Polisę wykończyli jej akcjonariusze
RANDKA W CIEMNO: Danuta Wałcerz, prezes Państwowego Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń, zbyt tolerancyjnie traktowała poczynania prezesa Stanisława Gutka.
Wiele wskazuje na to, że ostatnie relikty dawnego, nakazowo-rozdzielczego porządku ubezpieczeniowego odchodzą do przeszłości. Chodzi przede wszystkim o Polisę, towarzystwo, które powstało w czasach, gdy rynek dopiero dojrzewał, gdy tolerowano wszelkie najbardziej prymitywne formy życia gospodarczego oraz podejrzane pomysły na prowadzenie działalności gospodarczej.
MINISTERSTWO Finansów wymyśliło wtedy koncepcję ochrony rodzimego rynku ubezpieczeniowego przed zagranicznym kapitałem. Promowało więc naszych, konsekwentnie unikając wydawania licencji podmiotom zagranicznym i tolerując niekompetencję przypadkowych zarządów oraz jawne nadużycia. Dobrego samopoczucia resortu nie psuły nawet kolejne bankructwa — Westy, Gryfa czy poznańskiej Hestji. Nadzór ubezpieczeniowy był równie nieprzygotowany do swojej roli jak właściciele powstających jak grzyby po deszczu towarzystw. Wydawało się, że sytuację może zmienić powołanie Państwowego Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń. Uwikłana w polityczne i towarzyskie sieci instytucja nie była jednak w stanie przystąpić do radykalnej krucjaty przeciwko towarzystwom, które na dojrzałym rynku ubezpieczeniowym nie miałyby prawa istnieć.
PO KILKU LATACH powiały jednak nowe wiatry. Okazało się bowiem, że bez kapitału z zewnątrz rynek nie ma szans na prawidłowy rozwój. Rozpoczęło się wpuszczanie przez uchylone drzwi obcych ubezpieczycieli. Chyba jednak, zbyt późno, przynajmniej dla niektórych.
O PROBLEMACH Polisy głośno było od dawna. I nie chodzi tu o tzw. czerwoną pajęczynę — specyficzny akcjonariat towarzystwa, który był regularnie demaskowany przed ostatnimi wyborami prezydenckimi. Wiele dyskusji i kontrowersji wzbudzały podpisywane przez towarzystwo niekorzystne i kosztowne umowy reasekuracyjne, których zadaniem było raczej tuszowanie prawdziwej kondycji finansowej słabnącej spółki. Zdumienie budził również fakt niepospolitej wręcz zachłanności i krótkowzroczności akcjonariuszy, którzy konsekwentnie wyciągali z firmy pieniądze. Nikt nie pomyślał o reinwestowaniu kapitału, choć towarzystwo miało jeszcze szansę na wyjście na prostą, bo rynek przecież dopiero się cywilizował.
PROBLEMY zaczęły być naprawdę poważne, gdy okazało się, że Polisa ma kłopoty ze znalezieniem chętnych na nowe emisje akcji. Dopiero wówczas zarząd towarzystwa rozpoczął poszukiwania inwestora strategicznego. Bezskuteczne, bo akcjonariusze firmy ciągle żądali za swoje akcje zbyt wiele. Prezes Stanisław Gutek jednak obiecywał kolejne mariaże i ciągle nie dotrzymywał słowa. Tymczasem po opublikowaniu ostatnich wyników spółki nikt nie miał już wątpliwości, że jej sytuacja jest katastrofalna, determinacja akcjonariuszy nieusprawiedliwiona, a oczekiwania inwestorów niezbyt wygórowane. A PUNU ciągle czekało z założonymi rękami. Mało kto wierzył także w szczere intencje Warty. Polisa została więc sam na sam z ministrem finansów.
WCZORAJSZA decyzja o odebraniu licencji Polisie, a także małemu gdańskiemu towarzystwu Gwarant, jest logicznym ciągiem dalszym dotychczasowych wydarzeń. To prawda, że bezpośrednio bije w rzeszę klientów, którzy opłacili składki na rzecz towarzystwa. Ale per saldo wyjdzie na dobre polskim ubezpieczeniom, oczyszczając je z tego, na co w zdrowej gospodarce wolnorynkowej po prostu nie ma już miejsca.