Aprecjacja realnego kursu walutowego Polski jest spektakularna w ostatnich latach. A jeszcze ciekawsze jest to, że odbywa się bez istotnego pogorszenia równowagi makroekonomicznej Polski, czyli bez raptownego załamania salda handlu zagranicznego. Choć w systemie ekonomicznym widać, jak sądzę, objawy rosnącego bólu tej aprecjacji, co oznacza, że pewne modele biznesowe przestaną w Polsce działać.
Aprecjacja realnego kursu oznacza w istocie zmianę kursu złotego skorygowaną o różnicę w dynamice cen między Polską a partnerami handlowymi. Najbardziej w oczy rzuca się ostatnio różnica w dynamice ceny pracy – czyli wynagrodzenia.
Zgodnie z najnowszymi danymi Eurostatu przeciętne godzinowe wynagrodzenie w Polsce w pierwszym kwartale wzrosło o 11,2 proc., w porównaniu ze średnią unijną na poziomie 4,2 proc. A przeliczając polskie wynagrodzenie na euro wzrost wyniósł 14,2 proc. Taki jest wzrost płac widziany oczami eksporterów oraz inwestorów zagranicznych, ponieważ muszą przeliczać polskie ceny na te międzynarodowe.
Żeby zrozumieć skalę ruchu płac przeliczonych na euro w ostatnich latach, warto spojrzeć na okres 15 lat. W dekadzie 2010-2020 średnie wynagrodzenie godzinowe wzrosło w Polsce o 33 proc, a w pięcioleciu 2020-2025 o 80 proc.
Jest to częściowo efekt wysokiej inflacji, ale ona nie tłumaczy całości tej zmiany. Relacja płacy w Polsce do Niemiec w dekadzie 2010-2020 wzrosła z 29 do 30 proc., a w kolejnym pięcioleciu z 30 do 45 proc.
W ostatnim roku Polska wyprzedziła pod względem przeciętnego wynagrodzenia Czechy, co jest o tyle interesujące, że w historii praktycznie zawsze byliśmy od Czechów średnio trochę mniej zamożni. Oprócz Czech wyprzedziliśmy pod tym względem również Słowację, Łotwę oraz Estonię. Niewiele brakuje do Estonii, Chorwacji i Portugalii.
Teoretycznie tak wysoki wzrost płac może generować nierównowagę makroekonomiczną, ponieważ potencjał zakupowy Polaków w ujęciu międzynarodowym szybko rośnie, a jednocześnie konkurencyjność eksportowa – czyli zdolność skutecznego sprzedawania towarów na świat – firm maleje.
Na razie jednak Polska wciąż notuje bardzo wysoką nadwyżkę w handlu zagranicznym. Zgodnie z najnowszymi danymi NBP w ciągu 12 miesięcy do kwietnia nadwyżka handlu zagranicznego towarami i usługami sięgała 27 miliardów euro, czyli ok. 3 proc. PKB. Choć uwaga - widać tutaj pewną zmianę. Jeszcze rok temu nadwyżka sięgała 45 mld euro, czyli w rok zmniejszyła się niemal o połowę. Saldo się pogarsza i nie możemy tak długo utrzymać wysokiego wzrostu dochodów do dyspozycji w porównaniu ze wzrostem eksportu. W końcu system zacznie się dostosowywać: albo przez wyraźne osłabienie dynamiki płac w walucie krajowej, albo przez deprecjację złotego.
A jak na to zjawisko patrzą przedsiębiorstwa? Z mojego doświadczenia uczestnictwa w różnych konferencjach biznesowych wynika, że presja kosztowa jest jednym z największych wyzwań, z jakimi zmagają się firmy. Stąd narastanie apeli biznesu o odblokowanie imigracji.
Ale co ciekawe, z badań ankietowych GUS wynika, że koszty pracy nie są dziś większym problemem dla firm przetwórczych niż 5 czy 10 lat temu. Odsetek firm deklarujących w badaniach koniunktury, że koszty pracy są dla nich barierą rozwoju, jest dziś na podobnym poziomie co w 2015 i 2020 r. Firmy zawsze narzekały na ten element, ale dziś nie narzekają bardziej niż w przeszłości.
Wygląda więc na to, że firmy w ujęciu zagregowanym miały duże bufory finansowe i mogły poradzić sobie ze zwiększoną presją płacową. Aczkolwiek utrzymanie obecnych dynamik w kolejnych latach będzie niemożliwe. System już zaczyna wywierać presję na dostosowanie.
