Polski biznesmen pozywa Francję

Jarosław Kłapucki, który zarobił miliony na rynku uprawnień do emisji dwutlenku węgla, spędził rok we francuskim więzieniu. Uniewinniony będzie walczył o kilkadziesiąt milionów euro odszkodowania

7 lipca 2016 r. był dla Jarosława Kłapuckiego fatalny. Biznesmen, jako jeden z kilkunastu oskarżonych, przyleciał do Paryża na ogłoszenie wyroku w sprawie, którą francuskie media ochrzciły mianem „oszustwa stulecia”, związanej z wyłudzaniem VAT. Skazany na siedem lat więzienia i 1 mln EUR kary Jarosław Kłapucki trafił do aresztu.

Zobacz więcej

Firma Consus, której byłem współzałożycielem, została zniszczona. Afera odstraszyła też naszych zagranicznych partnerów biznesowych, np. z Afryki, z którymi handlowaliśmy biomasą. Co do mojej reputacji, to wystarczy spojrzeć na doniesienia medialne - mówi Jarosław Kłapucki Marek Wiśniewski

Sprawę opisały media francuskie, polskie i afrykańskie. Upłynął prawie rok, zanim karta się odwróciła — 28 czerwca 2017 r. sąd drugiej instancji oczyścił go ze wszystkich zarzutów, podobnie jak jego firmę Consus. Na początku lipca wyrok się uprawomocnił, biznesmen przyjechał do kraju, odpoczął i… wraca do sądu. Zaskarżył Francję i zamierza domagać się odszkodowania za straty wizerunkowe i materialne.

Samolot i serduszka

W mającym złą sławę podparyskim więzieniu Fresnes Jarosław Kłapucki spędził rok. Trafił tam ze świata zgoła odmiennego. W 2000 r. torunianin (rocznik 1960) założył wraz ze wspólnikiem, Maciejem Wiśniewskim, firmę Consus. Początkowo zajmowała się wyłącznie handlem uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla, potem rozszerzyła zainteresowania na rynek biomasowy w Afryce. Biznesmeni do mediów się nie pchali, ale interesy ewidentnie szły im dobrze.

W 2010 r. „Gazeta Wyborcza” uczyniła Jarosława Kłapuckiego jednym z bohaterów tekstu o biznesmenach korzystających z prywatnych samolotów. W 2011 r. o wspólnikach napisał „Forbes”, przypominając, że w 2009 r. i w 2010 r. płacili po 1 mln zł za serduszka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W 2013 r. „Puls Biznesu” donosił, że Maciej Wiśniewski wybrał się z oficjalną delegacją Donalda Tuska, ówczesnego premiera, do Nigerii, w ramach inicjatywy Go Africa.

Consus zarabiał pieniądze na pośredniczeniu pomiędzy tymi, którzy mieli więcej uprawnień do emisji CO 2, niż faktycznie emitowali (np. wiele instalacji z Polski), a tymi, którzy mieli ich mniej i potrzebowali dokupić. Rynek francuski, z superszybkim systemem rozliczeń, był do takiego handlu najlepszym miejscem.

System handlu CO 2 w Unii Europejskiej miał luki, co wykorzystywali oszuści, nie tylko we Francji. Wyłudzali VAT z takim powodzeniem, że generowali większość obrotów rynkowych. Dopiero w 2009 r. francuski rząd zmienił przepisy, które ukróciły proceder. Wtedy też Francja zaczęła prowadzić śledztwo w sprawie oszustw. O ile straty budżetu francuskiego na VAT szacuje się na 1,6 mld EUR, o tyle straty wszystkich państw UE sięgają 6 mld EUR. Jeśli do tego dołożymy jeszcze przypadki kradzieży uprawnień do emisji z kont rejestrowych, o czym w 2009 r. było głośno, obraz branży rysuje się nieciekawie.

Zabójstwo w tle

Jej wizerunek pogorszyły jeszcze wieści z francuskiej sali sądowej na temat stylu życia głównych oskarżonych. Mowa była o wielkich pieniądzach, kasynach, luksusowych apartamentach i samochodach. Arnaud Mimran i Marco Mouly, najbardziej znani z oskarżonych, są już w więzieniu. Trzeci ważny podejrzany, Samy Souied, nie dożył procesu, bo w 2010 r. zginął w Paryżu od sześciu kul wystrzelonych przez dwóch zabójców na skuterach. Sprawy do dziś nie wyjaśniono. Jak się w takich warunkach prowadziło biznes? Jarosław Kłapucki opowiada o tym „Pulsowi Biznesu”.

Niełatwo będzie odbudować wizerunek Consusa (Wywiad Pulsu)
 
„Puls Biznesu”: 28 czerwca 2017 r. sąd drugiej instancji w Paryżu uwolnił pana, a także pana firmę Consus, od zarzutów związanych z „aferą stulecia”, czyli z oszustwami na podatku VAT na francuskim rynku uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Co teraz?

