Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych (EFIS) — tak oficjalnie nazywa się projekt Jean-Claude’a Junckera, szefa Komisji Europejskiej (KE), był w tym tygodniu przedmiotem dyskusji ministrów finansów UE. Większość jest zgodna, że fundusz powinien powstać jak najszybciej, jednak — jak mówi Artur Radziwiłł, wiceminister finansów — diabeł tkwi w szczegółach.



— Diabłem, który dzieli kraje członkowskie UE, jest sposób zarządzania funduszem. Polska rozważy wkład kapitałowy, jeśli nasz przedstawiciel wejdzie w skład komitetu sterującego. Chcemy mieć jak najwięcej do powiedzenia, jeśli zdecydujemy się przekazać funduszowi pieniądze podatników — podkreśla Artur Radziwiłł.
Pomoc i deficyt
Zgodnie z założeniami, w ramach funduszu inwestycyjnego przewiduje się zmobilizowanie 315 mld EUR w ciągu trzech lat. Wkład z budżetu UE i Europejskiego Banku Inwestycyjnego, wynoszący 21 mld EUR, miałby zostać powiększony 15-krotnie dzięki wpłatom inwestorów. Eksperci KE szacują, że obecnie niedoinwestowanie w ramach Unii sięga 700 mld EUR. Wartość europejskich inwestycji była w 2013 r. o 430 mld EUR niższa niż w szczytowym roku 2007, kiedy nakłady inwestycyjne UE przekroczyły 3 bln EUR. Inwestycje są też o 230-370 mld EUR niższe od historycznej średniej. Polskie władze rozumieją potrzebę pobudzenia europejskiego popytu inwestycyjnego, ale stawiają warunki. Zdaniem resortu finansów, ich spełnienie przysłuży się ostatecznemu kształtowi EFIS. MF chce, aby wkład kraju członkowskiego Unii w kapitał funduszu nie był zaliczany do deficytu sektora finansów publicznych. To istotne, bo w 2015 r. rząd chce ograniczyć deficyt poniżej 3 proc. PKB — ekstra wydatek mógłby zburzyć te plany.
— Komisja Europejska przedstawiła rozwiązanie tego problemu, ale nie do końca nas ono satysfakcjonuje — wyjaśnia wiceminister. Dla Polski deklaracja KE to za mało, oczekujemy w tej sprawie opinii Eurostatu. Kolejny element, na który zwracają uwagę przedstawiciele rządu, to status funduszu w kontekście pomocy publicznej.
Fundusz i luzowanie
Czasu na ostateczne ustalenia nie zostało zbyt wiele, bo komisja chce, żeby fundusz ruszył już w połowie roku. Chociaż zastrzeżenia zgłaszają też inne państwa, Janis Reirs, minister finansów sprawującej prezydencję w UE Łotwy, uważa, że porozumienie uda się osiągnąć w ciągu miesiąca. Im szybciej fundusz rozpocznie działalność operacyjną, tym lepiej, bo w ostatnich latach zarówno KE, jak i państwa członkowskie nie robiły nic, by pobudzić wzrost. Do niedawna myślą przewodnią polityki gospodarczej europejskich stolic było zaciskanie pasa. Z prognoz brukselskich ekspertów wynika, że plan inwestycyjny Jean- Claude’a Junckera mógłby zwiększyć PKB Unii o 330-410 mld EUR i stworzyć nawet 1,3 mln miejsc pracy w najbliższych trzech latach. EFIS, zdaniem naszych rozmówców z KE, doskonale wpisuje się także w politykę EBC, który ogłosił ostatnio bezprecedensowy program luzowania ilościowego (QE) w skali co najmniej biliona euro.
— Europejskie QE jest ważne, chociaż nie daje gwarancji, że dodatkowe pieniądze pójdą na inwestycje. Dlatego musimy jak najszybciej uruchomić fundusz Junckera — mówi urzędnik komisji, chcący zachować anonimowość. Jego zdaniem, plany banku centralnego, które oprócz inflacji mają pobudzić popyt, są komplementarne wobec pomysłów Brukseli.
