — największa depresja świata — 400 m p.p.m. To miejsce omijają nawet ptaki. Króluje martwa cisza. Słone wody wytruły każdą formę życia, siedlą się tu jedynie bakterie. Księżycową urodę przybrzeżnych kamieni podkreśla granatowa, gęsta, oleista maź na powierzchni wody (zasolenie 26 proc.).
Stoimy w tej zupie, a właściwie „korkujemy” — nie sposób utonąć, pływać — też nie. To niezbyt przyjemne. Uwaga na oczy! I skórę! Nie koniec ostrzeżeń: to strefa silnie patrolowana przez wojsko — podejrzewano nas o próbę przedostania się nielegalnie na tratwie do Izraela!
Zupełnie legalna podróż z Jordanii do Syrii trwale zapada nam w pamięć. Głośny film wideo skutecznie uniemożliwia sen, a gęsty dym papierosowy (nie ma zakazu palenia w transporcie publicznym), mieszający się z cytrynowym olejkiem rozpylanym na wszystkich pasażerów „dla orzeźwienia” co godzinę — dopełnia swego.
W 100 proc. zgadzam się z panującym tu twierdzeniem, że szczęśliwe dotarcie do celu to coś, z czego zawsze należy okazywać radość. Tym bardziej że z autobusu można wysiąść na zupełnie innym przystanku, niż się planowało. Dla Syryjczyka bowiem goszczenie obcokrajowca jest zaszczytem. Łatwo stać się zakładnikiem takiej gościnności. Wypada odpowiedzieć na zaproszenie, to przecież także okazja do bliższego poznania ludzi.
Zjawiamy się w Qala’at al-Mudiq. Wybiegają dzieci, czekają na cukierki. Prowadzą krętymi uliczkami na sam szczyt miasta twierdzy, chcą pokazać panoramę. Wieje historią: widok na Apameę — miasto założone przez jednego z dowódców Aleksandra Wielkiego. Uznano by ją za cud architektury, gdyby nie obecność Palmyry — pustynnego miasta z różowego piaskowca, które przyćmiewa ją swoim blaskiem (koniecznie trzeba je zobaczyć będąc w Syrii).
Oglądanie zdjęć gospodarzy, pozowanie do naszych, wymiana adresów, telewizja — taki sam rytuał gościny jak w każdym innym kraju. Kolacja wygląda imponująco. Placki, sałatka, sosy, mięso. Chlebem pita — w postaci płaskich bochenków wielkości dużego talerza — nabieramy sosy i kawałki mięsa. Nie trzeba sztućców. W oblepionej niemiłosiernie szklance podają szaj. W wersji zachodniej — w torebkach — bez względu na markę nazywa się lipton, po arabsku: szaj lipton. Herbatę pijemy w małych szklankach, ale w dużych ilościach. Co chwila napełniają się filiżanki. Mam już dość — zakrywam naczynie ręką.
Gospodarz nocuje z nami na dachu.
— Żebyście się czuli bezpieczniej, przecież to dla was nowe miejsce — wyjaśnia. Patrzę w niebo. Dziś żółty półksiężyc — znak islamu jest zielony.
Domy modlitw naśladują zwyczajne domy mieszkalne, w jakich spotykali się pierwsi wierni. Podobno pierwowzorem meczetu był dom samego Mahometa. Dziś haram — sala modlitw — podzielony jest na kilka naw — najszersza to tzw. centralna, wiodąca do sklepionej niszy w ścianie zwanej mihrabem, która pokazuje położenie Mekki. To w tym kierunku muzułmanie muszą zwracać się podczas modłów. Nazwa islam pochodzi od arabskiego słowa „poddanie”. Przed wejściem do Meczetu Umajjadów w Damaszku trzeba zdjąć obuwie — chodzimy boso po posadzkach.
Świątynia daje schronienie namiętnościom, a ponoć turban chroni myśli przed rozproszeniem. Nieskromnie odziany turysta otrzymuje szatę do okrycia ciała...
Na dziedzińcu słychać modlitewne zawodzenia — to muezzin nawołuje wiernych do modlitwy. Grupki małych dzieci uczą się Koranu, dorośli drzemią.
U wyznawców islamu panuje przekonanie, że prawdziwą cenę zna tylko Bóg — ludzie mogą się do niej jedynie zbliżyć — przez szacunek dla targu. Sam Mahomet był kupcem, zanim doznał objawienia i dotarł do Jerozolimy. Bazarowy handel zyskuje wymiar niemal religijny.
— Kup ten szal.
— Nie mam już pieniędzy.
— A po co ci pieniądze? Masz rzeczy, niepotrzebne ci pieniądze.
To próbka i początek długich rozmów o kupnie.
Narasta harmider, na każdym kroku potworny hałas. Tu dźwiękiem się wabi — im głośniej, tym lepiej. Nawoływania, stukot, uderzenia — przedziwna muzyka, ale nie do wytrzymania na dłuższą metę.
Bazar to przygoda sama w sobie. Spacer wąską ulicą wonności świata, obok beczek bazylii, goździków, worków przypraw, to atrakcja turystyczna. Obcokrajowiec wyjdzie stąd syty. Wszystko można dotknąć powąchać, spróbować. Zanurzamy ręce w orzechach, przyprawach — przesypują się przez ręce, jak piasek.
Sprzedawcy wychodzą zza straganów w swych powłóczystych galabijjach przydeptywanych trampkami. Uśmiechają się, jakby było to ich dodatkowe zajęcie.
— Salam ‘alajkum („Pokój z tobą”).
— Wa ‘alajkum as-salam („I z tobą także”).