Jarosław Kłapucki: Minęło na razie mało czasu. Wyrok uprawomocnił się na początku lipca, zwolniono mnie z aresztu, wróciłem do Polski, odpocząłem. W sierpniu złożyłem skargę przeciwko państwu francuskiemu w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu. Została przyjęta. Przygotowuję kolejne kroki prawne — w imieniu własnym i spółki.

Czego pan się domaga?

Domagam się ukarania Francji za to, że zostałem aresztowany na 12 miesięcy, a także za sam sposób aresztowania, który był niezgodny z prawem. Nie poinformowano mnie na przykład,dlaczego zostałem aresztowany. Jeśli wygram, otworzy mi to drogę do uzyskania odszkodowania. Firma Consus, której byłem współzałożycielem, została zniszczona. Afera odstraszyła też naszych zagranicznych partnerów biznesowych, np. z Afryki, z którymi handlowaliśmy biomasą. Co do mojej reputacji, to wystarczy spojrzeć na doniesienia medialne, których przecież nie da się wykasować.

Firma Consus, której byłem współzałożycielem, została zniszczona. Afera odstraszyła też naszych zagranicznych partnerów biznesowych, np. z Afryki, z którymi handlowaliśmy biomasą. Co do mojej reputacji, to wystarczy spojrzeć na doniesienia medialne.

Łącznie roszczenia szacuję na kilkadziesiąt milionów euro, co obejmuje straty wizerunkowe i materialne.

Gdzie odbył pan areszt?

W podparyskim zakładzie Fresnes. Proponuję poczytać, co o nim piszą media [jedno z najcięższych więzień we Francji, na które w ubiegłym roku skargę sądową złożyło Międzynarodowe Obserwatorium Więziennictwa — red.].

Jak pan spędził ten czas?

Nie chcę do tego wracać.

A jak znalazł się pan w centrum „afery stulecia”?

Consus już w 2004 r., jako jeden z pierwszych podmiotów w Unii Europejskiej, wszedł na rynek uprawnień do emisji CO 2. Rynek czekał wtedy na wejście dyrektywy dotyczącej dwutlenku węgla, więc przygotowywaliśmy klientów, głównie duże instalacje energetyczne, do handlu. Kiedy Francuzi ogłosili plan utworzenia giełdy, zaaplikowaliśmy o status jej członka i w 2006 r. go uzyskaliśmy. Studiowałem we Francji, znam ten kraj, więc to ja się tym zająłem w ramach Consusa. W pierwszym biznesplanie postawiliśmy sobie cel sprzedania 4 mln ton CO 2 w rok. Po trzech miesiącach zadzwonił do mnie prezes spółki i spytał, czy wiem, ile już sprzedaliśmy. Nie wiedziałem. Okazało się, że plan już był zrealizowany. Szybko zapewniliśmy sobie pozycję lidera na tym rynku. W szczytowym okresie, w latach 2008-09, mieliśmy 3,7 mld EUR rocznych obrotów, a wolumen sięgał 100 mln ton. Na tym polegał fenomen francuskiej giełdy. Jako jedyna na świecie miała system umożliwiający rozliczanie transakcji w sekundę. To przyciągało biznes z całej Unii Europejskiej.

Gdzie tu miejsce na oszustwo?

Zaczęło się od światowego kryzysu finansowego w 2007 r. Spekulanci uciekali z rynków kapitałowych i przenosili się na rynki towarowe. Francuski rynek CO 2 miał zaś kilka błędów w systemie, które oszuści sprawnie wykorzystali. Mechanizm oszustwa był następujący: klient sprzedawał nam CO 2 i wystawiał fakturę VAT, a my ją uczciwie płaciliśmy i zgłaszaliśmy VAT do urzędu skarbowego. Ponieważ transakcja obejmowała podmioty zarejestrowane w Unii Europejskiej, nasz klient powinien oddać otrzymany podatek państwu. Jak się okazało, oszuści wyrzucali jednak fakturę do kosza, a pieniądze, czyli 19,6 proc. wartości transakcji, zasilały ich kasę. Do 2009 r. rynek rósł jak szalony, a liczba uczestników giełdy zwiększyła się pięciokrotnie. Aż nagle, w czerwcu 2009 r., francuskie władze zamknęły giełdę na tydzień, a minister finansów wprowadził zerowy VAT na obrót CO 2. Kiedy ją ponownie otwarto, obrotów nie było, klienci zamilkli. Ruszyło śledztwo.

Nie wiedział pan o tych oszustwach?

Nie jestem w stanie kontrolować tego, co robią klienci. Consus France działał przejrzyście, przekazując francuskiej administracji sprawozdania, raportując zapłacony VAT i obsługując tylko tych klientów, których papiery były w porządku. Urzędnicy mogli przyjść do nas na kontrolę i sprawdzić, komu i na jakie konto przelewaliśmy VAT. Nikt nie przyszedł. Podkreślę też, że 20 potencjalnych klientów odrzuciliśmy, bo nie spełniali wymogów formalnych. Ostatecznie okazało się, że wśród 180 naszych klientów było sześć firm, które oszukiwały na podatkach. To one oszukiwały, nie my.

Mimo to posadzono pana na ławie oskarżonych.

