Polacy nie chcą mieć gilotyny na karku

Adrian Chimiak
opublikowano: 14-12-2006, 00:00

Postawili na drewniane okna i drzwi, bo drewno jest lepszym izolatorem. Dziś podbijają Europę.

— W 1992 r. wykupiliśmy niedokończoną stolarnię od plajtującej spółdzielni rolniczej i od razu zaczęliśmy z wysokiego C. Nowoczesne obrabiarki, prasy i pozostałe urządzenia zamówiliśmy w specjalistycznej firmie zagranicznej wyposażającej fabryki — opowiada Waldemar Hoiński, pełnomocnik właściciela firmy.

Choć na początku lat 90. Polskę ogarnęła moda na okna z PCW, firma zdecydowała się na produkcję okien z drewna.

— Czy pan woli, żeby otaczały pana plastiki czy natura? Tak naprawdę, to drewno jest lepszym izolatorem. Lubię dotykać ciepłe drewno, tylko żeby zachowało swoje właściwości, trzeba je raz na pół roku konserwować specjalnym płynem — przypomina Waldemar Hoiński.

Drewniane okna i drzwi z zakładu w Kobylej Górze podbiły portfele Niemców.

— Właściciel firmy, Krzysztof Chodorowski, nawiązał kontakty z partnerami niemieckimi. Nawet szefem produkcji był przez pierwsze lata Niemiec. Ale nie to zdecydowało — wspomina Waldemar Hoiński.

O powodzeniu przesądził stosunek ceny do jakości. Rynek zachodnich sąsiadów należy do najbardziej wymagających, a jednak firma, która w Niemczech wybudowała ponad 30 tys. budynków, zdecydowała się na montaż okien z Wielkopolski.

Mahoń dla Polaków

Dawniej głównym materiałem była sosna, dziś ponad połowę wyrabia się z mahoniu. Jest niewiele droższy, lecz to właśnie drewno Polacy upodobali sobie szczególnie.

— Przyzwyczajenia trudno się zmienia. Na przykład angloamerykańskie rozwiązanie otwierania okna do góry ciągle u nas nie ma szans się przebić. Sprzedaliśmy tylko jedno — pewnemu warszawiakowi. I to tylko dlatego że jego syn mieszka w Anglii i chciał spróbować, jak można żyć z taką gilotyną nad głową — rozkłada ręce pan Waldemar.

Wszystkie okna oraz drzwi zewnętrzne i wewnętrzne powstają na zamówienie. Stolcho nie ma własnych sklepów, klienci indywidualni przyjeżdżają do Kobylej Góry lub Kępna, gdzie mieści się biuro firmy.

— Większe partie wozimy własnym transportem. Współpracujemy też z firmami montażowymi instalującymi nasze wyroby. Za granicą działają nasi przedstawiciele, tak jest np. w Wielkiej Brytanii czy w Monako — mówi Waldemar Hoiński.

Wraz z drzwiami i oknami Stolcho sprzedaje ogrody zimowe, okiennice, parapety, zestaw akcesoriów, oferuje też wypełnienia instalowane wokół okien. Rodzaj szyb (z Murowa na Opolszczyźnie) zależy tylko od zamówienia: od zwykłych, przez termoizolacyjne, ornamentowe do antywłamaniowych.

Gilotyna dla Anglików

Na niewielkiej wystawie przy mieszczącym się w Kępnie biurze firmy obok wyrobów Stolcho są też stare XIX-wieczne okna. Gdyby je pomalować i wstawić szyby, kto wie, może dałoby się zamontować?

— Bardzo często konserwatorzy zabytków nie zezwalają na montaż okien plastikowych, muszą pasować do starego budynku. W Wielkiej Brytanii mają bzika na tym punkcie — śmieje się pan Waldemar.

W starej Anglii nowe okno musi być dokładnie takie, jakie było dotąd, a wiekowych budynków na wyspach nie brakuje. Od dwóch lat coraz więcej Brytyjczyków wymienia swoje otwierające się do góry „gilotyny”, na te z Kobylej Góry.

— To było dla nas prawdziwe wyzwanie, zupełnie inny sposób otwierania okien. Prowadnice, zabezpieczenia, rozmiary w calach i to wszystko co najmniej równie dobre jak miejscowe. Za to po niższej cenie. Dużo biorą — mówi Hoiński.

Tak dużo, że można było zatrudnić kolejnych pracowników. Z początkowej dwudziestki zrobiło się czterdzieści, a roczna produkcja sięgnęła pięciu tysięcy sztuk.

Pomógł internet. Odkąd Stolcho uruchomiło swoją stronę WWW, zainteresowanie jej wyrobami stale rośnie.

— Sami nas znaleźli. Szukali odpowiedniego partnera z Polski, a nasze wyroby wyraźnie przypadły im do gustu. Zresztą Irlandczykom, Francuzom i Szwajcarom także — chwali się Waldemar Hoiński.

Podwójnie bezpieczne

Stolcho to jedno z niewielu przedsiębiorstw, które nie ma problemów z niesolidnymi odbiorcami i dłużnikami.

— Z prostej przyczyny — pobieramy zaliczki lub zadatki. Najczęściej 30 procent. Gdy już ktoś poniesie takie koszty, zawsze decyduje się na odbiór. Większe zagraniczne transakcje dodatkowo ubezpieczamy — zastrzega Hoiński.

Firma potrafi dbać o swój wizerunek. Oprócz dyplomów i statuetki Gazeli Biznesu, na firmowej eskpozycji są też nagrody, jakie inspekcja pracy przyznała pracodawcy za dbałość o bezpieczeństwo pracowników.

— Jesteśmy obecni na targach branżowych, reklamujemy się w prasie. Produkcja rośnie, ale nie planujemy rozbudowy hali produkcyjnej. Chcielibyśmy otworzyć własny tartak, pozwoliłoby to jeszcze obniżyć koszty, przy okazji, dając zajęcie kolejnym kilku osobom — zapowiada Waldemar Hoiński.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Chimiak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu