Od marca Słowacy chcą oznaczać miejscową żywność na półkach. Projekt rozporządzenia dotyczący dobrowolnego znakowania właśnie został przedstawiony Komisji Europejskiej. Nasi spożywcy alarmują, że to kolejny przejaw dyskryminacji importowanej żywności, w dużej mierze właśnie polskiej. Przez pierwsze trzy kwartały 2013 r. sprzedaliśmy jej tam za ponad 450 mln EUR.
— W każdym kraju można produkować wyroby dobrej i złej jakości, więc samo pochodzenie nie może decydować o zakupie. Działania mające skłonić konsumentów do kupowania głównie słowackich produktów nie powinny być podejmowane na wspólnym europejskim rynku — mówi Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności (PFPŻ).
Otwarta wojna
Rozporządzenie „w sprawie wymogów dotyczących dobrowolnego oznakowania produktów rolnych i środków spożywczych odpowiednio do ich pochodzenia” rozróżnia m.in. produkty wyprodukowane na Słowacji i produkty słowackie. Te drugie muszą być wyprodukowane z co najmniej 75 proc. surowców i składników pochodzących ze Słowacji.
— Na poziomie europejskim niedawno przegłosowano obowiązkowe oznaczanie pochodzenia mięsa [drób, wieprzowina i baranina będą oznaczane w całej Unii od kwietnia 2015 r. — red.]. Słowacy poszli jednak o krok dalej, bo próbują rozszerzyć to na wszystkie produkty spożywcze. To otwarta wojna o rynek, na którym ma przecież istnieć swobodny przepływ towarów. Jeśli to rozporządzenie przejdzie, należy spodziewać się podobnego prawa w kolejnych europejskich krajach — twierdzi Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso.
Jeszcze nie wiadomo, czy resort Stanisława Kalemby ma jakieś uwagi do projektowanych przepisów.
— W ministerstwie trwa obecnie analiza projektu — mówi Małgorzata Książyk, rzecznik resortu.
Nasi spożywcy przekonują, że na wszelkie przejawy rynkowego protekcjonizmu powinniśmy reagować natychmiast.
— Wprawdzie system jest dobrowolny, ale praktyka pokazuje, że jeśli zainteresują się nim duzi dystrybutorzy, to ich dostawcy po prostu muszą się podporządkować. Zapisy rozporządzenia uderzają nie tylko w przetwórców, ale również rolników — dostawców surowca, u których słowaccy przetwórcy chcący spełnić wymogi systemu nie będą mogli się zaopatrywać. W kontekście niedawnych kampanii czarnego PR wymierzonych przeciwko polskiej żywności powinniśmy traktować ten projekt prawny jako zagrożenie — uważa Andrzej Gantner.
Na pytanie, czy nasze ministerstwo rolnictwa nie rozważa wprowadzenia podobnych przepisów, nie uzyskaliśmy odpowiedzi, jednak, zdaniem Andrzeja Gantnera, rewanż nie ma sensu.
— To my jesteśmy ogromnym eksporterem żywności na Słowację i do Czech, a nie na odwrót — przekonuje dyrektor generalny PFPŻ.
Patriotyczna epidemia
Słowackie plany to niejedyny powód do obaw naszej branży spożywczej. Kontrowersje wzbudziły też zapisy grudniowej umowy koalicyjnej w Czechach. Można w niej przeczytać m.in., że „interesem narodowym jest chronić naszych wysokojakościowych producentów żywności, a poprzez wysokiej jakości kontrolę i skuteczne sankcje prawne dać do zrozumienia wszystkim producentom i handlowcom, że nie opłaci się sprowadzać do Czech produktów niskiej jakości. Wprowadzimy surowe zasady dla sieci handlowych, aby doszło do polepszenia jakości sprzedawanych artykułów spożywczych i stworzenia większej przestrzeni dla wysokiej jakości czeskiej żywności. Będziemy starać się o jasne oznaczenie pochodzenia żywności”. Problemy ze spożywczym patriotyzmem mieli też nasi producenci drobiu. Narzekali na Tesco, które w Wielkiej Brytanii zaczęło nadrukowywać na opakowaniach brytyjskie flagi i oznaczać mięso jako „wytworzone w Wielkiej Brytanii”.
Choć naszym producentom nie podoba się „słowackość” zapisana w prawie bez względu na sposób wytworzenia i jakość składników, sami chętnie odwołują się do pochodzenia produktów. Fundacja Polskiego Godła Promocyjnego wyłania firmy, które wyróżniają się m.in. jakością i technologią, za co otrzymują godło „Teraz Polska”. Hasło „dobre, bo polskie” jest niezmiennym elementem strategii promocji wielu producentów. Na konsumencki patriotyzm liczy też polska wódka. Wprowadzona rok temu ustawa definiuje, jak powinna być wytwarzana, by mogła używać tego geograficznego oznaczenia. W 2013 r. PBS zbadał dla „PB” gospodarczy patriotyzm Polaków. Okazało sie, że choć 30 proc. mieszkańców Polski twierdzi, że najlepiej można pomagać gospodarce, kupując produkty polskich firm, tylko 13 proc. przedsiębiorców wykorzystuje polskie pochodzenie w działaniach promocyjnych. Jednocześnie z badań Grupy IQS wynika, że patriotyzm w wydaniu praktycznym wygląda mniej okazale — tylko 7 proc. konsumentów deklaruje, że dokonując wyboru przy sklepowej półce, kieruje się miejscem produkcji towarów.