Polska gospodarka była mocno rozgrzana w pierwszych miesiącach roku, jeszcze przed rozpoczęciem wojny w Ukrainie. Pokazują to najnowsze dane z bilansu płatniczego, które wskazują na duży deficyt na rachunku obrotów bieżących. Dane są spójne z innymi wskaźnikami, m.in. szybkim wzrostem płac. Jest to efekt realizacji odłożonego popytu konsumpcyjnego. Polityka gospodarcza powinna ustabilizować wahadło makroekonomiczne, które przeszło od głębokiej recesji do wielkiego boomu, a nie pozwolić mu się odchylać w odwrotną stronę.

Rachunek obrotów bieżących Polski zanotował w lutym deficyt na poziomie 2,9 mld EUR, czyli najgłębszy od czerwca 2011 r. W ujęciu absolutnym była to dużo większa wartość w relacji do PKB niż dziś, ale mimo wszystko wielkość deficytu jest zjawiskiem istotnym z makroekonomicznego punktu widzenia.
Rachunek obrotów bieżących mierzy wszystkie dochody i wydatki związane z transakcjami polskich rezydentów z zagranicą. Są to dochody i wydatki związane z handlem zagranicznym, wypłatami dywidend i odsetek z inwestycji oraz różnymi transferami, takimi jak przesył wynagrodzeń lub dotacje dla rolników z UE. Jeżeli na rachunku jest nadwyżka, to znaczy, że kraj więcej zarabia, niż wydaje w relacji z zagranicą, a jeżeli deficyt – to znaczy, że więcej wydaje, najczęściej na import.
W praktyce rachunek pokazuje różnicę między krajowymi dochodami (PKB) a wydatkami (inwestycje i konsumpcja). Gdy dochody ludności są wyższe niż wydatki, rachunek bieżący notuje nadwyżkę – produkujemy w kraju więcej, niż sami kupujemy. Gdy dochody są niższe niż wydatki, rachunek bieżący notuje deficyt – produkujemy w kraju mniej, niż wydajemy na inwestycje i konsumpcję, więc sprowadzamy więcej rzeczy netto zza granicy. Z tym właśnie mamy teraz w Polsce do czynienia. Mamy głęboki deficyt, co znaczy, że ludzie i firmy w Polsce wydają więcej, niż wynoszą ich dochody.
Zmiana salda obrotów bieżących jest wysoko (negatywnie) skorelowana ze wzrostem płac. Gdy płace rosną bardzo szybko, notujemy zwykle pogorszenie salda rachunku obrotów bieżących. Pokazuję to na wykresie. Dlaczego? Czy nie ma tutaj sprzeczności, skoro wysoki wzrost płac oznacza wysokie dochody? Niekoniecznie. Kiedy płace rosną dużo szybciej niż wydajność pracowników, to popyt rośnie szybciej niż produkcja, a więc wydatki szybciej niż dochody. Przy małych wahaniach te zmiany nie mają dużego znaczenia. Dziś jednak jest to zjawisko występujące na dużą skalę. Płace rosną dużo szybciej niż produktywność, a więc saldo obrotów bieżących wpada w coraz większy deficyt.
Mamy w Polsce głęboki deficyt na rachunku bieżącym, ponieważ dużo wydajemy w kraju, czyli generujemy duży popyt. Duża część wydatków wynika z faktu, że musimy sporo płacić za importowane surowce. Gdybyśmy jednak nie byli chętni do kupowania na dużą skalę, to w reakcji na drożejące surowce kupowalibyśmy mniej innych towarów i usług. Tak się nie dzieje. Kraj redukuje poziom oszczędności, by utrzymać wysoki popyt w warunkach wysokiego wzrostu cen surowców.
Skala opisywanych zjawisk nie jest jeszcze na tyle duża, byśmy mogli mówić o mocnym przegrzaniu gospodarki. Wahadło wychyliło się mocno, ale nie na tyle, by jedyną reakcją było jego totalne odchylenie w drugą stronę, czyli recesja.