Polska nakryła Holandię kapeluszem

Holendrzy marzą, by nasz kraj był mlekiem i miodem płynący, bo wtedy… zdrożeją pieczarki. Konkurencję, z którą przegrywają, wyhodowali sami

„Naprawdę mocno wyczekujemy momentu, w którym Polska będzie bogatszym krajem, jej mieszkańcy zaczną więcej zarabiać i więcej wydawać. Choć potrwa to dłużej niż kilka lat” — tak trzymają za nas kciuki... holenderscy pieczarkarze, z którymi rozmawiał portal Freshplaza. Diederick Knijnenburg z Oakfield Champignons twierdzi, że polskie pieczarki dosłownie zalewają jego rodzimy holenderski rynek i rynki eksportowe. — My przez lata trzymaliśmy kciuki za Chińczyków. Chodziło wówczas o pieczarki przetworzone. Liczyliśmy na wzrost konsumpcji za murem, co miało powstrzymać zalewanie Europy chińską produkcją. Rzeczywiście zniknęli około trzech lat temu, co umożliwiło nam wejście do Niemiec na większą skalę. Pewnie kiedyś zechcą wrócić — są mistrzami zwiększania produkcji, a uruchamiane przez nich zakłady mają zainstalowane moce na zapas. Na razie jednak korzystamy — komentuje Leszek Ejsmont, prezes Okechampu, który produkuje i przetwarza pieczarki.

Uczeń przerósł mistrza

Przez lata królestwem pieczarek była Holandia. Podkopaliśmy jednak jej pozycję i od kilku lat to Polska jest unijnym liderem w ich produkcji. Ponad rok temu zrzeszenie holenderskich farmerów ZLTO zleciło nawet specjalne badania, które miały dać odpowiedź na pytanie, dlaczego Niemcy przedkładają polskie grzyby nad holenderskie. Naszych producentów lepiej oceniono w takich kategoriach, jak relacja ceny do jakości, bardzo wysoka jakość i kontrola, dostępność wysokiej jakości przez cały rok i zarządzanie reklamacjami, a Holendrzy posypali głowy popiołem i przyznali, że muszą się poprawić.

— Nie sposób konkurować z Polską, bo produkuje znacznie taniej. Do tego ma taką samą wiedzę jak my i nowoczesne zakłady, a kraj skorzystał sporo na inwestycjach z pieniędzy unijnych. Nas wyróżnia natomiast szybkość i większa świeżość produktów — mówi w rozmowie z dziennikarzami Freshplazy Diederick Knijnenburg. — Prawda jest taka, że to Holendrzy nauczyli nas tego biznesu. Zbudowali u siebie wspaniałe pieczarkarstwo, a nas przez lata szkolili. Nagle u nas ruszyła budowa pieczarkarskiego zagłębia. Nasze produkty bardzo długo kupowali… Holendrzy.

Potem sprzedawali je dalej, korzystając z kontaktów handlowych, które my dopiero nawiązywaliśmy. W końcu u nas zainwestowali. Dzisiaj rzeczywiście jesteśmy bezkonkurencyjni, bo w Holandii koszt pracy jest nieporównywalnie wyższy, a świeże pieczarki wymagają ręcznego zbioru, mechaniczny oznacza konieczność przetworzenia — wyjaśnia Krystian Szudyga, prezes Stowarzyszenia Branży Grzybów Uprawnych (SBGU).

Kilka lat spokoju

Jeszcze niższe koszty pracy ma Wschód. I to o nim mówi się od jakiegoś czasu jako potencjalnym przejmującym pałeczkę w pieczarkowej sztafecie. — Próbowaliśmy produkcji na Ukrainie i Białorusi, ale nie jest to tak prosty biznes, jak się wydaje, więc zrezygnowaliśmy. Nie ma tam tradycji pieczarkarskiej, a gdy rozwinie się lokalna produkcja, wzrośnie też wewnętrzna konsumpcja, bo cenowo krajowy towar będzie bardziej dostępny niż importowany. Oczywiście należy założyć, że wyrosną tam producenci, którzy będą chcieli eksportować, ale to długa perspektywa — mówi Leszek Ejsmont. Krystian Szudyga mówi o nowych, ogromnych kombinatach szklarniowych sfinansowanych przez rząd rosyjski. Uważa je za potencjalne zagrożenie w dłuższym okresie.

— Uprawy pieczarek nie można się nauczyć z dnia na dzień. Rosjanie byli czołowymi odbiorcami naszych grzybów przed embargiem. Wraz z jego nałożeniem rozpoczęli własną produkcję. O ewentualnym sukcesie na tym polu będzie można mówić nie wcześniej niż za dobrych kilka lat — twierdzi szef SBGU. Rynek rosyjski udało się nam nieźle zastąpić Zachodem.

— Ciągle rośnie sprzedaż m.in. do Wielkiej Brytanii. Na eksportowej mapie są też Hiszpania czy Włochy, a więc kraje o własnej niemałej produkcji, co utwierdza nas w przekonaniu, że jesteśmy w stanie wygrywać na wymagających rynkach — mówi Krystian Szudyga. Produkcja jednak już nie rośnie. Prezes SBGU spodziewa się stabilizacji na poziomie około 330 tys. ton.

— W branży widać reorganizację. Znikają mniejsze podmioty, średnie i większe się profesjonalizują, zmniejsza się liczba graczy, których było nawet 5 tys. Po wewnętrznych zmianach będziemy w stanie zwiększać produkcję i sprzedaż zagraniczną — twierdzi Krystian Szudyga.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Polska nakryła Holandię kapeluszem