Władze francuskie stwierdziły, że jako lider rynkowy nie mogłem nie wiedzieć, co się dzieje. I tak stałem się jedynym traderem w Unii Europejskiej, któremu przedstawiono takie same zarzuty jak klientom, którzy oszukiwali państwo na podatku VAT. W żadnym innym kraju tak nie było, a we Francji innego tradera, takiego jak ja, uznano wręcz za poszkodowanego. Na dodatek poza mną oskarżono też polską spółkę matkę Consus, która nie miała w portfelu klientów oszukujących na VAT. Dla Francuzów była to po prostu szansa na odzyskanie choć części utraconych wpływów. Co ciekawe, nie oskarżono traderów należących do banków francuskich, np. do Societe Generale czy Caisse des Depots et Consignations (CDC), a oszuści handlowali przecież ze wszystkimi, z nimi też. Generalnie uważam, że to polityka wpłynęła na przebieg sprawy w pierwszej instancji.

Polityka?

Po pierwsze, śledztwo przyspieszyło w październiku 2014 r. — tuż po powołaniu specjalnej prokuratury ds. finansowych. Była głodna sukcesu. Prokurator pozwalał sobie na komentarze, że skoro Amerykanie mogą skazywać firmy francuskie, to Francuzi mogą skazywać firmy zagraniczne. Po drugie, wyrok ogłoszono 7 lipca 2016 r., kiedy we Francji trwała już kampania wyborcza. Politycy dyskutowali o aferze, oszustów finansowych porównywano do terrorystów, szacowano też, że francuski budżet stracił na VAT-owskich przekrętach 1,6 mld EUR. Presja była ogromna. Po trzecie, w trakcie procesu wychodziły na jaw szczegóły na temat trybu życia głównych oskarżonych. Kasyna, samoloty, wielkie pieniądze. Mam poczucie, że z tego powodu sędzia w pierwszej instancji nawet nie dotknął merytoryki sprawy. W ogóle nie wysłuchano naszych argumentów. Wątpię też, czy sędzia pierwszejinstancji rozumiał, jakim rynkiem się zajmuje. Francuski rząd potrzebował sukcesu i go miał. Na więzienie skazano 15 osób, ale aresztowano tylko dwie, w tym mnie. Reszta uciekła, głównie do Izraela, a sędzia, który mnie skazał, dostał awans.

Co przekonało drugą instancję do zmiany decyzji w pana sprawie?

W drugiej instancji pokazaliśmy dokładnie te same dokumenty, co w pierwszej. Tym razem jednak sędzia wziął je pod uwagę. Uwzględnił też raport Cour des comptes, czyli odpowiednika Najwyższej Izby Kontroli, który w pierwszym procesie zignorowano. W 2012 r. francuska NIK stwierdziła, że oszustwo na rynku CO 2 i jego skala jest wynikiem luk w systemie oraz braku nadzoru i współpracy pomiędzy giełdą, bankiem CDC [pełniącym funkcję depozytariusza — red.], organami ścigania i administracją finansowo-podatkową. W efekcie ja i Consus, jako jedyni z grona skazanych, zostaliśmy oczyszczeni z zarzutów. Jednocześnie sąd zaostrzył kary wobec głównych oskarżonych. Wyrok uniewinniający jest prawomocny, a prokuratura nawet nie zdecydowała się na kasację. Uznaję to za przyznanie się francuskiego wymiaru sprawiedliwości do błędu.

Francuskie media ekscytowały się życiem głównych oskarżonych. Dwóch z nich, Arnaud Mimran i Marco Mouly, prowadziło życie jak z filmu „Wilk z Wall Street”. Jaki był świat, w którym robił pan biznes?

Media się ekscytowały, bo oskarżeni opowiadali o swoim życiu w trakcie procesu w pierwszej instancji. Opowiadali o zabawie w kasynach na Lazurowym Wybrzeżu, skokach do Las Vegas, prywatnych samolotach. To są ludzie znani w Paryżu, mieli już na koncie inne oszustwa. Nie spędzałem z nimi czasu, podobnie jak nie utrzymywałem kontaktów towarzyskich z innymi klientami.

Na początku listopada wszedł do francuskich kin film „Carbone”, inspirowany aferą na rynku CO 2. W zwiastunie widać Gerarda Depardieu i sceny jak z „Wilka z Wall Street”. Oglądał pan?

Jeszcze nie oglądałem, ale moi prawnicy tak. Twierdzą, że nie ma tam postaci mną inspirowanej, a generalnie jest to filmowa fikcja. Nie znaleźli zbyt wielu odniesień do rzeczywistych wydarzeń.

Ma pan jakieś plany biznesowe?

Jestem teraz bardzo zajęty przygotowywaniem dokumentacji na potrzeby procesu w Strasburgu. Terminy się zbliżają, a chcę wyjaśnić sprawę do końca. Zniszczona reputacja nie ułatwi powrotu do biznesu, ale na pewno nie usiądę w domu na kanapie. Za wcześnie jednak na rozmowę o konkretnych planach.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Graniszewska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Polski biznesmen pozywa Francję