Dawno, dawno temu… Ingvar Kamprad zaczynał od handlu piórami i długopisami. Finisz: dziś bajeczna fortuna plasuje go w pierwszej trójce najbogatszych ludzi na świecie.
S
— Skoro mówisz na początku, że nie możesz dać więcej niż 50 koron, kiedy żądam 55, to nie wolno ci przystawać na 52 korony bez uprzedniej próby zbicia ceny do 50 koron i 50 öre. Jeżeli chcesz zajmować się interesami, musisz się nauczyć, że w biznesie dziesięć öre może decydować o wszystkim. Nie wyrośnie z ciebie biznesmen — przepowiadał młodemu Ingvarowi Gunnar Jansson, zegarmistrz i biznesmen z Alcesty, z którym młody adept kupiectwa próbował robić interesy.
— Daję słowo, że nigdy o tym nie zapomnę — odpowiedział układnie młodzieniec.
67 lat później bilans jego działalności potwierdza, że zapamiętał lekcję z młodości. 237 sklepów w 34 krajach, 1300 dostawców, 36 fabryk produkcyjnych, 104 tys. zatrudnionych. Nieźle, jak na skromnego, pracowitego 17-latka z najbiedniejszej szwedzkiej prowincji Smalandia. I w dodatku źle rokującego.
Najlepszy klient
Handel miał we krwi. Matka Ingvara Kamprada pochodziła kupieckiej rodziny z Älmhult. Tato, Carl Bernard Nilsson, prowadził największy w okolicy sklep z wyrobami metalowymi i artykułami gospodarstwa wiejskiego. Taki staroświecki skład przesiąknięty wonią śledzi, toffi i skóry — z dużym zapleczem (gdzie karmiono konie) i szerokim asortymentem: od narzędzi, poprzez mydło, po dynamit.
„Pewnego dnia w latach 60. (…) kupiłem całą nieruchomość wraz z terenem. Na miejscu dawnych pomieszczeń sklepowych stoi dziś motel” wspomina w biografii Ingvar Kamprad.
Pierwszą klientką Ingvara była babcia Franziska, czyli Fanny (matka ojca). Kupowała od pięciolatka wszystko, co jej zaoferował. Kiedy zmarła, w jej rzeczach znaleziono pudło długopisów, mnóstwo zapałek i podobnych przedmiotów, które nabyła u przedsiębiorczego wnuka.
Powszechnie
Jesienią 1943 roku 17-letni Ingvar Kamprad wybierał się do szkoły handlowej w Göteborgu. Ale najpierw postanowił założyć własną firmę. Jako nieletni musiał wpierw uzyskać zgodę opiekuna. Rowerem pojechał do wuja Ernsta do Agunnaryd.
— Dość trudno było mu zrozumieć, że zamierzam rozkręcić własny interes. Oderwał się jednak od bronowania pola i wróciliśmy razem do domu —mówi Ingvar Kamprad.
W końcu wuj podpisał dokument. I tak — w aromacie kawy, w kuchni — narodziła się firma handlowa Ikéa Agunnaryd. I od Ingvara, K od Kamprada, E od Elmtaryd — miejscowości, gdzie była farma babci — oraz A od Agunnaryd, miejscowości, gdzie powstała firma. Początkowo przedsiębiorstwo zajmowało się sprzedażą wysyłkową.
Podczas studiów uwagę Kamprada — za sprawą prof. Ivara Sunborna — przykuła dystrybucja. Zastanawiał się, jak w najprostszy i najtańszy sposób dostarczyć klientom towar. Wówczas również został handlowcem (wieczne pióra) w firmie eksportowo-importowej. Import bez pośrednika umożliwił mu maksymalne obniżenie ceny wyrobów.
Meble na plan
Handlował: piórami, nasionami, kartkami świątecznymi, portfelami, ramkami do obrazków, kalendarzykami, zegarkami, biżuterią, pończochami. W 1948 r. po raz pierwszy zamieścił reklamę mebli — w lokalnej gazecie polecał fotelik leczniczy i stolik do kawy. I nazwał swe produkty. Jako dyslektyk miał trudności z zapamiętywaniem nazw i symboli. I tak nadawanie meblom nazw związanych z geografią stało się cechą charakterystyczną Ikéi. Zaczął wydawać folder i wysyłał go dotychczasowym klientom. Proste: zamawiali towar na formularzach, a współpracujące fabryki realizowały zamówienia.
Matka i ojciec nie nadążali z pakowaniem. Po dwóch latach dla Ikéi (pisanej wówczas małymi literami) pracowało już osiem osób.
W 1956 r. jeden z pracowników z braku miejsca w samochodzie odkręcił nogi od stołu i zapakował je pod blatem, formując poręczną paczkę. Tak ponoć narodziła się idea mebli-zestawów, łatwych do samodzielnego złożenia. Rewelacyjny pomysł i główne źródło sukcesów Ikéi.
Te przyszły szybko. W latach 50. i 60. w Szwecji zlikwidowano około 150 tys. farm. W 30 lat o trzy czwarte zmalało zatrudnienie w rolnictwie, a wokół miast wyrosły nowe dzielnice. Przez 20 lat po wojnie oddano do użytku milion nowych mieszkań. Trzeba je było wyposażyć.
