Kończą się rozmowy udziałowców Polcardu z G-Tech w sprawie sprzedaży akcji spółki rozliczającej transakcje kartowe. Związek Banków Polskich waha się jeszcze, czy sprzedaż udziałów Polcardu to gra warta świeczki. Z kolei konkurencyjny Euronet aż zaciska kciuki, by G-Tech wrócił na tarczy. A Polcard? Polcard robi swoje i nie przejmuje się tymi zmaganiami.
Udziałowcy — a właściwie większość udziałowców — PolCardu, spółki specjalizującej się w rozliczaniu transakcji kartowych, twierdzą, że powoli zbliżają się do finału rozmów z amerykańskim G-Tech na temat sprzedaży spółki. G-Tech jest już w Polsce obecny jako partner Totalizatora Sportowego obsługujący systemy gier losowych. Wraz z Polcardem przejąłby ponad 50 proc. krajowego rynku plastikowych rozliczeń.
Wszystko byłoby proste, gdyby nie niezdecydowanie Związku Banków Polskich. ZBP nadal nie wie, czy opłaca mu się odsprzedać posiadane skromne 0,33 proc. udziałów w spółce.
— Po prostu jeszcze nie podjęliśmy decyzji. W Polcardzie reprezentujemy banki, które nie są akcjonariuszami spółki, więc najpierw powinniśmy z nimi skonsultować decyzję o sprzedaży — mówi Andrzej Wolski, dyrektor ZBP.
Nie wiadomo, kiedy ewentualną transakcję uda się domknąć. Przedstawiciele Pekao SA (29,7 proc. akcji Polcardu) nie tak dawno twierdzili, że spółka zostanie sprzedana przed końcem 2002 roku. Obecny prawdopodobny termin to: „do końca I kwartału”.
Kłopot w tym, iż nie wiadomo, czy G-Tech zechce do końca marca poczekać.
Możliwa rezygnacja Amerykanów z zakupu Polcardu ucieszyłaby, konkurencyjny wobec spółki rozliczeniowej, Euronet.
— My też jesteśmy na krótkiej liście chętnych do zakupu Polcardu, ale pierwszeństwo w negocjacjach otrzymał G-Tech — mówi Robert Koński, szef Euronet na Polskę.
W opinii Andrzeja Powierży, analityka DI BRE Banku, Euronet jako znana na polskim rynku transakcji kartowych firma, byłby naturalnym partnerem dla Polcardu. G-Tech reprezentuje jednak sobą silną, dobrze postrzeganą na całym świecie markę.
Obaj chętni na Polcard kierują się tym samym motywem: ponad 50-proc. udziałem w rynku rozliczeń kartowych.
— Jako inwestor skoncentrowalibyśmy się na utrzymaniu tego udziału. Zmiana polityki cenowej byłaby trudna, jeśli chce się utrzymać pozycję rynkową — mówi Robert Koński.
Polcard jest firmą, o którą warto toczyć boje.
Zdaniem analityków, wpływ na wartość Polcardu ma segment rynku, na którym spółka działa.
— Jesteśmy w Polsce dopiero na początku drogi płatności bezgotówkowych, ale rozwój ten jest bardzo dynamiczny. Wiele firm chce na tym zarabiać, jednak Polcard ma największe doświadczenie i udział w rynku rozliczeń transakcji kartami. Dlatego na zakup jego akcji jest tylu chętnych i tak głośno jest o tej transakcji. Inwestor przejmie bowiem największego agenta rozliczeniowego — mówi Grzegorz Zawada, analityk Erste.
Sprzedaż udziałów w Polcardzie wyraźnie poprawi wyniki kilku banków. Analitycy szacują, iż Polcard jest wart nawet około 300 mln zł.
— Największy z udziałowców — Pekao SA — zarobi na tej transakcji brutto ponad 80 mln zł — uważa Grzegorz Zawada.
Po około 60 mln zł brutto mogą zarobić Millenium (eks-BIG BG) i BPH PBK. Po 30 mln zł BGŻ, Kredyt Bank i Orbis.
A Polcard? Polcard stoi z boku, przygląda się zmaganiom i konsekwentnie realizuje strategię rozwoju.
Jej celem jest utrzymanie ponad 50 proc. udziału w rynku.
— W tym roku chcemy zdecydowanie rozwinąć naszą ofertę, zaoferować współpracującym z nami punktom handlowo-usługowym pomoc we wprowadzaniu programów lojalnościowych dla najlepszych klientów. Dodatkowo mamy zamiar umożliwić klientom posiadającym telefony przedpłacone Ery lub Plusa możliwość doładowywania kart w jak największej liczbie terminali POS — wyjaśnia Elżbieta Kuzio, prezes Polcardu.
Dodaje, że spółka przygotowuje sieć terminali do akceptacji kart mikroprocesorowych.
— Jesteśmy jedynym agentem rozliczeniowym przygotowanym do obsługi tego typu kart — mówi Elżbieta Kuzio.
Podkreśla też, że jeszcze w tym roku Polcard wprowadzi możliwość dokonywania w terminalach wszelkich płatności „codziennych” — np. za światło, gaz, telefon.