Wielu młodych ma nadzieję zarobić wymarzony pierwszy milion na internetowych start-upach i nowych technologiach. Jeśli jednak chcą zwiększyć swoją szansę na sukces w biznesie, powinni raczej postawić na działalność „w realu”. To w realnej gospodarce jest wciąż o wiele więcej nisz do wykorzystania. Najwyższy czas również na gruntowne zmiany w podejściu do innowacji.




W medialnym obiegu funkcjonuje nęcący i jednocześnie mocno wyidealizowany obraz startupów. Młody przedsiębiorca, siedząc na kanapie z laptopem na kolanach, rozwija internetowy biznes. Od czasu do czasu weźmie jeszcze udział w branżowej konferencji i wygłosi płomienny „pitch”, któremu towarzyszy bezbłędna prezentacja. Konferencji nie można rzecz jasna opuścić bez „afterparty” i „networkingu”. To tam pomysł na start-up jest szlifowany i otrzymuje „feedback”. Dzięki temu projekt jest dopieszczony, ale wysyłane kolejne informacje prasowe o nowych funkcjonalnościach nie przekładają się wzrost liczby klientów. Dopiero po pewnym czasie okazuje się, że za „innowacyjne rozwiązania” nikt nie chce zapłacić. Sił i zapału wystarcza jeszcze na „rebranding”, ale to nie pomaga, by osiągnąć „break even point”. Domena jest co prawda przedłużana, ale startup już tylko wegetuje w internecie. Co zrobić, by młodzi polscy przedsiębiorcy mogli uniknąć takiego scenariusza?
Zejść na ziemię zamiast tworzyć polskiego Skype’a
W dyskusji o startupach stawiane są pytania o stworzenie „polskiego Google'a”, który najlepiej gdyby powstał w „polskiej Dolinie Krzemowej”. W 2006 roku dwóch inwestorów Tomasz Czechowicz i Dariusz Wiatr założyło się nawet o to, czy w Polsce lub w regionie powstanie w ciągu dwóch lat spółka na miarę Skype'a. Właściciel MCI był optymistą, innego zdania był Dariusz Wiatr, który ostatecznie wygrał zakład. „Polski Skype” nie powstał do dnia dzisiejszego, mimo iż od pamiętnego zakładu wdrożono wiele programów. Rzecz jasna nie ma nic złego w wyznaczaniu sobie ambitnych celów a nawet trzeba to robić. Problem polega na tym, że należy je zawsze skonfrontować z realnymi możliwościami. Papier dużo przyjmie, ale szybko się okaże, że „rewolucyjna aplikacja”, „nowatorskie narzędzie” czy „innowacyjna platforma” mają wszystko poza klientami chcącymi płacić za korzystanie tych funkcjonalności.
Fetysz innowacji
W latach 2007-13 w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka Polska otrzymała 10,2 mld euro, czyli ponad 40 mld zł na wsparcie innowacyjności. Mimo tak ogromnych środków wydanych na wspieranie innowacyjności nasz kraj w Globalnym Rankingu Innowacyjności 2014 zajął 45. miejsce na świecie i trzecie od końca wśród państw Unii Europejskiej. Polska wyprzedziła jedynie Grecję i Rumunię.
Zbyt proste jednak byłoby wytłumaczenie fiaska dotychczasowej polityki proinnowacyjnej jedynie nieudolnością poprzedniej władzy w tej materii. W publicznej debacie dominuje kurs na innowacje i nie ma w tym nic nagannego. Mało się jednak mówi o tym, że tworzenie innowacji jest drogie i bardzo ryzykowne. Tylko nieliczne projekty mają szansę na sukces i rynkowe przetrwanie. Z grona blisko 3 mln przedsiębiorstw działających w Polsce tylko promil ma szansę na finansowanie z Funduszu Pożyczkowego Innowacji. Nikła jest też szansa na zdobycie „Bonu na innowacje dla MŚP” czy skorzystanie z inicjatyw Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.
To programy cenne i ambitne, ale rzeczywistość i statystyka są bezlitosne. Realny biznesowy sukces odniosą nieliczni, bo innowacje kosztują i są ryzykowne. Dla młodego przedsiębiorcy myślącego nad startupem, kurs na „globalne innowacje” jest ze statystycznego punktu widzenia nieracjonalny. Jeśli już podejmuje to wyzwanie to przychodzi moment, w którym musi często stanąć przed wyborem - albo być „innowacyjnym”, albo generować przychody i zarabiać na wynagrodzenia pracowników.
Cały tekst przeczytasz w serwisie Bankier.pl >>>