W 1958 r. powstał pierwszy sklep w rodzinnym Älmhult w Smalandii. Tanie meble dla każdego! W 1961 r. następny sklep Ikéa otworzyła na przedmieściach Sztokholmu.
12 lat później Kamprad wyszedł z założenia, że jeśli jego pomysł sprawdzi się w bogatej i konserwatywnej Szwajcarii, to sprawdzi się wszędzie. Bo wszędzie są ludzie z niewielkimi sumami w kieszeni, pragnący mieszkać wygodnie i ładnie. Miał rację.
Nasse, czyli naziści
Historia Kamprada wyglądałaby na idealne business story, gdyby nie ujawniona w 1994 r. przeszłość założyciela Ikéi. W latach 40. i 50. był on związany z profaszystowskim Ruchem Młodo- szwedzkim. W dużej mierze była to konsekwencja niemieckiego pochodzenia rodziny Kampradów, którzy dwa pokolenia wcześniej wyemigrowali z Niemiec. Familia ta była spokrewniona z Paulem von Hindenburgiem, prezydentem Rzeszy. A ukochana babcia Ingvara uchodziła za gorącą zwolenniczkę wizji Hitlera: wielkich Niemiec. Na jej farmę trafiało mnóstwo materiałów propagandowych. W okolicy o rodzinie, a zwłaszcza o ojcu Ingmara, mówiono „nasse” —czyli naziści.
W 1994 r. Kamprad przyznał publicznie, iż jest to jedna z tych rzeczy w życiu, których się wstydzi. W geście pojednania wspomógł finansowo organizacje żydowskie.
Farmer kontra biznesmen
Jakimi zasadami kierował się Kamprad w drodze do sukcesu? Przede wszystkim: niezależnością. Ikéa ma ponad 200 sklepów na świecie. Jeden kosztuje od 150 do 200 mln euro. Amortyzacja wynosi 4 proc. rocznie i wpisuje się ją do bilansu jako rosnącą sukcesywnie, ukrytą rezerwę. Firma mogłaby skapitalizować majątek trwały, choćby przez wejście na giełdę. Ale Ingvar Kamprad jest temu przeciwny.
— W tym przypadku nie przyjdzie do mnie za 10 lat administrator i nie powie, że podwyższa czynsz o 20 proc. Pokora jest prawem. Dbanie o to, co już mamy, jest tak samo ważne, jak rozpoczynanie czegoś nowego — niejednokrotnie argumentował założyciel Ikéi.
I tak cechy farmera współgrają u niego z przymiotami biznesmena. Farmer jest przeświadczony, że bez posiadania gruntu, który uprawia, stoi na straconej pozycji. A kupiec zdaje sobie sprawę, że dopóki ma pieniądze w kieszeni, dopóty nie przejdzie mu koło nosa żadna okazja do złotego interesu.
Jest też skrzętny.
— Trzeba zaoszczędzić każdą koronę, jaką można zaoszczędzić — mawiał mimo bajecznej fortuny.
Twardy biznesmen? Niebywale łatwo wzruszyć go do łez. Ponoć wystarczy hymn państwowy lub rozmowa o synach.
Na dziesięciolecia
Kiedy urodził się pierworodny z trzech synów, Peter, Ingvar Kamprad miał 38 lat i jedno nieudane małżeństwo, z którego pochodziła adoptowana córka. Margaretha Kamprad, druga żona, wychowywała dzieci. On budował imperium. Postawił przed sobą jeden cel: uchronić potomków przed wojną o spadek i podarować im takie przygotowanie, by mogli firmę przejąć. I skonstruował genialny system. By zapewnić firmie „żywot wieczny”, stworzył w 1986 r. w Holandii fundację, której przekazał 100 proc. udziałów. Rodzina nie korzysta więc z firmowych dochodów: mają w całości być obracane na rozwój. Fundacja jest też gwarantem, że zasady i koncepcja koncernu pozostaną niezmienne. Ingvar Kamprad nadal jest głównym doradcą fundacji.
Jej stworzenie absolutnie nie zamknęło jednak synom Kamprada drogi do dziedziczenia. Ingvar Kamprad pragnie, by mieli swój udział w zarządzaniu. Młodzi Kampradowie przywykli do gości z za granicy, ubijania interesów przy starym stole w rybackiej chacie w Möckeln. Peter, Jonas i Mathias próbowali też sił na najrozmaitszych stanowiskach w firmie, by poznać ją od podszewki. Pracowali na Dalekim Wschodzie, w Polsce, także w Kanadzie. Peter zajmuje kierownicze stanowisko, Jonas jest projektantem mebli dla „rodzinnej” marki, Mathias — najmłodszy — zajmuje się asortymentem.
Rodzina należy do grona miliarderów i mieszka w Szwajcarii. Nie prowadzi wystawnego życia, nie ma ściągających uwagę tabloidów wymyślnych zachcianek. Ingvar Kamprad — mimo 81 lat — nadal doradza fundacji i ma duży wpływ na decyzje w firmie. A co się stanie, jeżeli go zabraknie? Synowie mają jasną odpowiedź: jest precyzyjny plan na najbliższe 100 lat — opisano w nim dokładnie, co kto ma robić; Ingvara zastąpią co najmniej trzy osoby — my lub nasi reprezentanci.
To się nazywa strategia!
