Biegun północny został zdobyty 93 lata temu i od tej pory tylko nielicznym udało się dotrzeć do niego. Tym bardziej że drogę po zamarzniętym Morzu Arktycznym trzeba przebyć na nartach. W 1995 roku powiodło się dwóm Polakom: Markowi Kamińskiemu i Wojciechowi Moskalowi.
Obecnie obaj polarnicy zamierzają poprowadzić na biegun północny wyprawę, w której towarzyszyć im będzie dziesięciu ochotników. Ekspedycja wyruszy w kwietniu 2002 roku i będzie to druga wyprawa organizowana przez Fundację Marka Kamińskiego dla osób, które postanowiły zrealizować swoje marzenia o zdobyciu bieguna. Pierwsza taka ekspedycja odbyła się w kwietniu 2001 roku i wówczas do celu dotarło dziewięciu mężczyzn i jedna kobieta.
Marek Kamiński zaznacza, że zdobywanie bieguna północnego nie jest typową wyprawą komercyjną, w której może wziąć udział każdy, dysponujący zasobnym portfelem. Na Arktyce panują bowiem ekstremalne warunki (np. wbrew obiegowej opinii teren nie jest płaski, trzeba omijać niebezpieczne szczeliny w lodzie) i minusowe temperatury, więc wędrówka związana jest z niemałym wysiłkiem fizycznym. Dlatego organizatorzy wymagają od ochotników dobrego stanu zdrowia i odpowiedniej motywacji.
— Wybór członków wyprawy odbywa się na podstawie analizy CV kandydatów, rozmów z nimi oraz testów. Cenimy osoby, które chcą wyruszyć na biegun nie po sławę, ale po to, aby przeżyć przygodę i zobaczyć inny świat. Ważna jest dla nas ich determinacja oraz pasja. Nie chodzi o to, aby zabierać samych wyczynowców, ale dobrze, gdy kandydat np. lubi pływać, jeździć na rowerze czy robić zdjęcia — przekonuje Marek Kamiński.
Przyznaje, że przed pierwszą ekspedycją odrzucono wielu chętnych do zdobycia bieguna. Natomiast wśród członków wyprawy, osób w wieku 28-63 lata, znaleźli się m.in. pilot, informatyk, malarka, prezes dużej firmy oraz alpinista, który sprzedał kawałek ziemi, żeby spełnić swoje marzenie o wyprawie na biegun. Koszt uczestnictwa w ekspedycji jest bowiem niemały: około 47 tys. zł. Na jego wysokość wpływają przede wszystkim opłaty za czartery samolotów oraz zakup specjalistycznego, często niedostępnego w Polsce, sprzętu. Poza transportem i sprzętem technicznym (namioty, urządzenia nawigacyjne, sanie, uprzęże i liny do ciągnięcia sań itp.), fundacja zapewnia w ramach kosztów wyprawy także ubezpieczenie oraz m.in. prymusy i paliwo do nich, termosy jedzeniowe, specjalne garnki i kubki, żywność na wyprawę (10 kg na osobę), a także niektóre części odzieży.
North Pole Expedition 2002 będzie trwała 14 dni, a sam stukilometrowy marsz do bieguna powinien zająć 6 dni. Każdy z uczestników będzie ciągnął cały swój ekwipunek na saniach ważących około 30 kg. Ochotnikom zapewniono typowy jadłospis polarnika: musli, liofilizaty, pemmikan, czekoladę. Również ich ubiór nie będzie niczym różnił się od tego, który przewidziany jest na typowe polarne wyprawy: przeciwwiatrowe spodnie i kurtki oraz kurtki puchowe i polary, wełniane skarpety (bawełna zatrzymuje wilgoć, co może grozić odmrożeniami), specjalne buty i wiązania. Członkowie ekspedycji nocować będą w namiotach, a w ciągu dnia pokonywać 15-18 kilometrowe dystanse (10-12 godzin marszu dziennie, pobudka o szóstej rano). Według Marka Kamińskiego, kwiecień to miesiąc, w którym wędrówka na biegun jest najbezpieczniejsza. Pozostałe miesiące roku przynoszą większe zimno i ciemność, albo topnienie lodów. Natomiast w kwietniu dni są jasne, słoneczne i bez opadów, a temperatury sięgają minus 25 st. C.
— Największą trudność sprawia ochotnikom sam wysiłek fizyczny w minusowej temperaturze. Po kilkugodzinnym, męczącym marszu muszą samodzielnie rozbijać namioty i gotować posiłki. Ważna jest także odporność psychiczna. Droga do bieguna prowadzi bowiem przez zamarznięte morze. Zdarza się, że lód pęka i trzeba iść po krze — a także nocować na niej — mając świadomość, że pod nami jest woda o głębokości 2,5 km. Jeszcze inną kwestią, która może być barierą dla niektórych osób, jest niemożność umycia się — opowiada Marek Kamiński.
Chociaż uczestnicy wyprawy są ubezpieczeni i wyposażeni w nieodzowny sprzęt, a przed samą ekspedycją odpowiednio szkoleni, to w arktycznych warunkach zginęliby bez przewodników. Dlatego Marek Kamiński porównuje swoją odpowiedzialność do odpowiedzialności pilota samolotu pasażerskiego.
— Podczas poprzedniej wyprawy żaden z uczestników nie miał kłopotów zdrowotnych. Zdarzało się, że ktoś zasypiał z wyczerpania na postojach, to było jednak objawem zdrowego zmęczenia organizmu. Wędrówka przez Arktykę nie jest bowiem marszem w celu podziwiania widoków, ale ciężką pracą — podkreśla Marek Kamiński.
Jednocześnie dodaje, że chociaż, tak jak w całej Arktyce, na trasie ekspedycji wszędzie jak okiem sięgnąć jest tylko lód, to na uczestników wyprawy czeka wiele niespodzianek.
— Arktyka jest wystawą sztuki tworzonej przez naturę. Każda godzina wędrówki przynosi inne krajobrazy. Warto zobaczyć tę nietkniętą przyrodę: groźną i piękną, tak całkowicie inną od tego, co znamy. Dla mnie wędrówka na biegun jest pobytem „jedną nogą” na Księżycu. To fascynująca wyprawa — przekonuje Marek Kamiński.
Ekspedycja napotyka po drodze foki, ma także spore szanse ujrzenia polarnego niedźwiedzia. Jednak, jak mówi Marek Kamiński, to spotkanie nie należy do przyjemnych.
— Arktyka jest terenem łowieckim białego niedźwiedzia. Tam on jest królem, a człowiek intruzem. Niedźwiedź nie zna człowieka, więc się go nie boi. Dla głodnego zwierzęcia polarnik jest zdobyczą, więc może go zaatakować. A skacze daleko, daje susy długości trzech metrów. Dlatego w wyposażeniu wyprawy musi znaleźć się broń — twierdzi polarnik.
Członkowie wyprawy na biegun północny nie mogą być pewni, co zastaną u kresu wędrówki.
— Jesteśmy na morzu, więc na biegunie praktycznie nie ma nic. Nie można stamtąd wynieść żadnej pamiątki, najwyżej kawałek lodu. A gdy lód stopnieje, zostaje tylko woda —informuje Marek Kamiński.
Opowiada, jak uczestnicy wyprawy świętują osiągnięcie celu — zatykają na biegunie północnym polską flagę, a potem robią pamiątkowe fotografie.
