Polski tłumacz robi globalny biznes

opublikowano: 25-06-2021, 14:30

Maciej Góralski dystrybuował elektroniczne urządzenia do tłumaczenia, ale w końcu postanowił robić je sam. Firma zaczęła szybko rosnąć mimo ostrej konkurencji na rynku

„Polacy nie gęsi, iż swój język mają” – i swój język ma niemal każdy inny naród i grupa etniczna, co sprawia, że o porozumienie nie jest tak łatwo, zwłaszcza gdy nie wszyscy mówią po angielsku. Dzięki temu zawód tłumacza wciąż ma się dobrze – a nieźle mają się też producenci sprzętu do tłumaczenia, tacy jak krakowski Vasco Electronics.

Firma założona przez Macieja Góralskiego sprzedaje translatory w kilkudziesięciu krajach. Jej klientami są przede wszystkim osoby wybierające się na zagraniczne wycieczki, lecz także przedsiębiorcy, instytucje i urzędy potrzebujące na wszelki wypadek rozwiązania pozwalającego na dogadanie się z każdym (np. szpitale).

– Każdy ma dziś w smartfonie latarkę i aparat cyfrowy spełniające podstawowe funkcje, ale kiedy np. jedzie w góry, to wie, że w jaskini lepiej przyświecić sobie porządną latarką, a zdjęcia zrobić lustrzanką. Podobnie jest z translatorami – są użyteczne darmowe translatory, ale w różnych sytuacjach lepiej sięgnąć po konkretne, bardziej niezawodne rozwiązania. I tu wchodzimy my – mówi Maciej Góralski, prezes i właściciel Vasco Electronics.

Szybki rozwój

Optymalna struktura:
Optymalna struktura:
Wsparcie inwestora ma dobre strony, ale nie sądzę, byśmy mogli rozwijać się szybciej tylko dzięki temu, że ktoś nam dosypie kapitału. Nie chcę, żeby ktoś stał nad nami i kwestionował nasze decyzje – nie jesteśmy start-upem, ale ciągle szybkość i elastyczność decyzyjna oraz skłonność do podejmowania ryzyka są ważne. W takiej strukturze, jak obecnie, firma może się lepiej rozwijać – podkreśla Maciej Góralski, szef Vasco Electronics.
TOMASZ_GOTFRYD

Vasco Electronics w 2019 r. – z tego roku pochodzą ostatnie dostępne dane – miało 22,6 mln zł przychodów, trzy razy więcej niż rok wcześniej, przy ponad 4,2 mln zł zysku netto. Firma zatrudnia obecnie ponad 100 osób.

– W tym roku zwiększymy zatrudnienie o 30-50 proc. Szczerze mówiąc, sam nawet nie wiem bez sprawdzania, jakie były nasze ostatnie wyniki roczne. Biznes rozwija się bardzo szybko, sprzedaż rośnie z miesiąca na miesiąc, a w drodze są kolejne urządzenia oferujące nowe funkcjonalności, więc nawet nie interesuje mnie to, co było w ubiegłym roku, tylko to, co będzie za miesiąc, dwa czy trzy. Przygotowujemy się do targów MWC w Barcelonie, próbujemy sił na rynkach azjatyckich, pracujemy intensywnie nad designem, organizacją łańcucha dostaw i kolejnymi generacjami produktów – mówi Maciej Góralski.

Początki jego biznesu to pierwsza dekada XXI wieku.

– Jeszcze na studiach kupiłem sobie skaner słówek, który pozwalał na przetłumaczenie fragmentów czytanej książki. To było bardzo pomocne, łatwiejsze w użyciu od słownika. Po paru latach postanowiłem sprawdzić, czy jest jakaś lepsza wersja – i była, ale niedostępna w Polsce. Napisałem więc maila do izraelskiego producenta, zaproponowałem, że mogę to dystrybuować – i tak ruszyło – opowiada Maciej Góralski.

Skromne początki

Firma na początku działała w małym pokoju i garażu.

– Sprzedawałem na Allegro i we własnym e-sklepie. Do oferty doszedł asortyment innych producentów, ale łatwo nie było. Z dominującym dostawcą trudno było się dogadać, więc w końcu uznałem, że nie mogę być od niego uzależniony i trzeba zrobić swój produkt. Było to niemal dekadę temu. Firma miała wtedy minimalny kapitał, więc próba była dość desperacka – mówi Maciej Góralski.

Pierwszy translator Vasco miał podstawowe funkcje – wpisywało się do niego słowa, a on je tłumaczył.

– Jakość była przyzwoita – i to już było sporo. I wtedy rynek wywrócił się do góry nogami – wspomina szef Vasco Electronics.

Powód? Do gry na poważnie wszedł koncern Google, udostępniający darmową funkcję Google Translate.