Inwestycje planuje 40 proc. firm
Europejski fundusz ma pobudzać inwestycje w całej Unii, także w Polsce, choć nad Wisłą nie osłabły one tak mocno jak średnio w UE. Z badania koniunktury, przeprowadzonego przez Narodowy Bank Polski, wynika, że 23 proc. przedsiębiorstw w Polsce rozpocznie w pierwszym kwartale inwestycje, a w całym 2015 r. planuje to 40 proc. ankietowanych firm. Na rozpoczęcie inwestycji wciąż decyduje się mniej przedsiębiorstw niż w latach boomu gospodarczego 2007-08, choć odsetek ten nieco się zwiększył. Nieco lepiej prezentuje się skala planowanych inwestycji, ale o wyraźnym ożywieniu na razie nie ma mowy. Przewidywane nakłady rosną, bo ubywa pesymistów (przewidujących zmniejszenie wydatków). Optymistów, zakładających wzrost inwestycji, nadal jednak nie przybywa. Głównym celem inwestycji pozostają modernizacja i remont. Nadal też inwestycje szybciej zwiększają eksporterzy, a w firmach zaopatrujących rynek krajowy utrzymuje się stagnacja.
Inwestycje planuje 40 proc. firm
Europejski fundusz ma pobudzać inwestycje w całej Unii, także w Polsce, choć nad Wisłą nie osłabły one tak mocno jak średnio w UE. Z badania koniunktury, przeprowadzonego przez Narodowy Bank Polski, wynika, że 23 proc. przedsiębiorstw w Polsce rozpocznie w pierwszym kwartale inwestycje, a w całym 2015 r. planuje to 40 proc. ankietowanych firm. Na rozpoczęcie inwestycji wciąż decyduje się mniej przedsiębiorstw niż w latach boomu gospodarczego 2007-08, choć odsetek ten nieco się zwiększył. Nieco lepiej prezentuje się skala planowanych inwestycji, ale o wyraźnym ożywieniu na razie nie ma mowy. Przewidywane nakłady rosną, bo ubywa pesymistów (przewidujących zmniejszenie wydatków). Optymistów, zakładających wzrost inwestycji, nadal jednak nie przybywa. Głównym celem inwestycji pozostają modernizacja i remont. Nadal też inwestycje szybciej zwiększają eksporterzy, a w firmach zaopatrujących rynek krajowy utrzymuje się stagnacja.
OKIEM EKSPERTA
Koniec zaciskania
PIOTR KALISZ, główny ekonomista Citi Handlowego
Nie ma wątpliwości, że w ostatnich latach zaciskanie pasa w strefie euro zaszkodziło wzrostowi gospodarczemu. Oczywiście strefa euro trzymała się zapisów traktatowych dotyczących konsolidacji fiskalnej w obawie, żeby kryzys w Grecji czy innych krajach peryferyjnych UE nie rozlał się na całą wspólnotę. Dodatkowo niektóre kraje były w tak trudnej sytuacji finansowej, że musiały ograniczyć dług publiczny i deficyty. Od dawna jednak wiadomo, że polityka oszczędności była prowadzona głównie kosztem inwestycji. Dlatego pomysł Jean-Claude’a Junckera należy oceniać pozytywnie — jako pewnego rodzaju ucieczkę do przodu. Skoro stopy procentowe są na rekordowo niskim poziomie, to czemu nie wydawać więcej. Trudno przewidzieć, czy to rozwiązanie będzie skuteczne, ale warto spróbować. Kraje członkowskie nie mogą zwiększać deficytów, aby pobudzać gospodarki.
OKIEM EKSPERTA
Koniec zaciskania
PIOTR KALISZ, główny ekonomista Citi Handlowego
Nie ma wątpliwości, że w ostatnich latach zaciskanie pasa w strefie euro zaszkodziło wzrostowi gospodarczemu. Oczywiście strefa euro trzymała się zapisów traktatowych dotyczących konsolidacji fiskalnej w obawie, żeby kryzys w Grecji czy innych krajach peryferyjnych UE nie rozlał się na całą wspólnotę. Dodatkowo niektóre kraje były w tak trudnej sytuacji finansowej, że musiały ograniczyć dług publiczny i deficyty. Od dawna jednak wiadomo, że polityka oszczędności była prowadzona głównie kosztem inwestycji. Dlatego pomysł Jean-Claude’a Junckera należy oceniać pozytywnie — jako pewnego rodzaju ucieczkę do przodu. Skoro stopy procentowe są na rekordowo niskim poziomie, to czemu nie wydawać więcej. Trudno przewidzieć, czy to rozwiązanie będzie skuteczne, ale warto spróbować. Kraje członkowskie nie mogą zwiększać deficytów, aby pobudzać gospodarki.