Polityka i przecena rynków wschodzących szkodziły GPW

Piotr Kuczyński
17-05-2004, 00:00

Brazylijska Bovespa wspięła się na szczyty w lutym, miesiąc potem argentyński Merval. Potem oba indeksy straciły

30 proc. Rynki naszego regionu opierały się bessie miesiąc dłużej.

Z Ameryki

Ostatnio pisałem, że w minionym tygodniu w USA indeksy powinny korekcyjnie wzrosnąć, bo obligacje z powodów czysto technicznych domagają się korekty. Jednak szeroki rynek reprezentowany przez S&P 500 praktycznie nie zmienił wartości. Ta słabość ma trzy przyczyny. O najmniej dla giełd na razie ważnej geopolitycznej nie będę pisał, bo wszyscy wiemy, co dzieje się w Iraku. Z następnych dwóch powodów jeden jest pozorny, drugi — realny. Pozorna jest obawa o wzrost stóp procentowych. Podwyżka nawet o 100 pkt baz. do 2 proc., kiedy obecnie stopy są na poziomie 1 proc., a inflacja w pobliżu 2 proc., naprawdę niewiele w gospodarce zmieni. Oczywiście, o ile inflacja nie będzie rosła mocniej niż to zakłada Fed, bo wtedy bank może podnieść stopy jeszcze przed swoim czerwcowym posiedzeniem, a potem powtórnie w sierpniu. Jednak na razie ceny rosną dość spokojnie. Realny powód słabości rynków to wzrost cen ropy naftowej.

Wydawało się, że na obniżkę jej notowań wpłyną propozycje demokratycznego kandydata na prezydenta Johna Kerry’ego (zaprzestanie uzupełniania rezerw w USA) oraz apel szefa OPEC o podniesienie produkcji. Nic z tych rzeczy: rynki doszły do wniosku, że OPEC i tak wydobywa więcej niż deklaruje, więc większy limit oficjalny nic nie da. Poza tym Międzynarodowa Agencja Energii poinformowała, że popyt na ropę jest największy od 1988 r. W samych USA zapasy benzyny spadły 4 proc. poniżej średniej pięcioletniej. Trzeba też pamiętać, że w drugim kwartale popyt na ropę jest zazwyczaj najniższy w roku. Wszystko zapowiada dalszy wzrost cen, a to będzie zabójcze dla gospodarki nie tylko amerykańskiej, ale i całego świata. Notowania ropy rzeczywiście nie wpływają na koniunkturę tak mocno, jak jeszcze 20 lat temu, ale przecież w końcu muszą przeniknąć i do innych produktów. Poza tym rosnące ceny benzyny wyciągają z kieszeni konsumentów pieniądze, które ci mogliby wydać na zakupy innych produktów. Warto przy tym zauważyć, że sprzedaż detaliczna już w ubiegłym miesiącu spadła. To duży problem, kiedy ropa jest dwa razy droższa niż rok temu, a benzyna bije rekordy cenowe.

Na chwilę przemieśćmy się do Azji, gdzie rynki zachowywały się dużo gorzej niż w USA. Nie tylko droga ropa naftowa straszy tamtejszych inwestorów, ale także ostatnie niepokojące dane z Chin. W kwietniu dynamika produkcji przemysłowej i podaż pieniądza wzrosły po 19 proc. Wzrost produkcji był największy od trzech lat, a podaż pieniądza była po raz kolejny większa niż zakładał bank centralny. Poza tym inflacja (3,8 proc. rocznie) była największa od siedmiu lat i przekroczyła cel banku centralnego (3 proc.). Widać, że starania rządu Chin zmierzające do schłodzenia koniunktury nie odnoszą skutków. Jest pewne, że zostaną podjęte ostrzejsze kroki z podwyżkami stóp procentowych włącznie. To uderzy w gospodarki azjatyckie, ale ucierpi również reszta świata, w tym USA. Tydzień temu właśnie informacje z Chin doprowadziły do przeceny na Wall Street. Poczekajmy na następne ruchy Chińczyków i reakcję Amerykanów.

Nadchodzący tydzień nie zapowiada się emocjonująco. Kilka raportów makroekonomicznych jest jednak wartych obserwowania. Indeksy LEI, NY Empire State i Philadelphia Fed pokażą, czy gospodarka nadal jest rozgrzana do czerwoności. Gdyby to były raporty podawane po podwyżce stóp, sytuacja byłaby jasna: po dobrych danych indeksy wzrosłyby, po złych spadły. W obecnej sytuacji może być odwrotnie, ale warto dokładnie przeanalizować raporty, bo pokażą, w jakim kierunku zmierza realna gospodarka.

Majowe spadki indeksów, a właściwie ich skala, sygnalizowały, że rynek dojrzał do dużej korekty i szukał pretekstu do realizacji zysków. Bardzo wyraźnie tę chęć posiadania gotówki widać w ruchach kapitałów. Takiego odpływu pieniędzy z funduszy akcji nie widziałem od września ubiegłego roku. Zresztą z rynku obligacji odpływ nie był mniejszy. Na tym etapie inwestorzy uważają, że najlepsza jest gotówka. Zakładam, że w tym tygodniu będzie podobnie, ale wciąż mam nadzieję na wyraźniejszą korektę na rynku obligacji. Mimo piątkowej korekty nastroje są tam ekstremalnie niedźwiedzie. Ten rynek jest zdecydowanie na lokalnym szczycie. Najlepiej pokazuje to zadziwiające zachowanie obligacji po bardzo udanej aukcji papierów 10-letnich (popyt był największy od trzech lat): ceny na rynku wtórnym nadal spadały, a rentowność gwałtownie rosła. Jest więc wciąż szansa na korektę, a wtedy wszystko zależy od cen ropy. Jeśli i tam zagości korekta, to rynek akcji odbije. Ale tylko odbije. Nie ma mowy o dalszym ciągu hossy. Jeśli jednak te dwa warunki nie zostaną spełnione, to S&P 500 przetestuje średnią 200-sesyjną. Gdyby ją przebił, zacznie obowiązywać zasada „ratuj się, kto może”.

Z Polski

Czwarty tydzień spadków na GPW. Tak długiego ciągu spadków nie było od 17 miesięcy, ale nawet wtedy zniżka była stosunkowo mniejsza. To pokazuje, jak poważna jest sytuacja. Spadały w zasadzie kursy wszystkich spółek i nie miały znaczenia doskonałe wyniki kwartalne części z nich. Tak reaguje rynek w bessie. Na nastroje wpływała zarówno sytuacja na świecie, jak i nasze problemy polityczne. Indeksy na świecie od dawna zachowują się słabo, ale szczególnie źle wyglądają na rynkach rozwijających się, z których od tygodni dochodzą niepokojące sygnały. Pierwszą formację szczytową w lutym wygenerowała brazylijska Bovespa. Miesiąc pod niej argentyński Merval. Od tego czasu indeksy te straciły już blisko 30 proc., a sądząc po Mervalu, gdzie powstał duży podwójny szczytu, to zdecydowanie nie koniec bessy.

Giełdy naszego regionu opierały się bessie o miesiąc dłużej, ale wstrzymać jej po prostu nie mogły. W okresie zbliżającego się zaostrzania polityki monetarnej kapitał ucieka przede wszystkim z rynków wschodzących, a my ciągle jeszcze takim jesteśmy. Nie ma na razie kapitału chętnego do kupowania akcji w nowych krajach Unii Europejskiej. To oznacza, że utraciliśmy naszą wyjątkową pozycję i skazami jesteśmy na łaską polskich funduszy, co nigdy nie było korzystne dla obozu byków.

Polityka dodatkowo pogarszała koniunkturę. Rząd Marka Belki nie dostał wotum zaufania. To bardzo źle, ale nie mógł dostać poparcia, skoro prawie nikt go nie bronił. Bardzo dużo w tym winy mediów. Nie rozumiem, jak można było nie popierać poglądów premiera, który bardzo wyraźnie mówił, co oznaczają dla gospodarki i całego społeczeństwa wybory w tym roku. Temat jest jednak zamknięty, a wybory coraz bliższe. Nie wierzę w stworzenie rządu przez Sejm, a trzeci prezydencki ruch też może się skończyć niepowodzeniem. Utworzenie koalicji Samoobrony, PLD oraz KPEiR zapowiada, że będziemy męczyli się do czerwca. Potem prawdopodobne są nowe wybory. Oczywiście, o ile SdPl nie zmieni zdania, a są pewne oznaki świadczące o tym, że powoli mądrzeje.

Inwestorzy nie lubią niepewności. Fiasko pierwszej misji Belki jest już wkalkulowane w ceny akcji, ale nowe wybory — już nie. Teraz trzeba i to brać bardzo poważnie pod uwagę. Z tego wniosek, że rynkiem będą teraz sterowały wypowiedzi polityków i sondaże preferencji wyborczych, a to mieszanka wybuchowa.

Ostatnie sondaże pokazały znaczny spadek poparcia dla Samoobrony i wzrost dla PO i PiS. Sondaże to bardzo niebezpieczna, bo myląca broń polityczna. Czym może się skończyć dopasowywanie działań do sondaży, pokazały ostatnie wydarzenia w Indiach. Tamtejszy premier, licząc na oszałamiający sukces, ogłosił wcześniejsze wybory, bo Indie rozwijają się prawie tak szybko, jak Chiny. I co się stało? Partia rządząca przegrała, bo zdecydowały głosy większości, której ożywienie nie przyniosło poprawy warunków życia. Sondaże upewniają rynki finansowe w przekonaniu (według mnie błędnym), że rząd PO PiS z mocnym poparciem parlamentarnym jest pewny. To je trochę uspokoi, oczywiście o ile następne sondaże tę tendencję potwierdzą.

Optymiści mogą się bardzo rozczarować nawet, jeśli PO i PiS utworzą rząd. Sejm będzie zdominowany przez ugrupowania gospodarczo populistyczne, bo to, że jest się narodowcem, czy obyczajowym konserwatystą nie oznacza, że nie można być populistą. Niezwykle trudno będzie o wytyczenie sensownego kierunku w polityce gospodarczej, a naprawa finansów może się okazać niemożliwa. Gdyby tak się stało, to złoty osłabnie, wzrost ceny ropy wywinduje inflację, a RPP zapewne podniesie mocno stopy procentowe, znów hamując gospodarkę. Krzysztof Rybiński, wiceprezes NBP, powiedział, że zwyżka cen ropy naftowej zwiększa prawdopodobieństwo wzrostu inflacji na koniec roku powyżej 3,5 proc. Być może, ale to nadal nie byłaby duża inflacja i rację ma Pedro Solbes, hiszpański mister finansów, który twierdzi, że większe znaczenie od inflacji ma negatywny wpływ paliwowej drożyzny na wzrost gospodarczy. Ale to wszystko są tematy na późne lato, bo podczas posiedzenia w nadchodzącym tygodniu RPP nie zmieni ani stóp, ani nastawienia w polityce monetarnej.

Rynki nowych krajów Eurolandu nadal uważane są za najbardziej obiecujące, więc w momencie, kiedy na świecie skończy się korekta, u nas indeksy zaczną gwałtownie rosnąć. Szansa na dalszy ciąg hossy nadal istnieje dopóki WIG nie przełamie poziomu 22 034 pkt. Jeśli go przełamie, to będziemy mieli latem wzrostową falę B korekty. Teraz rynek jest nadal bardzo wyprzedany i przygotowany do mocnej korekty, ale problem w tym, że byków jest niezwykle dużo (według Wigometru, aż 54 proc.). Rzeczywiście, skrajne wyprzedanie techniczne i tak duże spadki zdecydowanie wymagają odreagowania, ale skoro to aż tak dla wszystkich widoczne, odbicie powinno być albo chwilowe, albo niewielkie. I zdecydowanie nie będzie wstępem do przedłużenia hossy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Piotr Kuczyński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Surowce / Polityka i przecena rynków wschodzących szkodziły GPW