– To zmiotło z rynku prawie wszystkie firmy, których byliśmy dystrybutorem, oni byli kompletnie nieprzygotowani na taką konkurencję. A my znaleźliśmy swoją niszę – wiedzieliśmy, że popyt na bardziej zaawansowane rozwiązania, profesjonalne, czy użyteczne podczas podróży na całym świecie, nadal będzie istnieć – mówi Maciej Góralski.

Niszowe przewagi

No tak, ale po co płacić za coś, co każdy w smartfonie ma za darmo?

– Podstawą jest jakość tłumaczeń. Na rynku jest kilka silników tłumaczeniowych, z których każdy radzi sobie lepiej albo gorzej z poszczególnymi parami języków. My w zależności od potrzeb korzystamy z silników sześciu dostawców, uruchamiając w danym momencie ten, który radzi sobie najlepiej z daną parą językową czy rodzajem słownictwa. Tego nie robi nikt na świecie – tłumaczy szef Vasco Electronics.

Oprogramowanie to tylko część biznesu.

– Ważny jest też sprzęt, jego trwałość i niezawodność, choćby mikrofon dobrze wychwytujący mowę i redukujący szumy. Trafioną decyzją było też dodanie do translatora wbudowanej karty SIM pozwalającej dożywotnio łączyć się z siecią w ponad 200 krajach. Jak się jeździ po Europie, to roaming już nie ma znaczenia, ale przy wyjeździe gdzieś dalej darmowy translator po prostu nie będzie działał, jeśli nie będziemy mieli lokalnej karty albo nie zapłacimy jak za zboże za roaming. A u nas tego problemu nie ma, no i do tego dochodzi zasięg sieci – ponad 700 operatorów w 200 krajach – mówi Maciej Góralski.

Uczenie maszynowe

Vasco Electronics w tym roku otrzymało nagrodę za design produktowy w niemieckim konkursie Red Dot Design Award nazywanym Oscarami wzornictwa przemysłowego. Translatory, które kiedyś tłumaczyły wpisywane słówka, dziś rozpoznają mowę i pozwalają na komunikację prawie w czasie rzeczywistym. Prawie – ale nie do końca.

– Maszyna ciągle nie potrafi tego, co ludzki tłumacz, czyli nie rozpoznaje intencji mówiącego i nie może przetłumaczyć zdania, nim nie skończy się zdanie. Niedoskonałości wciąż jest sporo i ciągle pracujemy nad ich usuwaniem, by za kilka lat translatory były w stanie tłumaczyć symultanicznie. Pracujemy też na przykład nad tzw. wearables, choćby słuchawkami, które pozwolą dwóm osobom na komfortowe komunikowanie się we własnych językach – wymienia Maciej Góralski.

Przedsiębiorca firmy sprzedawać nie zamierza – i nie szuka dla niej inwestorów.

– Wsparcie inwestora ma dobre strony, ale nie sądzę, byśmy mogli rozwijać się szybciej tylko dzięki temu, że ktoś nam dosypie kapitału. Nie chcę, żeby ktoś stał nad nami i kwestionował nasze decyzje – nie jesteśmy start-upem, ale ciągle szybkość i elastyczność decyzyjna oraz skłonność do podejmowania ryzyka są ważne. W takiej strukturze, jak obecnie, firma może się lepiej rozwijać – podkreśla szef Vasco Electronics.

Krakowski styl

Serce Vasco Electronics bije w Krakowie – nic dziwnego, bo założyciel firmy dzieciństwo spędził w blokowisku na krakowskiej Nowej Hucie i pozostał związany z miastem.

– Byłem w szkole sportowej, w klasie lekkoatletycznej. Wystawiali mnie do tych dyscyplin, których nikt nie lubił, czyli biegów średniodystansowych: 1000, 1500, 3000 m, biegi przełajowe. To było świetne miejsce, pełne świetnych ludzi i na pewno w znaczący sposób mnie ukształtowało – mówi Maciej Góralski.

Po sporcie przyszło zainteresowanie naukami biologicznymi. Taki był też w wieku licealnym pomysł na życie, ale – jak to w tym wieku – szybko się zmienił.

– Miałem piątki z biologii, a z matematyki dostałem na semestr jedynkę. Pomyślałem wtedy, że jednak trzeba się za to poważnie zabrać, bo ta wiedza się przyda, jeśli będę chciał zarabiać pieniądze. Grałem też trochę w gry ekonomiczne, bardzo proste graficznie, takie jak Feudalna Ekonomia, w których operowało się na cyferkach i generowało zyski. Bardzo mi się to podobało – śmieje się Maciej Góralski.

Przedsiębiorczy dryg

A chęć posiadania własnych pieniędzy była już w młodych latach.

