Polityka zaczyna wychodzić na ulicę

Adam Sofuł
03-10-2006, 00:00

Miniony weekend upłynął pod znakiem wiecu poparcia dla premiera w Stoczni Gdańskiej, najbliższy zdominują warszawskie manifestacje Platformy Obywatelskiej — z jednej strony oraz Ligi Polskich Rodzin i Prawa i Sprawiedliwości — z drugiej. Należałoby się z tego cieszyć. Demonstracje nie są w demokracji niczym nadzwyczajnym. Nie ma nic zdrożnego w tym, że politycy starają się obudzić aktywność obywateli, mobilizując ich do manifestowania swoich poglądów. Należałoby więc przyklasnąć owym inicjatywom, zwłaszcza że ostatnio mogło się wydawać, iż dla wielu aktorów polskiej sceny politycznej jedynym miejscem prowadzenia publicznej działalności jest studio TVN 24. Konfrontacja z żywym elektoratem, a nie z zimnym obiektywem kamery, może być dla wielu polityków interesującym i pouczającym doświadczeniem.

Jest jednak jeden problem. O ile w bardziej rozwiniętych demokracjach demonstracje uliczne uzupełniają życie polityczne, o tyle obecnie w Polsce zdają się je zastępować. Dobitnym tego przykładem są zapowiadane na sobotę manifestacje, które i koalicji, i opozycji nie posłużą raczej do wyrażenia poglądów (jakże odmiennych) na pracę rządu, lecz staną się swoistą licytacją sił — która demonstracja zgromadzi więcej uczestników i która przekrzyczy rywali. Bo na demonstracjach się krzyczy, a nie argumentuje. Sobota będzie zatem kolejnym krytycznym momentem w narastającym sporze politycznym. Niespodziewanie arbitrem w tym sporze okaże się, Bogu ducha winny, dyżurny oficer policji, który na podstawie policyjnych meldunków z ulic Warszawy oszacuje rozmiary obu manifestacji i poda je do wiadomości publicznej, wydając w ten sposób werdykt w tym politycznym meczu. Nie zazdrościmy, ale odkąd Renata Beger stała się fundamentem odnowy moralnej, w zasadzie nic już nas dziwić nie powinno.

Niezależnie od tego, kto zwycięży w tym sobotnim politycznym (miejmy nadzieję, że tylko politycznym) starciu, wątpliwe, czy przyniesie ono jakiekolwiek rozstrzygnięcie w polityce. Czasem jedna demonstracja potrafi zmienić historię, najczęściej jednak dzieje się tak wbrew intencjom organizatorów. Oczekiwanie politycznych rozstrzygnięć na ulicy byłoby nie tylko strategią bardzo ryzykowną, ale przede wszystkim nieskuteczną. Ulica może przynieść jedynie odpowiedź na pytanie, kto będzie rządził, ale już nie na to, jak. A to ważne pytanie.

Pokojowe demonstracje jeszcze nikomu nie zaszkodziły (no, może z wyjątkiem paru rządzących), a już na pewno nie demokracji. Plus dla polityków za to, że nie boją się stanąć oko w oko ze swoim elektoratem. Byłby większy, gdyby jednocześnie nie bali się stawić czoła swoim obowiązkom. A te narastają… Do Sejmu trafił projekt przyszłorocznego budżetu, nad którym należałoby wszak nieco podebatować, niekoniecznie na ulicy. Komisja Finansów Publicznych ma też trochę do pomówienia o podatkach. I tej dyskusji na ulicy nie da się przeprowadzić. Trzeba to zrobić w Sejmie. Wypada mieć nadzieję, że politycy koalicji i opozycji po sobotnim spacerze ulicami Warszawy będą jeszcze ze sobą rozmawiać, nie tylko ze względu na to, że mogą być nieco schrypnięci.

Platforma Obywatelska ma doświadczenie raczej w radosnych marszach niż w antyrządowych demonstracjach. Politycy PiS są nieco bardziej doświadczeni, ale, też raczej, w manifestacjach „przeciw” niż „za”. Ale jest jeszcze jeden doświadczony i bardzo mocny w tej konkurencji zawodnik. Andrzej Lepper. On nie zapowiedział manifestacji. Jeszcze.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Polityka zaczyna wychodzić na ulicę