– Pojechałem na obóz harcerski do Jugosławii i, jak to wtedy robiono, wziąłem ze sobą rzeczy na handel. Skończyło się tak, że wróciłem nawet bez plecaka, w którym miałem te rzeczy, ale za to z pieniędzmi – opowiada menedżer.

Potem przyszły studia. Przyszły szef Vasco Electronics wiedział już, że chce się nauczyć czegoś konkretnego o biznesie.

– Zacząłem studia w prywatnej szkole wyższej w Krakowie. Początkowo trochę żałowałem, że nie na Akademii Ekonomicznej, ale szybko się przekonałem, że wyszło mi to na dobre – gdy koledzy na AE analizowali zbiory zboża w Ameryce Południowej, ja na zajęciach prowadzonych według brytyjskiego programu BA zajmowałem się analizą konkretnych spółek i modeli biznesowych. Wiedza, pozyskana wtedy, przydaje mi się do dziś – twierdzi Maciej Góralski.

Był też krótki epizod studencki w Anglii.

– Wyjechałem z Polski, myśląc sobie, że fajnie było, ale się skończyło i teraz pora podbijać świat. Trawa tam jednak nie była zieleńsza, a o zbudowanie biznesu było trudniej. Wróciłem, magisterkę dokończyłem już na AE i nie żałuję – podkreśla Maciej Góralski.

Ratownicza pasja

Wykształcenie ekonomiczne przydaje się w pracy, ale menedżer – już jako szef firmy – uznał, że wciąż mu czegoś brakuje.

– Jakieś 10 lat temu sporo myślałem o tym, że nie mam żadnej praktycznej wiedzy. Byłem wtedy świadkiem wypadku, którego ofiarom nie bardzo umiałem pomóc – i uznałem, że trzeba to zmienić. Szukałem kursów pierwszej pomocy, ale nie znalazłem niczego poważnego, więc poszedłem na studia z ratownictwa medycznego – wspomina Maciej Góralski.

Studia trwały ponad trzy lata.

– Bardzo mnie to wciągnęło. Przez osiem lat pracowałem jako wolontariusz w szpitalnym oddziale ratunkowym. To bardzo ciężka praca, więc z mojej pozycji, z doskoku, na pewno patrzyłem na nią bardziej entuzjastycznie niż zawodowi ratownicy, którzy poświęcają temu setki godzin miesięcznie. Firma zaczęła mi się rozwijać trochę zbyt szybko, żebym ciągle mógł poświęcać ratownictwu czas, ale chciałbym szybko wrócić do wolontariatu – deklaruje szef Vasco Electronics.

Z ratowniczym zacięciem koresponduje poboczny projekt Vasco Electronics: firma pracuje nad urządzeniem do komunikacji z osobami, które są jednocześnie głuchonieme i niewidome.

–To jest niewielka część populacji, zazwyczaj osoby cierpiące na zespół Ushera. Są podstawowe metody komunikacji z nimi, z reguły bazujące na alfabecie Lorma, czyli wykorzystywaniu do porozumiewania się punktów na dłoniach. Jeździłem na targi sprzętu medycznego i analizowałem dostępny dla takich osób sprzęt, choćby rękawiczki, ale te rozwiązania są moim zdaniem niedoskonałe i raczej drogie – ocenia Maciej Góralski.

Vasco Electronics rozpoczęło więc prace nad urządzeniem, które ma pozwolić na komunikację z osobami głuchoniewidomymi taniej i lepiej.

– Powinno być gotowe za dwa lata. To jest dla nas oczywiście projekt non-profit, więc chętnie przyjmiemy partnera, który wesprze nas w jego realizacji – zapowiada Maciej Góralski.

Chwila relaksu

Praca to jedno, wolontariat to drugie. A wolny czas?

– Sporo podróżuję. Zawodowo to np. wyjazdy do USA czy Azji, w trakcie których staram się wygospodarować choć kilka dni na zwiedzanie. Poza tym sporo jeżdżę po Polsce i Europie, ale nigdy na zorganizowane wycieczki. Nigdy też nie wynajmuję apartamentów – jeżdżę wszędzie tam, gdzie mogę dojechać kamperem, w czasie pandemii były to głównie bardziej odludne miejsca nad polskim morzem z dziećmi. W samej Polsce jest tyle wspaniałych przyrodniczo zakątków, że wystarczy na kilka lat podróży – mówi szef Vasco Electronics.

Do tego dochodzi hippika.

– Mam trochę humorzastą kobyłkę, nazywa się Caryca i to imię zobowiązuje. Niby koń, jaki jest, każdy widzi, ale konie mają najróżniejsze osobowości i najdziwniejsze upodobania. Pracujemy nad relacją, ale nie jest łatwo, bo ma dobry, ale trudny charakter. Jeździmy czasem na zawody podwórkowe, skaczemy przez przeszkody – mówi Maciej Góralski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane